Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Co było, a nie jest

Ostatnia aktualizacja: 22.07.2021 09:00
Zapamiętane z dzieciństwa, z nastoletnich czasów, z drogi do szkoły. „Zawsze” tu były, „zawsze” stały, mijane w porannym pośpiechu albo popołudniowym zmęczeniu i obojętności, bez spojrzenia...
Huśtawka
HuśtawkaFoto: Magdalena Okraska

Służyły nam jeszcze z godnością resztkami swojej funkcjonalności i powołania, albo były całkowicie bezużyteczne i leżały odłogiem.

Prawie niewidzialne, a jednak obecne. Stare boiska piłkarskie i te do siatki, z zardzewiałymi bramkami i koszami wiszącymi na słowo honoru. Pokryte tłuczonym szkłem butelkowym dna od dawna wyschniętych niecek basenowych. Łąki i ugory pośrodku niczego. Zapomniane ośrodki wypoczynkowe nad brzegiem zarośniętego jeziora. Skróty przez krzaki, z pokrzywami wielkości człowieka. Rzędy prawie nieużywanych garaży ze skorodowanymi drzwiami. Ławki, na których siedziskach i oparciach wyrżnięto pamięć o kilku pokoleniach pijących, kochających i rozstających się.



To wszystko świat „pomiędzy”. Pamiętamy go jeszcze z lat dziewięćdziesiątych, pamiętamy z okresu bezpośrednio po roku 2000. Jego resztki i powidoki widzimy także teraz, przywykliśmy do nich – ale są już jedynie enklawami w świecie betonu, szkła, błyszczącego metalu i czerwonej kostki brukowej. Istnieją jeszcze, jednak ich obojętny status zmienił się – stały się zawalidrogą, solą w oku. To z ich winy przekształcona, podporządkowana człowiekowi w stu procentach kapitalistyczna przestrzeń staje się zbrukana, nieidealna, kulawa.

Okres bezpośrednio potranformacyjny to czas, do którego wielu „poszukiwaczy” autentyczności wzdycha pod względem wizualnym. Tropią po miastach starsze szyldy z 1995 roku, te drogowskazy do punktu foto-video, wróżki czy budki z kasetami. Dokumentują rzeczy i miejsca dawno już nieużywane albo takie, które zmieniły swoje przeznaczenie. To z jednej strony bardzo słuszne przedsięwzięcie, bo każda codzienność zasługuje na udokumentowanie. Z drugiej – nie wierzę w autentyczną tęsknotę instagramerów i reportażystów za „dziadowskim miastem”. Nieadekwatność pewnych zastałych elementów przestrzeni jest dla nich tylko ornamentem, ozdobnikiem estetycznym. Godzą się na ich znikanie.


„Sprzątanie” miasta – chodników, ulic, bram, podwórek, dworców, terenów przyzakładowych, podklepowych i innych – z nieokiełznanego handlu, „żuli”, kłującego w oczy ubóstwa, zgrzebności pączkującej w wielki wizualny festiwal pomysłowości i samoróbstwa, to rozpędzony walec. Giną pod nim wszelkie nieużytki, nie-wiadomo-czyje działki i tereny sporne, ruiny fabryk, pordzewiałe wiaty z blachy falistej, stragany, ławki. Przestrzeń zagina się, a raczej jest zaginana, przekształcana na siłę, nie tylko wygładzana, co zupełnie zmieniana. Nowe wypiera stare – tak, to zwyczajna kolej rzeczy. Ale w wielu przypadkach to „nowe” wykuwane jest według jednego wzorca, jednej zachodniej sztancy miasta czy miejscowości atrakcyjnych wizualnie, jednak nieprzyjaznych mieszkańcowi, który nie dysponuje zasobnym portfelem.

Zabawa w przekształcanie przestrzeni dotarła także do małych miast. Pragniemy tu galerii handlowej, przynajmniej na miniskalę, pragniemy błyszczącej fontanny z lastryka, hulajnóg miejskich, uregulowanego koryta rzeki czy „porządnych” ścieżek. Nie ma innego zwrotu wektora rozwoju niż papugowanie z wielkich miast, które odgapiają je z Zachodu (choć on te urbanistyczne pomysły zdążył porzucić 30 lat temu). Wszyscy musimy przejść przez etapy karczowania, wycinania, brukowania, lania betonu i malowania na jaskrawo. Razem z nimi wchodzimy ze starego w nowe – w czystość, jednoznaczność przestrzeni, która jednak staje się mniej oswojona, mniej przyjazna i mniej dostępna.


