Jak tłumaczy Tadeusz Tabortowski, praca warszawskiego kontrolera biletów odbywa się w systemie zmianowym - od wczesnych godzin porannych aż do późnego wieczora. Dzień zaczyna się od odprawy w siedzibie firmy przy Grochowskiej, pobrania sprzętu i przydzielenia rejonu. - Jeżeli pracuję efektywnie, to mogę sobie wybrać rejon. Wszystko zależy od tego, jak wygląda moja praca danego dnia - tłumaczy.
Wbrew popularnym mitom, kontrolerzy nie są rozliczani z liczby "złapanych" gapowiczów. - Najbardziej liczy się ilość kontroli i brak błędów przy wystawianiu wezwań, a nie sama liczba mandatów - podkreśla. Pierwsze dni w pracy były dla niego ogromnym wyzwaniem. - Pierwszy dzień to był jeden wielki stres. Najtrudniejsze było karanie pasażera, ręce się trzęsły przez pierwsze tygodnie - wspomina. Dziś kluczowe są opanowanie i rozmowa. – Im spokojniejszy jestem ja, tym spokojniejsza jest druga osoba. Kontroler musi być trochę psychologiem.
Ucieczki i wymówki
Choć prawo pozwala na ujęcie pasażera, Tab-rtowski unika pościgów. - Bieganie za gapowiczem jest niebezpieczne. Widziałem ludzi, którzy niemal wpadali pod samochody - przyznaje. Najdziwniejsze wymówki? - Słyszałem, że bilet zjadł pies. Albo że mama zawsze kupuje bilet, bo dorosły facet nie umie - opowiada.
"Kanar" bez obrazy
Określenie "kanar" nie jest dla niego obelgą. - My sami tak o sobie mówimy. Trzeba tylko pamiętać, że kontroler po pracy też idzie na koncert czy spotkanie ze znajomym - mówi. Na nowy rok życzy sobie jednego: - Jak najszybszej wiosny. Zima to najtrudniejszy czas w tej pracy.
***
Tytuł audycji: "Poranek Czwórki"
Prowadzi: Dominika Płonka
Gość: Tadeusz Tabortowski
Data emisji: 08.01.2025
Godzina: 9.15
gV