WP #239. Bill Haley & His Comets i The Who

Ostatnia aktualizacja: 09.08.2021 08:00
W audycji wysłuchaliśmy jednego z pierwszych albumów rock'n'rollowych - "Rock around the Clock" zespołu Bill Haley & His Comets, a także uważanego za jeden z najlepszych albumów koncertowych w historii - "Live at Leeds" zespołu The Who.
Okładki płyt, które pojawią się w audycji
Okładki płyt, które pojawią się w audycjiFoto: materiały prom.

W każdą niedzielę słuchamy - razem z Państwem - najważniejszych płyt. Z namaszczeniem i pietyzmem - od początku do końca, strona A, strona B. A dopiero potem bonusy, konteksty, porównania, komentarze zaproszonych gości. Klasyka, jazz, rock, awangarda, elektronika. 

Posłuchaj
174:11 2021_08_08 22_00_00_PR2_Wieczor_plytowy.mp3 WP #239. Bill Haley & His Comets i The Who (Wieczór Płytowy/Dwójka)

 

Tym były to:

  • Bill Haley & His Comets "Rock around the Clock" 1956
  • The Who "Live at Leeds" 1970

Komentarze od słuchaczy:

The Who w studio i The Who na koncertach to dwa zupełnie inne zespoły. The Who na koncertach to żywioł, witalność, erupcja energii, emanacja rock'n'rollowego ducha, cięższe, surowsze, bardziej bluesowe brzmienie – po prostu rockowy czad. Do tego sceniczne grepsy i wygłupy Pete’a Townshenda i Keitha Moona, rozwalanie instrumentów na scenie i tym podobne ekscesy budujące pozycje i legendę The Who jako najlepszej grupy koncertowej tamtych czasów.
Album "Live At Leeds" doskonale to potwierdza – choć zaznaczam, że wypowiadam się tylko o doskonale mi znanej "kanonicznej" wersji winylowej – bardzo liczę, że dzisiaj w audycji usłyszę jedną z rozszerzonych wersji, słyszałem, że podobno brzmią wybornie! Co stanowi o wielkości tej płyty? Trafny wybór utworów, mięsiste brzmienie, z ostrą gitarą, potężna perkusją, świetny wokal Rogera Daltrey'a, który na żywo nabrał fajnej rockowej chrypy. No i mój cichy bohater – John Enwistle, którego potężny, melodyjny bas zdaje się tu być najważniejszym, fundamentalnym instrumentem. I bardzo dobrze, wydaje mi się, ze basista był najbardziej utalentowanym z kolegów i w przeciwieństwie od nagrań studyjnych, mógł się w końcu na koncercie wykazać.
Jak dla mnie najbardziej porywające są otwierający album "Young Man Blues", "Substitiute" no i porywający 15minutowy medley rozpoczynający się od "My Generation", który przechodzi płynnie w kolejne kompozycje, a wszystko połączone tak, że stworzyło bardzo spójną, przekonywującą, pełna energii całość.
Co należy podkreślić – na płycie nie usłyszymy mega wirtuozerii ani wulkanów kreatywności. Tak jak napisałem wcześniej, siła i niesamowity czar tej płyty tkwią w energii, żywiołowości, niemal hardrockowej surowości. To jest manifest rock'n'rolla!
Robert
Bez wątpliwości Live at Leeds pozostaje kontekstem i punktem odniesienia dla wszelkich rockowych nagrań live.
Ma swoją pozycję w ścisłym gronie wybitnych nagrań koncertowych tamtego okresu, obok Band of Gypsys Hendrixa i Live/Dead Grateful Dead. Wysłuchanie ich poleciłbym obowiązkowo każdemu aspirującemu fanowi rocka, a tym bardziej każdemu młodemu muzykowi grającemu w zespole. Ponieważ koniec lat 60-ych to czas, w którym muzyka rockowa wkraczała w wiek dojrzały, a miała jeszcze siłę nowości i pokoleniowego przekazu. Kiedy równocześnie z rozwojem samych muzyków, ukształtował się podstawowy dla późniejszego rocka arsenał środków technicznych i ekspresji wykonawczej, wykorzystywany w zasadzie do dziś i głupio jest nie wiedzieć, skąd się wziął.
Koncerty w Leeds i Hull miały być nagrane w najlepszej dostępnej wówczas jakości, 8-śladowym Rolling Stones Mobile Studio, które jednak nie dotarło na miejsce. Zostały nagrane przypadkowym sprzętem, przez dźwiękowca-żółtodzioba. Źle podłączono kable i brakowało niektórych ścieżek. Sprzęt zawodził, dźwięk w nagraniu zanikał, były zniekształcenia i trzaski. W rezultacie brzmienie jest odarte do kości, a publiczności prawie nie słychać.
Wydanie tej płyty zespół traktował początkowo jako zło konieczne i rozwiązanie doraźne, ale właśnie taki, surowy i pełen usterek, szorstki i prymitywny sposób nagrania został doceniony przez publiczność. Przyjęto go jak gest twórczy i deklarację artystyczną zespołu, ponieważ Live at Leeds brzmi jak oficjalny bootleg, a jednocześnie jest archetypem nagrania realnego koncertu rockowego. Płyta oddaje wrażenie zespołu słyszanego spod sceny – bas po lewej, gitara po prawej, bębny i głos Daltreya w środku. Proporcje instrumentów nie są idealne, ale na ówczesnych koncertach rzadko takie były, często też coś się psuło. Dzięki temu odczuwamy prawie fizyczną obecność muzyków i autentyczną dźwiękową energię grupy.
