Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Głęboki oddech Werchowyny

Ostatnia aktualizacja: 09.07.2026 08:00
Niewiele jest zespołów równie doświadczonych (a może i równie niedocenionych?) na polskiej scenie folkowej. Warszawska Werchowyna, tym razem – nie po raz pierwszy – wyłącznie w męskim gronie, proponuje płytę, która z jednej strony po prostu zachwyca, z drugiej – budzi w słuchaczu wiele (nie tylko muzycznych) refleksji.
Werchowyna
WerchowynaFoto: mat. promocyjne

Płyta to piękna i poruszająca. Jakże świetnie się składa, że w natłoku nowych brzmień, nowych nurtów, nowych artystycznych wizji (także folkowych), wciąż są jeszcze punkty orientacyjne. Klasycy, których – nomen omen – głos przyzywa i przywołuje: dawne czasy i współczesnych odbiorców gotowych na doznania w dzisiejszym świecie niecodzienne.

Jeśli zatem najnowszy album zespołu wskazuje w stronę przeszłości, to tyleż ku wokalnym tradycjom, które tak ujmująco i wiarygodnie ożywia, ile w kierunku własnej, jakże bogatej historii. Jeśli jednak potraktujemy to nagranie na tyle poważnie, na ile na to zasługuje, to jasne się stanie, że to nie tylko nostalgiczna podróż wstecz, ale bardzo współczesna opowieść – ważna tu i teraz, istotna w wielu kontekstach.

Gdy ogarniam wspomnieniem dotychczasowy dorobek tego ikonicznego zespołu – także, gdy ogarniam go wzrokiem, patrząc na leżący przede mną bodaj komplet nagrań zespołu, wydanych na CD – nie odnajduję płyty słabej czy mało istotnej. To jednak nie wszystko. Równie ciekawe jest to, że układają się one w logiczną, sensowną całość, że drobne zmiany stylu i (niekiedy mniej drobne) zmiany składu nie wpływają  na fakt, że dzieło zespołu widziane z perspektywy, jako całość, okazuje się zjawiskowo wielowątkowym, ale też niesamowicie konsekwentnie prowadzonym narracyjnym tokiem. I sprawdza się tu stara mądrość mistrzów, że nowe płyty nie ukazują się co roku ani w jakichś marketingowo wyliczonych odstępach czasu. Ukazują się wówczas, gdy jest coś nowego do opowiedzenia światu. To wspaniała okoliczność, bowiem właśnie ona sprawia, że każda z kolejnych płyt tej grupy jest „po coś” i „o czymś”. Tegoroczny album nie jest zatem dopełnieniem tej historii, bo wierzyć należy, że będzie ona miała dalszy ciąg. Jest czymś więcej: kolejnym ważnym rozdziałem zespołowej opowieści i historii – jak w przypadku mało której z grup na folkowym rynku – konsekwentnie prowadzonej od trzech i pół dekady!

Najnowsza płyta to drugi w dorobku zespołu album, który ma na okładce fundamentalnie ważny dopisek: „Męskie głosy”. Sądzę, że nie trzeba tu wyjaśnień. Jak widać, raz na jakiś czas, sytuacja dojrzewa do takiej konieczności, że potrzebny jest męski głos. Nie mający być jednak wynikiem trywialnej bezkompromisowości, krzyku, prężenia muskułów – w jakimkolwiek sensie. Jest raczej wyrazem wrażliwości, uważnego zasłuchania się w dawne pieśni i czujnego ich wykonywania.  A wreszcie: sprawdzenia jaką wartość niesie ze sobą taki stosunek do tradycji, do kultury, do sąsiadów, do siebie samego (to, mam wrażenie, „zadanie” zarówno dla wykonawców, jak i dla słuchaczy). Jedenaście lat temu ukazał się album o wszystko mówiącym tytule Pieśni kozackie. Teraz otrzymujemy jej swoisty ciąg dalszy.

