>>> POSŁUCHAJ ŹRÓDEŁKA
Teatr może być wszędzie!
Jak wyczarować teatr w plenerze opowiadał nam reżyser Bartłomiej Miernik z Fundacji Banina. A co robi reżyser teatralny?
- To taka osoba, która słucha innych osób, na przykład dramatopisarzy i próbuje robić spektakl z tych podszeptów - mówił nasz gość. - Można być dzieckiem reżyserem! Wystarczy mieć wyobraźnie i umieć sobie wyobrazić w pustej przestrzeni lalki albo ludzi, którzy ją wypełniają. I spróbować to zrealizować.
Fundacja Banina, z którą współpracuje Bartłomiej Miernik, często działa właśnie z takimi młodymi reżyserami i aktorami, próbując zainteresować ich działaniami teatru.
- Każde dziecko to kłębek wyobraźni i wrażliwości. staramy się tak pracować z dziećmi, żeby to, co mają w sobie, przełożyć na spektakl. Można na przykład zrobić spektakl o tym, co spotkało kogoś w szkole albo na wakacjach!
Jak przyznał Bartłomiej Miernik, ludzie teatru uwielbiają lato. Dzięki temu można wyjść z ciemnych piwnic na zewnątrz, czyli „w plener". Nie trzeba tam budować niezwykle obfitych scenografii, czasem wystarczy to, co zastało się w jakimś miejscu - na przykład ściana zieleni - i wyobraźnia.
Pan Bartłomiej przybliżył nam też opowieści roztoczańskie i... kurdyjską baśń o pięknej Gulbarin.
Nasz gość opowiadał o poszukiwaniu opowieści w swoim regionie. Roztocze to pogranicze i, jak to na pograniczach bywa, splatają się tam różne kultury.
A historia Gulbarin? Glubarin to piękne kurdyjskie imię oznaczające „sypiąca róże". Gulbarin to magiczna dziewczyna, której imię, nadają gołębie potrafiące mówić. Jej imię nie jest przypadkowe - gdy dziewczyna się śmieje, z jej ust wypadają róże, gdy płacze z nieba spada deszcz, a gdy czesze włosy sypie się z nich srebro i złoto...
W naszym spektaklu nie zmieniamy nic z oryginalnej baśni, dodajemy jednak coś, czego w piśmie nie da się uchwycić, a na czym tak bardzo zależało dengbeżom - magię kontaktu z człowiekiem”, piszą autorzy spektaklu.
Jeśli jesteście ciekawi spektaklu - macie okazje zobaczyć go m.in. tu: 22-25 lipca w Czeremsze, 26.07 w Zwierzyńcu, 29.07-1.08 na Poland Rock Festival.
Wycinanki z życia
W studiu zagościła też Ola Rózga autorka wycinanek, która szuka inspiracji w sztuce ludowej i tym, co wokół nas.
- Sama nie wiem, jak się przedstawić, zajmuję się wieloma rzeczami, papier i wycinanki zajmuje dużą część mojego życia. Ale jestem też badaczką, edukatorką... - rozpoczęła swoją Ola Rózga. - Jako mała dziewczynka marzyłam o tym, żeby prowadzić tramwaj albo pracować w latarni morskiej... wycinanka wydarzyła się w moim życiu, kiedy byłam już bardzo duża!
Ola pochodzi z Dolnego Śląska, ale jej korzenie sięgają zupełnie innych miejsc, których przeprowadzili się jej dziadkowie. W naszej gościni wzrastała chęć poznania własnych korzeni i to poznania ich poprzez sztukę ludową. Wertując folklorystyczne publikacje, ucząc sie różnych rzemiosł Ola trafiła na wycinanki. A to, jak wycinanki nazywano dawniej przypieczętowało jej miłość do tej sztuki ludowej.
- Z początku chciałam je namalować! Ale to bardzo trudne -namalować wycinankę tak, by nie wyglądała źle. Dlatego chwyciłam za papier i nożyczki. Okazało się, że jest to najbardziej posłuszne mi narzędzie. Wycinałam jak szalona! Przez tydzień, drugi, trzeci! Moi znajomi zauważyli, że coś się święci i podarowali mi książkę o wycinance. W książce było zdanie, a w zdaniu podkreślone pewne słowo. Zdanie brzmiało tak: „lud polski nigdy nie nazywał wycinanek wycinankami albo wystrzygankami. Formy i motywy wycięte z papieru miały swoje własne nazwy. Nazywano je klapokami, lalkami, drzewkami życia albo... rózgami!". To było przeznaczenie - mówiła nam Ola Rózga.