RCKL

Pod patronatem świętego Walentego

Ostatnia aktualizacja: 13.02.2020 10:00
W tradycji polskiej święty Walenty był patronem chorych i ich opiekunem w czasie zarazy. Wspierał cierpiących na podagrę, ale głównie osoby dotknięte chorobami układu nerwowego.
Zdjęcie ilustracyjne
Zdjęcie ilustracyjneFoto: Pixabay.com/Engin_Akyurt

Przede wszystkim jednak opiekował się i wspomagał chorych na padaczkę – cierpienie nazywane kiedyś chorobą świętego Walentego.

Jeszcze w pierwszej połowie XX wieku, głównie na Kurpiach, w dniu świętego Walentego odbywały się uroczystości wotywne w intencji chorych. W parafiach Krzynowłoga Wielka i Brodowe Łąki nazywano je małym odpustem.

Do kościoła, na nabożeństwo, przynoszono ulepione ręcznie woskowe wota, czyli ofiary – zwane tu osiarami; miały one formę serduszek, rąk, nóg, szczęk, ale przede wszystkim były to kulki i krążki woskowe (w miejscowej gwarze koruny cierniowe, grucoły, ocy, bigielki). Te właśnie wota przynoszono do kościoła w intencji chorych nękanych przez uporczywe bóle głowy, nerwice, paraliże, cierpienia umysłowe i padaczkę. Na Kurpiach znane były również inne wota przedstawiające – schematycznie – postacie ludzkie, głównie dzieci w powijakach, z zaznaczonymi szeroko otwartymi ustami. Przynoszono je do kościoła, aby uleczyć niemowlęta wątłe i nerwowe, płaczące po nocach, z drgawkami. Te antropomorficzne formy występowały najrzadziej i dzisiaj mają już wartość unikatową, ponieważ Kościół zabraniał praktyk religijnych z użyciem wotów woskowych wyobrażających ludzi.

Przede wszystkim jednak opiekował się i wspomagał chorych na padaczkę – cierpienie nazywane kiedyś chorobą świętego Walentego.

Ofiarnicy z wotami w ręku lub z kulkami i krążkami woskowymi trzymanymi na czole (albo w fałdach chustek, które miejscowe kobiety wiązały sobie na głowie), obchodzili trzykrotnie ołtarz, zbierali kurz z desek i wcierali go np. w bolące skronie, oczy, uszy, w stawy rąk i nóg i modlili się, prosząc o zdrowie dla siebie i swych bliskich: o życie, poprawę zdrowia i spokojny sen dla słabowitych, nerwowych, mizernych, wolno rosnących i ciągle płaczących dzieci; o lekki, szczęśliwy poród; o ustąpienie uciążliwego bólu i szumu w głowie; o ochronę przed epidemią i pomorem bydła i – przede wszystkim – o pomoc dla cierpiących na wielką chorobę – rzucawkę – chorobę świętego Walentego – czyli epilepsję.

Na Pomorzu natomiast odlewano wielkie świece wotywne, wysokości chorego epileptyka i w jego intencji, 14 lutego, zanoszono je do kościoła, w ofierze proszalnej składanej świętemu Walentemu. Także i w innych regionach Polski chorych na wielką niemoc powierzano opiece św. Walentego. Modlono się do świętego, ale w modlitwach tych (podobnie jak i w zwyczajnych rozmowach) nie wymawiano nigdy nazwy choroby, ze strachu że może je usłyszeć i sprowokowana bardziej nękać chorego i atakować nowe ofiary.

Mówiono, że począwszy od 14 lutego nie należy przechodzić ani przejeżdżać przez żadną zamarzniętą wodę. Nawet wtedy, jeśli lód na stawie, rzece, czy jeziorze wydaje się jeszcze gruby i mocny. O tej porze roku może bowiem bardzo łatwo pękać i załamywać się. Należało więc zachowywać największą ostrożność, a jeśli już zaszła konieczność wejścia na lód, trzeba było polecić się opiece świętego.

***

Tekst pochodzi z książki "Polskie obrzędy i zwyczaje doroczne" dr Barbary Ogrodowskiej, wyd. Muza, Warszawa 2010.

Opracowała: Hanna Szczęśniak

Zobacz więcej na temat: folklor kultura ludowa KULTURA