Krążek wypełniają zatem ukraińskie pieśni a capella: liryczne, podniosłe, miłosne, lamenty, ale też żartobliwe, a nawet pijackie. Pochodzą z różnych regionów – szczegółowo przedstawia to zresztą bardzo ciekawa, bogata w treści, książeczka z tekstami i opisami, dołączona do wydawnictwa (jak zawsze piękna edycja wydawnictwa Konador). Mamy tu więc utwory łemkowskie, kozackie, pochodzące z Polesia czy Połtawszczyzny. Całość kończy, jakby na przekór, ale raczej jako piękny kontrapunkt, w sensie dopełnienia tej poruszającej całości – miłosna pieśń gruzińska.

Skład zespołu na tej płycie stanowią artyści w większości dobrze znani od lat z Werchowyny. Są to zatem: mistrz – Tadeusz Konador, a dalej: Kuba Urlich, Mirosław Rak, Roman Korbut, Maciej Siciarek, Wojciech Mazurkiewicz i Maciej Urlich. Gościnnie w jednej pieśni pojawia się jeszcze Andrzej Peregrym. Eksponują moc głosów, moc harmonii wokalnej, ale także delikatności, czułości, wrażliwości na melodię i na każdy wykonawczy detal. A jeśli dobrze liczę, to – pomijając dawne kasety i płytę winylową – jest to dziesiąty krążek CD w dyskografii zespołu. To też byłby mały jubileusz, którego zespół jednak nie obchodzi, nie eksponuje.

Nie muszę chyba przy tym tłumaczyć, jak wielce symboliczna to publikacja, również (zwłaszcza) w dzisiejszych czasach. Nie trzeba wielkiej przenikliwości i specjalistycznej wiedzy, by uświadomić sobie jak ważne znaczenie, jak wielki wpływ na polską scenę muzyki folkowej miała – szeroko pojęta – tradycyjna ukraińska kultura muzyczna i sposoby jej odczytywania przez tamtejszych twórców.

Skoro więc założyciele Werchowyny podjęli trzy i pół dekady temu ten wspaniały trud artystyczny, który swe pierwotne źródło miał w wędrowaniu po Beskidach i w pierwszym zachwycie łemkowskimi piosenkami, to kontynuują tę ścieżkę, na różne sposoby, do dzisiaj. Ten zachwyt dzieliło wówczas wielu, prawdziwie nielicznym udało się jednak przełożyć go na własną twórczą ekspresję: w dodatku z taką jakością – i taką długowiecznością. Ta wierność źródłom jest więc nie tylko rodzajem artystycznej uczciwości, ale także chyba po prostu głównym elementem tożsamości zespołu.

Skąd jednak tytuł płyty? A właśnie! Żeby nie było nazbyt patetycznie, nazbyt poważnie – wszak życie nie składa się wyłącznie z wielkich wyznań i deklaracji – artyści postanowili, że nazwą ten zbiór, biorąc fragment tytułu jednej z bardziej frywolnych, żartobliwych pieśni De idete, Matermane. Swoją drogą stanowi ona ciekawe nawiązanie (i nawet mniejsza o to czy świadome i celowe) do, swego czasu, jednego z największych hitów Orkiestry Św. Mikołaja Bude jarmak. Tak czy inaczej – członkowie zespołu Werchowyna (tym razem męska ich część) niezależnie od historycznych, społecznych czy jakichkolwiek okoliczności wspaniale balansują między powagą a żartem, między tradycją a współczesną wypowiedzią, między inspiracją płynącą z ukraińskiej tradycji, a  ważnym tu i teraz muzycznym dziełem. Chyba nawet bardzo ważnym!

Tomasz Janas

Werchowyna

Męskie głosy: De idete

[Konador 2026]

Ocena: 4,5/5 


***

Więcej recenzji - w naszym dziale Słuchamy.

 


Czytaj także

Ożywcze Tchnienie

Ostatnia aktualizacja: 28.05.2025 08:00
Trzy i pół roku po zwycięstwie w konkursie Scena Otwarta na Mikołajkach Folkowych i niemal dokładnie trzy lata po zdobyciu nagrody w konkursie podczas Nowej Tradycji członkinie duetu SEKUNDa zaprezentowały nam swą pierwszą płytę. Warto było czekać na tę muzykę pełną wdzięku, delikatności i finezji.
rozwiń zwiń