Rozmowy w Abu Zabi, które odbyły się w środę i czwartek, to druga runda negocjacji w trójstronnym formacie Ukrainy, Rosji i USA. Zgodnie z oczekiwaniami, nie doprowadziły one do przełomu w postaci wstrzymania walk, choć to, że się odbyły oraz określenie rezultatów jako konstruktywne (i wskazanie perspektywy kolejnej rundy za kilka tygodni - następne spotkanie ma odbyć się w USA, o czym poinformował w czwartek wieczorem prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski), można w tym przypadku uznać za sukces.
Potwierdził to m.in. brytyjski dziennik „Financial Times”. Gazeta powołała się na anonimowego członka delegacji ukraińskiej, który ocenił, że postęp rozmów jest „znaczący” - tym bardziej, że negocjacje te pozwalają przedstawicielom struktur wojskowych obu stron pracować nad szczegółami porozumienia. Nie zmienia to faktu, że droga do zawarcia rozejmu (nie mówiąc o stabilnym porozumieniu w postaci traktatu pokojowego) będzie bardzo długa. „Mamy nadzieję na zakończenie wojny w 2027 r. drogą dyplomacji” – powiedział w środę Zełenski w wywiadzie dla telewizji France 2, dodając przy tym, że nawet zamrożenie konfliktu na obecnej linii frontu byłoby „wielkim postępem”.
Strona rosyjska niezmiennie stoi na stanowisku, w myśl którego należy zawrzeć pełne porozumienie pokojowe (traktat), odrzucając przy tym możliwość zawieszenia broni czy rozejmu, nawet na czas prowadzonych negocjacji. Takie podejście wynika m.in. z tego, że dla Moskwy użycie siły jest także specyficzną formą negocjacji: stąd zmasowany atak z użyciem rakiet i dronów na ukraińską infrastrukturę energetyczną na dzień przed drugim spotkaniem w ZEA.
Na rosyjską strategię negocjacyjną warto spojrzeć także w szerszym kontekście tego, co Moskwa chce osiągnąć w ramach negocjacji z Kijowem i – przede wszystkim – Waszyngtonem.
- Rosja przedstawiła swoje stanowisko w 2021 r., tuż przed początkiem pełnoskalowej wojny. Rosjanie założyli tam konkretne cele, jakie starają się realizować. Europa Środkowo-Wschodnia powinna powrócić do „szarej strefy”, powstałej po rozpadzie ZSRR - tak, by Rosja mogła tam mieć swoje wpływy wojskowe i polityczne – przypomniał Witalij Jarmołenko, główny konsultant Narodowego Instytutu Badań Strategicznych w Kijowie. W jego ocenie rosyjski przywódca Władimir Putin oczekuje, że strona amerykańska będzie podzielać wizję świata wielobiegunowego, gdzie Rosja ma być jednym z centrów bezpieczeństwa, z własną strefą wpływów. To może tłumaczyć wstrzemięźliwe reakcje Moskwy na działania USA wobec Wenezueli i Grenlandii.
Równolegle, stanowisko Waszyngtonu trudno uznać za prorosyjskie. Prezydent USA Donald Trump dąży do zawarcia porozumienia pomiędzy Ukrainą a Rosją i przerwania wojny, jednak nie wydaje się to być działanie obliczone na „pokój za wszelką cenę”. Stąd działania polegające na zaostrzaniu sankcji czy zdecydowana reakcja na aktywność tankowców z rosyjskiej floty cieni (dwie jednostki należące do tej grupy zostały zajęte przez siły amerykańskie na początku stycznia). Moskwa ma ograniczone pole manewru, ponieważ dąży do utrzymania swojej pozycji jako konkurenta USA, ale jednak na zasadach strategicznego partnerstwa.
- Działania Rosji mają szeroki zakres. Nie dotyczą tylko wojny na Ukrainie, ale całej architektury bezpieczeństwa, także zbrojeń strategicznych, w tym traktatu Nowy Start – zaznaczył Jarmołenko.
Pomimo tego, dla Ukrainy wyzwaniem podczas rozmów pokojowych jest nie tylko stanowisko Rosji, ale także Stanów Zjednoczonych. Od wsparcia ze strony USA, także wojskowego (choć realizowanego obecnie za pośrednictwem krajów europejskich), zależy możliwość kontynuowania działań zbrojnych. Choć znaczna część dostaw uzbrojenia pochodzi z krajów europejskich, to amerykańskie dostawy obejmują m.in. pociski do zestawów przeciwlotniczych Patriot i NASAMS, uzbrojenie lotnicze dla samolotów F-16, pociski do zestawów HIMARS czy wsparcie wywiadowcze. Są to zasoby trudne lub wręcz niemożliwe do zastąpienia (zwłaszcza w krótkim czasie), a więc krytycznie ważne dla zdolności obronnych Ukrainy, zwłaszcza wobec trwających zmasowanych ataków na ukraiński sektor energetyczny. Dlatego Kijów musi brać pod uwagę specyfikę działań obecnej administracji i samego Donalda Trumpa. Najlepszym potwierdzeniem tego jest przebieg wydarzeń w Białym Domu blisko rok temu, gdy spotkanie Trumpa i Zełenskiego skończyło się ostrą wymianą zdań.
- Ukraina demonstruje dobrą wolę, ale przypomina także o tym, że rozmawiamy z wrogiem, który ciągle nas atakuje. Mówi jedno, a robi zupełnie coś innego – podkreśliła Oksana Jurynec, profesor Politechniki Lwowskiej i była deputowana do Rady Najwyższej (parlamentu) Ukrainy. Dodała, że z punktu widzenia Kijowa przerwanie walk jest najważniejszą kwestią, jednak, jak wiadomo, nie godzi się na to Rosja. - Musimy demonstrować dobrą wolę, ale także zachować ostrożność – podkreśliła Jurynec.
Z punktu widzenia Ukrainy korzystne byłoby włączenie do rozmów przedstawicieli krajów europejskich, jednak, jak na razie, nie widać wsparcia dla tego pomysłu po stronie amerykańskiej, a Moskwa zdecydowanie się temu sprzeciwia - głównie dlatego, że wzmocniłoby to pozycję negocjacyjną Kijowa. Inicjatywę w tej sprawie przejawiają również państwa Unii Europejskiej: Francja i Włochy, a także kraje bałtyckie. Prezydent Estonii Alar Karis i premierka Łotwy Evika Silina poparli w środę koncepcję powołania specjalnego przedstawiciela UE ds. udziału w rozmowach Ukrainy, Rosji i USA. Jak na razie jednak nic nie wskazuje na to, aby przedstawiciel UE miał faktycznie dołączyć do trójstronnych rokowań pokojowych.
Mimo tego, kraje europejskie, w tym Polska, mają ważną rolę do odegrania - jeśli nie na poziomie bezpośrednich negocjacji, to w sferze wpływania środkami dyplomatycznymi na stanowisko USA (możliwości wpływania na stanowisko Moskwy należy uznać za poważnie ograniczone). Istotna jest tu zwłaszcza rola krajów, których przywódcy utrzymują tradycyjnie dobre relacje z amerykańskim prezydentem (a tak jest w przypadku m.in. Polski). Od koordynacji wysiłków w relacjach transatlantyckich może bowiem zależeć przyspieszenie procesu negocjacji pokojowych.
PAP/ks