Jak na przestrzeni dekad zmieniła się realizacja programów kulinarnych i dlaczego dzisiejsi widzowie traktują archiwalne odcinki jak gotowe przewodniki turystyczne? Dlaczego prawdziwy polski żurek potrafi zachwycić najbardziej wymagających smakoszy z Azji i jak to się stało, że zapiekanki z pieczarkami stały się symbolem dawnych lat? Na antenie Czwórki zagościł Robert Makłowicz - krytyk kulinarny, podróżnik i uwielbiany przez pokolenia dziennikarz.
Posłuchaj audycji "Popołudniówa" z Robertem Makłowiczem
W rozmowie na antenie Robert Makłowicz powrócił do początków swojej telewizyjnej kariery z pod koniec lat dziewięćdziesiątych, zestawiając je z dzisiejszą, niezwykle elastyczną pracą na potrzeby platformy YouTube.
- Kiedy zaczynaliśmy w 1998 roku, realizacja wymagała potężnego sprzętu, między innymi wielkiej kamery Betacam, asystenta do jej dźwigania oraz ciężkich statywów. Żeby rozstawić taki sprzęt pod Pałacem Buckingham czy na Moście Karola w Pradze, trzeba było zdobywać specjalne pozwolenia. Dziś miniaturyzacja zmieniła wszystko. Nasz sprzęt wygląda jak mały aparat, a do nagrywania detali w miejscach z zakazami używamy po prostu telefonów. Nikt nie robi z tego problemu, a człowiek gotujący w plenerze budzi uśmiech - tłumaczył w studiu.
Dziennikarz zauważył też zmianę w odbiorze swoich materiałów. O ile po upadku PRL-u programy pełniły funkcję edukacyjną i uczyły Polaków, czym jest parmezan czy bakłażan, o tyle dziś służą jako praktyczny podpowiednik turystyczny przed zimowymi czy majówkowymi wyjazdami.
Żurek jako polski ramen
Zdecydowana część rozmowy została poświęcona polskiej tradycji kulinarnej. Robert Makłowicz z rezerwą odniósł się do schabowego i pierogów jako jedynych wizytówek naszej kuchni, wskazując na zupełnie innego faworyta.
- Daniem, które jest absolutnym nokautem dla obcokrajowców, jest porządny żurek. To jest nasz polski ramen! Nie bierzemy jednak głębokiego smaku umami z wielogodzinnego gotowania kolagenu z kości, lecz z naturalnego procesu kiszenia mąki. Prawidłowo zrobiony żurek po prostu zachwyca - przekonywał.
Dziennikarz odniósł się również do błędów pojęciowych wokół tradycyjnych "pierogów ruskich", przypominając, że ich nazwa wywodzi się historycznie od Rusi Czerwonej (obszarów dzisiejszej Ukrainy), a nie od Rosji.
Sentyment do zapiekanek i brytyjskie specjały
Gość Czwórki wspominał także dawne czasy, gdy podstawowe dziś produkty, takie jak trawka cytrynowa czy mleczko kokosowe, przywoziło się w kostkach z Wiednia i Berlina. Zwrócił uwagę na powracający sentyment do kultowych zapiekanek z pieczarkami, przypominając, że grzyby te były w PRL-u zasługą prywatnych hodowców ("prywaciarzy"), co uczyniło z Polski ich wielkiego producenta.
Na koniec Robert Makłowicz wziął w obronę często krytykowaną kuchnię brytyjską, chwaląc wybitne sery dojrzewające (jak Blue Stilton zalewany porto), tradycyjne zapiekanki mięsne (steak and kidney pie) czy chrupiące fish and chips z dodatkiem octu słodowego.
Oprócz ekranowych przygód gość Czwórki przybliżył kulisy powstawania swojej najnowszej książki "Fiu, fiu, fiu!", w której serwuje czytelnikom apetyczne anegdoty ze swoich wieloletnich podróży oraz osobiste spojrzenie na ewolucję obyczajów kulinarnych.
***
Tytuł audycji: Popołudniówa
Prowadzi: Kamil Jasieński
Gość: Robert Makłowicz (krytyk kulinarny, dziennikarz)
Data emisji: 28.10.2026
Godzina: 15.10
ak