X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem

Zjazd żyrandola

Ostatnia aktualizacja: 24.11.2017 19:26
Miejcie litość dla zmysłów postronnych obserwatorów. Jeśli już koniecznie musicie – walczcie, ale z elementarną klasą, ze smakiem podstawowym, bez stentorowego wycia.
Zdjęcie ilustracyjne
Zdjęcie ilustracyjneFoto: Shutterstock.com

Wkroczyłem w środek rozbawionego towarzystwa. – O, tu! – krzyknąłem, szeroko otwierając jamę ustną i wskazując palcem na zęby trzonowe. – O, tu, wybili, panie, za wolność wybili! Nastąpiło zamieszanie.

Sławomir Mrożek „Moniza Clavier”


Dwa tygodnie temu szedłem do Narodowego Starego Teatru z torbą na ramieniu. Nie było potrzeby niepokoić ducha. Od dnia, w którym ogłoszono objęcie przez nową dyrekcję władzy w gmachu przy Placu Szczepańskim, pilnie studiowałem wszystkie w tej sprawie pojawiające się w prasie doniesienia, badałem każdy z telewizyjnych programów, tak regionalnych, jak ogólnopolskich, i wsłuchiwałem się w każdą radiową audycję, zapisywałem słowo każde, że już o notowaniu prywatnych rozmów telefonicznych oraz tych oko w oko prowadzonych na mieście nie wspomnę. Archiwum liczy 285 pozycji, co daje z grubsza 150 stron druku, i nie pozostawia żadnych wątpliwości. Gdyby tak zmartwychwstał Giovanni Battista Piranesi, o którego mózgu Wiktor Hugo powiedział, że jest czarny, gdyby zmartwychwstał legendarny ten włoski rytownik i przeczytał rzeczone archiwum, natychmiast stworzyłby, i to bez wizyty w Krakowie, kolejny smolisty portret gruzów. Do Starego Teatru szedłem więc jedynie z torbą na ramieniu, gdyż miałem pewność, że przy Placu Szczepańskim nie Stary Teatr, a gruzy Starego Teatru, by tak poetycko rzec, majaczą. Ergo, nie musiałem się lękać, że znów zobaczę na scenie coś, co mnie przerośnie. Szedłem więc spokojnie, ba, radośnie, podskakując sobie żwawo. O Piranesim dumałem, lecz nastrój był na tyle odświętny, że stary rysunek Andrzeja Mleczki się przypomniał. Gruszka była tam uwieczniona? Czy też jabłko?

Chyba to pierwsze. Tytuł brzmiał: „Gruszka wyborcza” i przedstawiał gruszkę, lecz podziurawioną. Ot, gruszka-durszlak, a w otworach potworne robale się wiją, zapewne wyżerając ją od środka. Podskakiwałem więc żwawo i marzyłem, że jak już do Placu Szczepańskiego dokicam, to zobaczę dyrektorów, Marka Mikosa i Jana Polewkę, niczym u Franza Kafki Gregor Samsa w chrabąszcza - przemienionych w dwie mordercze glisty, czołgające się przez szczeliny świętych ruin i wysysające szpik z kości biednych, niewinnych aktorów. Taki horror sobie układałem, a tu – bęc!

Doskoczyłem do Placu Szczepańskiego i kicać nagle przestałem, bo patrzę, a tu ruin brak. Ani śladu robali o twarzach Mikosa i Polewki. Nie słychać lepkiego brzmienia wysysanego szpiku. Ba, jest znacznie gorzej. Oto okna tkwią tam, gdzie tkwić powinny. Ani jedna szyba nie wybita. Tynk – nieskazitelny, bez najcieńszej rysy. Dach w jak najlepszym porządku. Są zielone wrota wejściowe. Boże miłosierny – jest i mosiężna klamka! Naciskam, wchodzę, mdleję. Mdleję, bo patrzę, a w sieni, po prawej – kasa biletowa tam, gdzie od zawsze była. Kasa biletowa, a za szybą, wystawcie to sobie, pani kasjerka. Tak! A na domiar rozczarowania mego – całkowicie żywa kasjerka! Podchodzę, witam się, zagaduję. Rozmowa się zawiązuje.

Pytam: „Jak u pani ze szpikiem kostnym?” Ona: „Świetnie! Jest i działa!” I dodaje: „Na co pan szanowny bilecik sobie winszuje?” Ja: „To wy gracie?” Ona: „A cóż w tym dziwnego? Jest teatr, to się gra” Ja: „Co pani poleci?” Ona: „Może... „Operę mleczaną”?” Ja: „Ten na kanwie rysunków Andrzeja Mleczki sceniczny lekki żart sprzed 14 lat?” Ona: „Ten sam” Ja: „To poproszę” Bilet ładnie w świetle żarówki wyglądał, albowiem żarówka sobie świeciła, gdyż był prąd. Prąd był, kaloryfery grzały, w szatni – miłe, uśmiechnięte szatniarki, a za ich plecami numerki aluminiowe oraz haczyki, na których wiesza się płaszcze. Był też czynny bufet oraz na piętrze toaleta czynna, w której rolka na swoim miejscu, spłuczka działająca bez zarzutu oraz woda zimna i ciepła w kranie nad nie pękniętą umywalką. W foyer zaś – ludzie. Teatromani, którzy nie dość, że niczego się nie boją, to na domiar zwyczajności wcale się nie dziwują, że morderczych glist dyrektorskich nie widać nigdzie. Po prostu - bilety kupili, żeby się odrobinę rozerwać, i spokojnie czekają na rozrywkę, coś tam sobie popijając.

