Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Ziemia jest wspólna. O trwaniu i przekształceniach ogródków działkowych

Ostatnia aktualizacja: 20.01.2022 10:00
Wszyscy znamy je z naszych miast. Zakładowe, miejskie, robotnicze, osiedlowe ogródki działkowe trwają niezmiennie pośród zmieniającej się tkanki otoczenia, ciche, po sekretnemu zarośnięte, zielone.
Ogrody działkowe Odyńca między ul. Racławicką i ul. Odyńca w Warszawie
Ogrody działkowe Odyńca między ul. Racławicką i ul. Odyńca w WarszawieFoto: Narodowe Archiwum Cyfrowe

Zaglądamy przez płot i widzimy prowadzące nie wiadomo dokąd alejki i zgrupowania bieda-domków, z których każdy jest inny. Są drewniane, murowane i takie ze sklejki. Przy niektórych stoją szopki albo ule, pozostałe działki za to koncentrują się na tym, co jest sednem ich istnienia – uprawie roślin. Zachwycają szalonymi barwami kwiatów i równymi grządkami nasadzeń. Pachnie na nich wilgotną ziemią, wodą rozlaną na betonową cembrowinę studni, dymem z ogniska, w którym pali się gałęzie.

Szum, miasta, choć słyszalny, wyraźnie tu przycicha. Działki są enklawami wiejskości w mieście, jednocześnie pół-wsią i pół-miastem, a ponadto stanowią miasteczko samo w sobie. Mają własną, zorganizowaną przestrzeń i swoje własne zasady.

Mimo że kojarzą się głównie z PRL-em, gdy rodziny pracowników dostawały skrawek ziemi niedaleko bloku lub zakładu, Polska Ludowa to tylko część historii i tradycji polskiego działkowania. Takie ogródki powstawały w Polsce już pod koniec XIX wieku i miały chwalebną ideę – by ubodzy mogli wzbogacić swoją skromną dietę o warzywa z własnych upraw. Wielokrotnie zresztą w naszej historii działki ratowały Polakom skórę, właśnie dzięki temu, że można było na nich sadzić to, co się chciało, że miało się kawałek „własnej” ziemi, która, z wdzięczności za uprawę, rodziła najpotrzebniejsze płody. Taka była przecież także – oprócz rekreacyjnej – rola działek w schyłkowym PRL-u.


Na działkach można uprawiać samemu pożywne i zdrowe warzywa. Na działkach można uprawiać samemu pożywne i zdrowe warzywa.

To była oczywiście nieoficjalna funkcja ogrodów działkowych, ale bywały i takie okresy, gdy samo miasto tworzyło ogrody działkowe na swoich terenach, żeby, dosłownie, zapobiec biedzie. W okresie II RP organizowano je na terenach publicznych, nieomal w ramach prac interwencyjnych, bo ludzi przygniatał kryzys i masowe bezrobocie. Działała prosta zasada: wyhoduj, to zjesz.

Działki mają więc piękną kartę w polskiej historii i polskiej codzienności. Zaczęło się to zmieniać w okresie transformacji ustrojowej, gdy wiele osób zostawiło swoje rodzinne ogródki odłogiem, zarzucając żmudną uprawę owoców, warzyw i kwiatów, i zdając się na to, co dostępne w sklepach. Z początkiem kapitalizmu nie do pogardzenia stał się też taki ograniczony zasób, jakim jest czas.

Działki stały się przebrzmiałą pieśnią przeszłości. Pamiętaliśmy zapach wnętrza nagrzanego domku latem, ustawione pod ścianami wąskie tapczany w kwiatowe obicia,, sterty zardzewiałych narzędzi nie-wiadomo-do-czego, cynkowane wiadro z chłodną wodą. Ale działka stała się miejscem, na które „jeździ w soboty ciocia Jadzia”, niczym więcej.