Bo beton, szkło, kostka i kamery nie są przyjazne dla wszystkich – dają jednoznaczny sygnał o tym, kto jest w nowej przestrzeni niepożądany. Nie ma w niej miejsca dla „gorszych” użytkowników: osób uboższych, nietrzeźwych, pozbawionych dachu nad głową, nieumytych czy niemających przy sobie pieniędzy. Tak zorganizowana przestrzeń nie pozwala im się ukryć nawet na swoich obrzeżach – jest zrobiona w taki sposób, by było ich widać, by ich zniechęcała, wskazując innym użytkownikom ich nieadekwatność. Jeśli gdzieś postawiono nowe ławki i „siedzą na nich pijacy”, to natychmiast rozpoczyna się krucjata oburzenia i rugowania. A ja pytam – czy "pijak" nie jest mieszkańcem miasta? Czy "żul" nie może posiedzieć przy nowej fontannie w ciepły dzień, ma umrzeć pod płotem? A może nawet nie powinien umierać pod płotem, bo to na pewno czyjś prywatny płot, estetycznie odmalowany na letni sezon.


Grodzenie, przekształcanie, odcinanie po kawałku przestrzeni to kapitalistyczna groza, której pozwalamy się toczyć na naszych oczach od kilkudziesięciu lat. Ruchy miejskie i warszawscy aktywiści oraz część mieszkańców dostrzegają tylko kilka jej złych stron – wzrost temperatury w miastach, wycinanie drzew, samochodozę, nieudane rewitalizacje rynków. Ale nie tylko o nie chodzi. Jest tu dużo więcej – jest tu poczucie, że ludzie mieszkający od dekad w swoich miasteczkach czy dzielnicach nie są w nich już mile widziani, o ile nie są w stanie co chwilę legitymować się pieniędzmi, odpowiednim wyglądem i zachowaniem. Ruguje się ich z odnowionych centrów, stawiając finansowe i „zachowaniowe” bariery. Rażą na ławkach, w kawiarniach, na deptaku, w parku. Ostatni tani bar piwny burzy się lub przekształca w modną pizzerię. Robi się obok ściankę wspinaczkową czy nowoczesny plac zabaw dla dzieci, a potem szantażuje „pijaków” ich obecnością.

Okazuje się, że ktoś się musi usunąć, ktoś nie ma karty przetargowej. To są zawsze oni.

Małe miasta podchodzą do tych trendów po swojemu, niekoniecznie ręka w rękę z wzorcami „przyjaznego miasta”. Z powodu niemal całkowitego zaniku rozsądnej komunikacji miejskiej posiadanie i bardzo częste używanie samochodu nie jest tu wyborem, lecz przymusem – auto zrasta się z naszym dniem. Wobec tego wielu mieszkańców nie jest wcale zwolennikami organizowania szerokich stref pieszych, ograniczania ruchu kołowego czy likwidacji parkingów, a nawet – olaboga – budowania ścieżek rowerowych. Wprowadzane z fanfarami miejskie hulajnogi na aplikację nie mają tu do końca rekreacyjnego, sobotniego charakteru. Wiele osób jeździ na nich do pracy, bo nie ma autobusów. Regularnie widzę je stojące przez osiem godzin przed zakładem kamieniarskim czy kwiaciarnią. Nowomodny gadżet dla klasy średniej został zagospodarowany po swojemu. I dobrze, na coś się przydał.

Kolejne tereny będą oczyszczane i przekształcane dla zysku – by wybudować osiedle, dyskont, parking – ale i po prostu z powodu niekończącej się pogoni za estetyzacją przestrzeni, w której nie ma miejsca na dziką zieleń, rdzę, szkło czy głośniejszy okrzyk. Boję się kolejnych dziesięciu lat, nawet tutaj.

Magdalena Okraska

***

Więcej recenzji i felietonów - w naszych działach Słuchamy i Piszemy.

 

Czytaj także

Miejsce do siedzenia. Rola ławki w kulturze ludowej i osiedlowej

Ostatnia aktualizacja: 21.01.2021 09:00
Idę – siedzą. Wracam – siedzą. Wyglądam przez okno kuchni z mojego mieszkania na parterze – są. Jeśli jest ciepło, stare kobiety zajmują szerokie malowane deski ławki we dwie lub nawet cztery, u ich stoją stóp zakupy ze Społem w biało-zielonych siatkach. Jeśli jest zimno – stoją.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Wódka, bloki i kiszone ogórki, czyli o egzotyzacji Słowiańszczyzny

Ostatnia aktualizacja: 18.02.2021 09:00
Od kilku lat w mediach społecznościowych pączkują strony mające przedstawiać codzienność, kulturę i zwyczaje mieszkańców państw Europy Środkowo-Wschodniej. Fanpage’e takie, jak Squatting Slavs in Tracksuits, Scenic Depictions of Slavic Life czy Babushka prześcigają się w publikowaniu memów i w zamyśle zabawnych zdjęć ze (z grubsza) słowiańskich miast i wsi.
rozwiń zwiń