Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Baśniowe utopie japońskich rockmanek

Ostatnia aktualizacja: 12.10.2021 06:00
Kuunatic grają muzykę, której punktem wyjścia jest plemienne i gitarowe brzmienie. W tle transowych i ciężkich utworów słychać powidoki tradycyjnych japońskich melodii, a wszystko ubrały w baśniowy koncept, rodem z mangi.
KUUNATIC
KUUNATICFoto: Shawn Chao mat. pras.

Jeśli na łamach Radiowego Centrum Kultury pojawiają się twórcy z Japonii, zazwyczaj są dość mocno zanurzeni w tradycję muzyczną swojego kraju. Kuunatic, mieszają te tropy: inspiracje do swojej nazwy zaczerpnęły z języka fińskiego i trudno o nich powiedzieć, że grają muzykę tradycyjną. Bazują na plemiennym brzmieniu, wykorzystaniu gitar z powidokami brzmień orientalnych, generowanych na instrumentach tradycyjnych albo syntezatorach.

Tym, co pierwsze zwraca uwagę w muzyce japońskiego tria to doskonałe ogranie, frapujące podejście do treściwych kompozycji, które bazują na minimalistycznym brzmieniu i nie są niepotrzebnie zniekształcane maksymalizacją efektów.

Otwierający album „Dewbow” przykuwa uwagę brzmieniem tradycyjnej japońskiej melodii, który wprowadza orientalne zabarwienie, ale to miarowe uderzenia perkusji i gęste linie basu wprowadzają w nastrój debiutanckiego albumu zespołu. Tym bardziej, że potem grupa uderza z siłą, kierując się zarówno progresywnymi inspiracjami, ale też i swego rodzaju lekkością, tworząc rozbudowaną dramaturgię.


Inspiracji dla zespołu można szukać w muzyce innych współczesnych japońskich zespołów, które stawiają na trans. Fumie Kikuchion, Yuko Araki i Shoko Yoshidaon odwołują się z jednej strony do tradycji eksplorowanych wcześniej przez Boredoms, a z drugiej w dwóch częściach „Desert Empress Pt. 1” za sprawą medytacyjnych form przypominają mi trochę Nissenenmondai, chociaż nie są aż tak powściągliwe w brzmieniu.

Punktem wyjścia do tego albumu jest wyimaginowana kraina, swego rodzaju utopia wokół której dziewczyny tworzą muzykę pulsującą. Jest w niej ciężar, ale też trochę mroku. To nie pogodne lekkie piosenki, chociaż zdarzają się wyjątki jak singlowe, bardzo przestrzenne „Titian”. I chociaż grupa operuje w idiomie rockowym, zabarwionym elektroniką, odwołuje się do echa muzyki tradycyjnej, co słychać w otwarciu albumu, sakralnych formach w „Desert Empress Pt. 2” czy w językowych połamańcach o awangardowym zacięciu w „Full Moon Spree”. Nie bez znaczenia jest fakt, że produkcją albumu zajął się pod Tim DeWit z Gang Gang Dance, którzy na nowojorskiej scenie od dawna eksperymentują jak elektroniczne struktury łączyć z transowymi formami o zabarwieniu etnicznym.


Kuunatic - Gate of Klüna Kuunatic - Gate of Klüna

Kuunatic grają głośno i ekspansywnie, a przeplatające się wokalizy wprowadzają czy to liryczny charakter czy rytualne, hałaśliwe zawodzenie. Trochę przypominają swoim sznytem muzykę Marnie Stern albo Ponytail – liryczną, melodyjną z jednej strony, ale też porywczą i agresywną z drugiej. Cały czas balansują między nastrojami, potrafią zaskoczyć ciężarem sekcji rytmicznej, ale i powabnym brzmieniem gitar i klawiszy.

Baśniowa narracja narzucona w tekstach, przypomina perypetie bohaterów mangi, zwłaszcza, że w kulminacji albumu opowieść opowiada o erupcji wulkanu i następującej po nim bitwie. Czujemy się więc jak w baśni, chociaż teksty nie łatwo zrozumieć – surrealistyczny powstaje na bazie słów śpiewanych w wymyślonym kuurandyjskim języku i po hawajsku. Jak w „Lava Naksh” – niby-modlitwę, która sprawia, że trochę gubimy się w tym, na ile to zwrot w kierunku muzyki sakralnej, a na ile ciekawa forma wyimaginowanych zaśpiewów, które mają zapobiec erupcji.

Można śpiewać o zmieniającym się świecie i komentować to, co wydarza się w nim a bieżąco, można uciec do wymyślonych krain, tworzyć utwory podczas tras koncertowych i brzmieć zaskakująco przekonująco kompozycyjnie i wykonawczo.

Kuunatic idą tą drugą ścieżką, ale pomimo tego abstrakcyjnego nastroju, w jakimś stopniu w ich muzyce odbija się obraz rzeczywistości, trochę jak w krzywym zwierciadle. Tam, gdzie muzyczne estetyki wywodzące się z plemiennych i rockowych brzmień najczęściej są traktowane w myśl mocno utartych ścieżek, one wprowadzają nutę świeżości, treściwe utwory, sążniste brzmienie i ciekawy koncept, który nie przysłania jakości ich muzyki.

Jakub Knera

Kuunatic

Gate of Klüna

Glitterbeat Records 2021

Ocena: 4/5

***

Więcej recenzji i felietonów - w naszych działach Słuchamy i Piszemy.

Czytaj także

Starosłowiańskie szeptuchy na dyskotece

Ostatnia aktualizacja: 12.01.2021 00:01
„Demonologia” przypomina o ludowych obrzędach, łącząc folkowe śpiewy z elektroniką. Może dzięki niej rytuały odganiania złych mocy i nieszczęść czasu pandemii, inicjowane kiedyś nad jeziorem w świetle księżyca lub ciemnym lesie, teraz odprawimy wśród stroboskopów, pod wirującą kulą dyskotekową?
rozwiń zwiń

Czytaj także

Życie w Brazylii zaczyna się po siedemdziesiątce

Ostatnia aktualizacja: 10.08.2021 08:10
Índio da Cuíca przez pół wieku grał, tańczył i śpiewał u boku wielu brazylijskich muzyków. Ale dopiero w roku swoich siedemdziesiątych urodzin, nagrał pierwszy solowy album – współczesną kwintesencję brazylijskiej muzyki.
rozwiń zwiń