Ogródki działkowe, jako atrakcyjny kąsek dla deweloperów, bo często usytuowany w centrach miast (lokowane były na ich obrzeżach, ale wraz z rozrostem miast to centrum się przesuwało), stały się zawalidrogą, miejscem przedstawianym opinii publicznej jako niepotrzebne. Po co starzy ludzie mają grzebać w ziemi, gdy w tym samym miejscu można by wybudować biurowiec czy spory sklep? W wielu miejscach tereny działkowe jednak obroniono. Osoby starsze, niemobilne i te niemające możliwości wypoczynku poza miejscem zamieszkania, nadal mogą po prostu „wybrać się na działkę”. Pełni ona już nie tylko funkcję rezerwuaru żywności, ale i właśnie miejsca wypoczynku, grillowania, spędzenia spokojnie czasu latem.

Tym, co budziło i budzi kontrowersje wokół działek, jest ich prywatność i niedostępność dla mieszkańców nieposiadających swojego domku i skrawka terenu. Kto kiedyś nie załapał się na działkę z miasta czy zakładu, po prostu jej nie ma. Jednocześnie nie może korzystać z ogródków działkowych wcale, ponieważ pozbawione są części wspólnej. Użytkownicy pojawiają się na terenie działek po to, by skorzystać ze swoich konkretnych, zamkniętych ogródków. Pozostali mieszkańcy miasta nie mają do nich dostępu, mogą jedynie odkupić za ciężkie pieniądze udział, co nakręca handel działkami i podtrzymuje mit izolacji i prywatnej własności. Działki ponownie stały się przedmiotem pożądania, zwłaszcza w kilku największych polskich miastach i wśród zamożnej klasy średniej, która bez zmrużenia oka płaci kilkadziesiąt tysięcy złotych za odkupienie udziału (czyli terenu i domku, ale nie na własność, lecz do użytkowania), by znaleźć swoją „oazę zieleni”.
Nowoczesne działkowanie stało się trendem. W Warszawie są już odwieczne, tradycyjne założenia ogródków działkowych, na których nie ma żadnych starszych czy zwyczajnych ludzi związanych z dzielnicą i okolicą, bo kolejne działki i domki zostały wykupione przez właściciele SUV-ów, freaków i artystów.

Część czytelników powie pewnie, że to dobrze, bo czemu artysta miałby nie uprawiać marchewki? Ale to nie takie proste. Problem ma tutaj kilka warstw: kapitalizm w żwawym działaniu (płaci się za coś, co powinno być darmowe, napędza się wzrost cen), gentryfikację (niejako przymusza się pieniędzmi i zmianą charakteru otoczenia starych ludzi do opuszczenia ich skrawków ziemi; w zamian pojawiają się na nich ludzie „nie stąd”, niezwiązani w żaden sposób z okolicą, i zmieniają charakter ogrodu działkowego na charakterystyczny dla swojej klasy społecznej i osobistych przyzwyczajeń), ugruntowywanie prywatnego charakteru działek (tak, jak ciocia Jadzia starannie zamykała za sobą furtkę i patrzyła, czy nikt obcy się nie kręci, tak samo będzie to robił właściciel SUV-a). Dla pozostających za zamkniętą bramą pozostałych mieszkańców osiedla czy okolicy, którzy działek nie mają, nie zmienia się tutaj nic.


Ogrody działkowe przy al. Niepodległości w Warszawie Ogrody działkowe przy al. Niepodległości w Warszawie