Paweł
Przebój Halleya "Rock Around the Clock" i inne jego przeboje z tamtego okresu, oraz towarzyszące im filmy fabularne w rodzaju właśnie "Rock Around the Clock" to kapitalne pamiątki dokumentujące to, co się wydarzyło w latach 1955-56.
Sama piosenka "Rock Around the Clock" - przykład tego, jaka mieszanka wybuchowa powstała po fuzji rythm'n'bluesa z muzyka country, nie jest ważne czy ona jest coverem "Shake Rattle And Roll" Joego Turnera, ważne, że w miejsce saksofonu dostajemy gitarę. To już jest rock'n'roll! W prostocie siła!!!
A film "Rock Around the Clock" z 1956 obrazuje przełom, który wtedy nastąpił: muzyka jazzowych bigbandów traci na popularności, na jej miejsce jak huragan wchodzi rock'n'roll. Jazz raz na zawsze przestaje być muzyką do tańca, Jazzmani (zwłaszcza czarni) zdejmują garnitury, emancypują się, zaraz zabrzmi hardbop, za chwile rozwinie się free… drogi jazzu i rocka zbiegna sie dopiero po kilkunastu latach :)
Pomiędzy 1955 a 1956 nastąpił ciąg wydarzeń po prostu niesamowitych - i to wszystko dzisiaj można sobie obejrzeć!:
Lipiec 1955 - Bill Halley z Kometami w amerykańskim show Eda Sullivana demonstruje "Rock Around The Clock"
Wrzesień 1955 - u Eda Sullivana debiutuje Dave Brubeck - człowiek, który kilka lat później wprowadzi do muzyki popularnej jeden z najbardziej zniewalających i transowych rytmów: 5/4
Październik 1955 - u Eda Sullivana miliony amerykanów zobaczą i usłyszą mojego Bo Diddleya (zapowiedzianego jako "muzyk bluesowy") w niesamowitym, niebywałym i jakże inspirującym utworze "Bo Diddley" - Boze, ten puls gitary... bardzo przepraszam, ale dla mnie to jest początek rocka, psychodelii, surfu, rapu a moze i heavymetalu - i mogę tę tezę bronić :)
No i 03 kwietnia 1956 - Elvis w show u Miltona Berie pokaże swój pamiętny "taniec" w trakcie "Hound Dog"- i po tym nic już nigdy nie będzie takie samo… a my latem tego samego roku doświadczymy pierwszego festiwalu jazzowego w Sopocie!
Daniela
Bill Halley to początek i kwintesencja prostego, energetycznego rock'n'rolla. Otóż jest chyba oczywiste ,że The Who to "wnuki" Billa Halleya. I chyba nie jest przypadkowe ze 15 lat po eksplozji rock'n'rollowej, czyli na pocz. lat 70-tych tylu wielkich wykonawców zapragnęło powrócić po wycieczkach psychodelicznych czy orkiestrowych do czystego, bazowego wygrzewu: The Doors na "L.A.Woman", the Byrds na "Sweetheart of Rodeo" (country!!!!) no i the Who na "Live At Leeds".
DJ Stachu
Nie znałem tego koncertu - The Who nigdy nie było w moim kręgu zainteresowań, i co my tu słyszymy...? Energetyczna sekcja rytmiczna daje radę, ale przy trzecim numerze mam wrażenie, że gra ciągle to samo, tym niemniej - dają radę. Wokal, no cóż, jest najsłabszą częścią występu - ten głos jest po prostu nijaki, a dośpiewane z tła "backing vocals" brzmią wręcz humorystycznie, niezamierzenie, jak sądzę. Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, który koncert rockowy jest najlepszy (w historii), ale kilka lepszych od dzisiaj prezentowanego natychmiast przychodzi mi na myśl, choćby pierwsza koncertowa płyta Emerson Lake and Palmer wspomnianego przez Pana Redaktora, nie mówiąc już o Bursting Out Jethro Tull, albumie Petera Gabriela - to tak na początek. Głosy: Petera Gabriela, Iana Andersona czy Grega Lake'a to coś,co jest przynajmniej rozpoznawalne (jak dla mnie - mistrzostwo świata), co trudno powiedzieć o wokaliście The Who...
Bogdan

***

Tytuł audycji: Wieczór płytowy

Prowadzili: Tomasz SzachowskiPiotr Metz 

Data emisji: 8.08.2021

Godzina emisji: 22.00


Czytaj także

WP#230. Breakout i Dżamble

Ostatnia aktualizacja: 05.06.2021 15:13
W "Wieczorze płytowym" wybraliśmy się w muzyczną podróż do początku lat 70. Wysłuchaliśmy m.in. jedynej płyty długogrającej polskiego zespołu jazz-rockowego Dżamble.
rozwiń zwiń

Czytaj także

WP #238. Aga Zaryan, Tomasz Stańko i Pink Floyd

Ostatnia aktualizacja: 27.07.2021 19:00
W audycji krążyliśmy między Polską a Wielką Brytanią oraz między początkiem XX wieku a rokiem 1983. Słuchaliśmy aż trzech płyt: "Umiera piękno" Agi Zaryan, "Wolność w sierpniu" Tomasza Stańko oraz "The Final Cut" zespołu Pink Floyd. 
rozwiń zwiń