Nie sądzę, by ktoś żałował, że przybył. „Opera mleczana” w świetnym stanie. Aktorzy – Jakub Przebindowski, Zbigniew W. Kaleta, Ewa Kaim, Anna Radwan – na wielkim poziomie. I jakoś nie było na ich karkach widać śladów po kłach dyrektorskich. No i przez aktorów inscenizowana, niezawodna, z kresek i wiekopomnych fraz zrobiona sztuka Mleczki! Jak tylko pomyślałem o moim archiwum ogólnonarodowej rozpaczy i gestów Rejtana, z punktu przypomniał się wiadomy rysunek Mleczki, zwłaszcza ten widniejący nad portretem karkołomnej kopulacji apel artysty: „Obywatelu! Nie pieprz bez sensu!” I, wciąż o fatalnym archiwum myśląc, klaskałem namiętnie, słysząc aktorów wiele razy powtarzających zdanie: „Cieszcie się, że to, co wy na początku braliście za chrypkę, okazało się pod koniec rozmowy wzruszeniem!”

Nie w tym problem, czy wojujący z nową dyrekcją aktorzy, reżyserzy oraz krytycy mają rację, czy jej nie mają. Problem, jak zwykle, jest w doborze epitetów. Zupełnie zerwały się rycerzom z uwięzi słowa i tony. Rzeczone archiwum moje, które za rok zapewne spotwornieje do rozmiarów siedmiu tomów Marcela Prousta, jest w istocie archiwum niebotycznej histerii, księgą zachrypiałej rozpaczy, tomem dżumy, trądu, wiecznej ospy i cholery, wezwaniem do boju z robalami o zębach rekinich, wieszczeniem rychłej ruiny przy Placu Szczepańskim, dna kompletnego, zgnilizny oraz zbiorowej śmierci w potwornych męczarniach. I tak dalej, i dalej, i dalej... Nie mówię ani tego, że dobrze jest, ani, że jest źle. Ani w obronie nikogo nie staję, ani nikogo nie karcę. Ja tylko cicho proszę.

Miejcie litość dla zmysłów postronnych obserwatorów. Jeśli już koniecznie musicie – walczcie, ale z elementarną klasą, ze smakiem podstawowym, bez stentorowego wycia. Weźcie się w garść stylistyczną, rycerze, trochę ogarnijcie się językowo, a zwłaszcza intonacyjnie. Miarkujcie histerię, albowiem klecona przez was prowincjonalno-pensjonarska operetka „My, Rejtany, na barykadzie!”, kłopotliwa jest okrutnie. Bierzcie przykład z majestatycznego, bez mała tonę ważącego żyrandola w Teatrze Słowackiego. Kiedy dni temu kilka ze sfer podniebnych na glebę go spuszczono, by żarówki wymienić i odkurzyć święte krzywizny - wyglądał świetnie! Można rzec – wreszcie po ludzku, zwyczajnie. Żyrandol na glebie, śpiący w lesie niedźwiedź lub drzemiący przed budą zły pies. Aż przyjemnie popatrzeć! Uziemiony patos to jest zjawisko zawsze przyjemne dla oka, o mózgu nie wspominając.

***

Paweł Głowacki

Zobacz więcej na temat: TEATR Paweł Głowacki
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Dzióbek Radosta

Ostatnia aktualizacja: 27.10.2017 16:26
Wyjmuje, odkręca, przechyla, przełyka i gdyby mógł, masując się po szyi rzekłby wtedy do skwaszonej Dobrójskiej chrapliwie: „Jakby Jezus Chrystus przeszedł przez gardło, droga moja!”. Lecz nie może. Nie może i nie musi.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Powolne odsuwanie kropki

Ostatnia aktualizacja: 03.11.2017 17:37
Wraca tamten teatr. Wraca tryptyk Wajdy, a wraz z nim – „Lato w Baden”, powieść Leonida Cypkina, zmarłego w roku 1982 lekarza. Był patalogoanatomem. Dobrze znał cierpliwość kości. I miał czas.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Lekcje Jordiego Bordasa

Ostatnia aktualizacja: 10.11.2017 15:57
Dziobię tort i myślę o komarze, koniku polnym lub muszce tyciej, o tej kiedyś żywej drobinie, której trupka bezradnego, w grudzie farby uwięzionego jak w kropli bursztynu, odkryto przy krawędzi obrazu Vincenta van Gogha. Wyjątkowo miła nieśmiertelność. Wieczność szczęściarzy.   
rozwiń zwiń

Czytaj także

Wysunięta szuflada

Ostatnia aktualizacja: 17.11.2017 16:25
Nie osunął się w trakcie żadnej z 28 rozmów. Zapewne dlatego, iż przywołane w nich czasy są też poniekąd czasami, w których i on się zaczynał, biorąc podobne lekcje u być może tych samych arystokratów, którzy dziś są widmami.
rozwiń zwiń