Artur Ruciński: śpiewak musi być cierpliwy

Ostatnia aktualizacja: 21.03.2015 17:00
- Dopiero od 5 lat mój głos brzmi tak, jak chciałem. Męskie głosy dojrzewają powoli. Dlatego to ważne, by na wczesnym etapie dobrze dobierać role - podkreślał w Dwójce baryton Artur Ruciński.
Artur Ruciński
Artur RucińskiFoto: Grzegorz Śledź/PR2

To pouczająca deklaracja, zwłaszcza w ustach artysty, który debiutował już 13 lat temu na deskach Opery Narodowej w Warszawie. Była to partia Oniegina, która do dziś należy do jego żelaznego repertuaru. Co ciekawe, z dziełem Czajkowskiego wiążą się szczególne perypetie Artura Rucińskiego z bronią palną. Podczas debiutu jego pistolet zwyczajnie nie wypalił, więc musiał uśmiercić Leńskiego... tupnięciem. Innym razem pistolet wypalił za wcześnie, co wyglądało, jakby Oniegin postrzelił się w nogę.

 

 

Równie duże wyzwania, co "złośliwe" przedmioty, stawia przez śpiewakami nowoczesna reżyseria operowa. - Śpiewałem już spadając ze schodów, robiąc pompki i zwisając głową w dół - opowiadał Artur Ruciński Agacie Kwiecińskiej. Okazuje się, że nawet po latach artyście przydaje się trening ciała wyniesiony z warszawskiej Ogólnokształcącej Szkoły Baletowej, którą ukończyła zresztą jego siostra. Bohater "Five o'clock" odszedł z niej natomiast po półtora roku. Dlaczego nie został baletmistrzem, lecz śpiewakiem operowym? - Moje ciotki nauczyły mnie już w dzieciństwie, że najlepiej dużo się nie napracować, a otrzymać dobre wynagrodzenie - zażartował artysta.

Jak się okazuje, droga Artura Rucińskiego do opery była dosyć długa. - Najpierw przez trzy lata grałem na skrzypcach, które nauczyły mnie podstaw teorii i wyostrzyły mój słuch. Następnie był zespół folklorystyczny prowadzony przez moich rodziców i wzmiankowana już szkoła baletowa. W szkole średniej z kolei sięgnąłem po obój, który zafascynował mnie jako nabliższe przedłużenie głosu ludzkiego. Nawet jeśli chodzi o śpiewanie, planowałem najpierw zająć się muzyką jazzową i rozrywkową - wymieniał.

Piosenkarką została ostatecznie żona Artura Rucińskiego. Dzięki wolnemu zawodowi może podróżować z mężem po teatrach operowych świata. Jak się okazuje, nasz znakomity śpiewak lubi "życie na walizkach". W szczególności za brak monotonii i możliwość poznawania wybitnych muzyków. - Z drugiej strony czasami zdarza mi się obudzić w środku nocy, zupełnie nie wiedząc, gdzie jestem... - dodał.

Artur Ruciński opowiadał także o przyczynach kapryśności włoskiej publiczności, o swoim pierwszym samochodzie oraz czasach, w których rozpoczynał pracę od... otwarcia piwa.

***

Tytuł audycji: Five o’clock

Prowadzenie: Agata Kwiecińska

Gość: Artur Ruciński (śpiewak)

Data emisji: 21.03.2015

Godzina emisji: 17.00

Audycja powstaje we współpracy z Narodowym Instytutem Audiowizualnym.


 

mm/mc/mm

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Czy współczesna opera potrzebuje frontmana?

Ostatnia aktualizacja: 15.10.2013 15:00
- Solista coraz częściej przestaje być protagonistą współczesnej opery, a staje się po prostu "elementem orkiestracji - mówi teatrolog Łukasz Grabuś. O wizualnych aspektach teatru muzycznego rozmawialiśmy w "Bitej godzinie".
rozwiń zwiń

Czytaj także

Christian Gerhaher: w najlepszym razie jestem epigonem Fischera-Dieskaua

Ostatnia aktualizacja: 27.12.2013 08:00
- Mój zawód bywa bardzo męczący i czasem napawa lękiem. Z drugiej strony jest wiele fantastycznych momentów, za którymi potem się tęskni - mówił Agacie Kwiecińskiej niemiecki baryton, który chętnie przełamuje romantyczne stereotypy dotyczące śpiewu.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Jak Caruso z Ludwinowa został furmanem...

Ostatnia aktualizacja: 14.01.2014 22:00
"Polskim Caruso" nazwał go ponoć sam Kiepura, dodając, że Stanisław Gruszczyński był największym tenorem stulecia. Inspirującą, ale też tragiczną historię genialnego śpiewaka przypomnieliśmy w "Notatniku Dwójki".
rozwiń zwiń