Po początkowym zachłyśnięciu się przez klasę średnią „oazami zieleni”, dostrzegła ona, że takie nowe wspólnoty są absolutnie nieinkluzywne i że ogród działkowy nie może składać się z samych nowych działkowiczów, którzy nie znają jego charakteru, a często także nie potrafią pracować w ziemi. Czasem nowi właściciele działek starają się je otworzyć bądź współdziałać ze starymi posiadaczami ogródków, organizując różne wydarzenia i wspólną pracę w ramach wspólnoty działkowej. Ale różnica jest tutaj zbyt wielka, bo walka idzie o zmianę całego charakteru ogrodu. Trwałość pewnego rodzaju wartości, powtarzalność i stałość jest dla kreatywnej klasy średniej ważna tylko w deklaracjach. Tak naprawdę woli ona, żeby ciocia Jadzia nie wołała zza płotu, jak przycinać krzewy różane, a pan Marian (według badań działkami częściej zajmują się starsi mężczyźni niż starsze kobiety) nie popijał harnasia podczas zmagań z kosiarką. Można by go zaprosić na szklaneczkę kombuchy. Ale to może w przyszłą sobotę, bo patrz, Ola, jak się późno zrobiło, trzeba wracać na Mokotów, szef dzwoni w sprawie projektu na poniedziałek. Rozdźwięk klasowy i wiekowy wydaje się tu nie do przeskoczenia – każdy chce spędzać działkową sobotę w gronie sobie podobnych.

„Dla seniorów ważne jest również to, że na działce toczy się życie społeczne. Praca na niej przynosi więcej pozytywnych skutków niż pielenie przydomowego ogródka właśnie ze względu na utrzymywanie kontaktu z innymi działkowcami. Znajomości na działkach zawiązują się wokół wspólnej pasji ogrodniczej. Użytkownicy przekazują sobie informacje o skutecznych metodach uprawy, rozszczepiania, próbują nowych metod zwalczania szkodników” – pisała w 2014 r. w tekście dla „Nowego Obywatela” Joanna Jurkiewicz. Być może znajomości międzygeneracyjne i międzyklasowe nie zawiązują się tak łatwo, ponieważ brak tej wspólnej pasji ogrodniczej. Wielu nowych działkowców chce działkę po prostu „mieć”.

Praca w ogródku to specyficzny rytm, który organizuje życie części Polaków od wczesnej wiosny do jesieni. Ogródek przydomowy, jeśli istnieje, jest często mały i pozbawiony wspólnoty i obecności innych ogrodników. W parku robić w ziemi się nie da. Pozostaje działka, oaza, miejsce ucieczki w jednocześnie zielone i własne. Daje ona także drugie życie niepotrzebnym już na co dzień w domu przedmiotom, wciela je ponownie wkoło użyteczności, zamiast zesłać na emeryturę do garażu czy na śmietnik. Stare krzesła będą godnie gościć odwiedzających, wanna na lwich łapach, bezużyteczna po remoncie, posłuży za naczynie do łapania deszczówki.

Działki, nawet te zamknięte, służą miastu. Jako enklawy zieleni w jego sercu obniżają latem temperaturę betonu, napowietrzają je, pozwalają wodzie wsiąkać w grunt. Dają oddychać.

Magdalena Okraska

***

Więcej recenzji i felietonów - w naszych działach Słuchamy i Piszemy.

 

Czytaj także

Miejsce do siedzenia. Rola ławki w kulturze ludowej i osiedlowej

Ostatnia aktualizacja: 21.01.2021 09:00
Idę – siedzą. Wracam – siedzą. Wyglądam przez okno kuchni z mojego mieszkania na parterze – są. Jeśli jest ciepło, stare kobiety zajmują szerokie malowane deski ławki we dwie lub nawet cztery, u ich stoją stóp zakupy ze Społem w biało-zielonych siatkach. Jeśli jest zimno – stoją.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Wódka, bloki i kiszone ogórki, czyli o egzotyzacji Słowiańszczyzny

Ostatnia aktualizacja: 18.02.2021 09:00
Od kilku lat w mediach społecznościowych pączkują strony mające przedstawiać codzienność, kulturę i zwyczaje mieszkańców państw Europy Środkowo-Wschodniej. Fanpage’e takie, jak Squatting Slavs in Tracksuits, Scenic Depictions of Slavic Life czy Babushka prześcigają się w publikowaniu memów i w zamyśle zabawnych zdjęć ze (z grubsza) słowiańskich miast i wsi.
rozwiń zwiń