X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem

Jego Pinokio

Ostatnia aktualizacja: 14.04.2015 15:01
Dżeppetto i Pinokio – artysta i iluzja. Ocaleli. Opowieść się kończy. Wróżka zanuci pieśń odganiającą ciemności. Ale to za chwilę. Jest czas na bezradność. I wybrzmiewa bezradność. Artysta mówi do bezwładnej iluzji, trzymanej w ramionach: „Mój Pinokio...”.
Jego Pinokio
Foto: Xavier Lacot/Flickr, lic. CC BY-NC-SA 2.0

Kiedy cała bajka została już opowiedziana, kiedy do ostatniej kropki finałowych ukłonów zostało aktorom jedynie kilka gestów i czarodziejska, przez Wróżkę o Turkusowych Włosach (Katarzyna Zawiślak-Dolny) śpiewana pieśń, chroniąca przed bólem ukąszeń czarnych pająków w trawach południowych Włoch – na zrobionej ze scenicznych desek plaży nadmorskiej Dżeppetto (Rafał Dziwisz) powoli wraca do przytomności, bierze na ręce małe bezwładne ciało z drewna, podtrzymuje palcami niemą, z lipy lub sosny wystruganą głowę z długim, spiczastym nosem, niewiele większą od strusiego jaja, i patrząc w drewniane, bez znaków życia oczy nieruchome, głosem kruchym jak szklanka mówi: „Mój Pinokio...” Chyba tak.

Ocaleli cudem. A w przedostatniej scenie było tragicznie, było ostatecznie, nie było wyjścia. Lecz wyszli. Cudem wyleźli z brzucha wieloryba, przeciskając się przez zrobione z pionowo wiszących lin fiszbiny; cudem nie umarli ze strachu pod sunącymi z głośników grzmotami gigantycznej burzy morskiej; cudem nie zatopiły ich monstrualne fale z delikatnego, błękitnego jedwabiu, co go okutani w brązy techniczni we wszystkie strony szarpali za krawędzie.

Ocaleli. Marionetka i ten, co ją z magicznego pieńka wystrugał. Drewniana iluzja i artysta, który iluzję stworzył, ale też uwierzył w jej życie, w to, że niczym się istnienie drewniane nie różni od normalnych istnień z krwi, kości i ciepłej skóry, łażących i gadających za oknem, że jest ono częścią rzeczywistości - chłopcem jak inni chłopcy, tyle że wystruganym. Tak, ocaleli cudem. I Wróżka o Turkusowych Włosach jest łaskawa. To chyba ona – bo któż inny? – każe teatralnej maszynerii zasłonić ich nagle chmurą z niebieskiego sukna, lub czymś podobnym, a gdy chmura odlatuje – Pinokio, co przed chwilą był na rękach Dżeppetta martwym drewnem, na powrót jest Pinokiem z krwi, kości i ciepłej skóry, jak był przez dwie i pół godziny spektaklu. Jest Danielem Malcharem w zielonych portkach do kolan, czerwonych ciżemkach, białych podkolanówkach, karmazynowej kamizelce, czapce z papieru i w masce o długim, spiczastym nosie – aktorem fantastycznym, cudownie miękkim w gestach, lekko nicującym gorycz - radością, strach potworny - naiwną ufnością, że jakoś to będzie, kolosalne chłopięce roztrzepanie - pierwszymi znamionami rozsądku, wreszcie bezmyślność - namysłem. „Mój Pinokio...”

Mój Pinokio! Moja marionetko! Mój chłopczyku! Mój synku! Albo – Mój manekinie!, rzekłby ktoś inny. A jeszcze inni, we wszystkich punktach globu i w czasie każdym – jeszcze inaczej. Moja sycylijko! Moja jawajko! Moja pacynko! Moja lalko teatru Bunraku! Moja lalko teatru na wodzie! Mój Punchu! Mój Poliszynelu! Mój Hanswurstcie i Kacperku! Mój Pulcinello! Mój Jacku i Agatko! Moja ty ze szmatek i pakuł księżniczko! Mój Golemie! Mój ty trupku w pudełku po butach, co na pstryknięcie zmartwychwstajesz, wystarczy tylko zacząć snuć niestworzone bujdy! Mój cieniu!... Któż nie próbował dotknąć tajemnicy wszystkich tych tworów niepokojących, które są jedną z tajemnic teatru, i nie tylko teatru, tworów tak bliskich i zarazem odległych, nieskończenie odległych, jednocześnie na wyciągnięcie dłoni i nieuchwytnych?! Schulz i Craig, Bieły i Briusow, Meyerhold i Wedekind, Sand i Kleist, Goethe i Schnitzler, Meyrink i Bellmer, jeszcze Maeterlinck, jeszcze Eluard, i tylu, tylu innych. Pędzlem maczanym w farbie koloru ludzkiej skóry Tadeusz Kantor – ten Dżeppetto zupełnie genialny – poprawiał swoim manekinom urodę, patrząc im w oczy ze szkła i nie mówiąc nic, bo nie było obok nikogo żywego. O sobie i Henryku Tomaszewskim w stworzonym przez Tomaszewskiego Muzeum Zabawek Tadeusz Różewicz rzekł: „Starych artystów dwóch – aktor i poeta -/ spotkało się pod koniec wieku/ i mówią o zabawkach/ milczą o człowieku”. W wierszu „Dom lalek” wyznał: „zegar nie mierzy czasu/ bo tu nie ma czasu”. Wystarczy?

Owszem, dziwnie brzmi ta wyliczanka. Jest trochę jak brud, jak kropki ciemnych ziaren piasku rzuconych na talerz o wzorze w miarę klarownym. I tak miało być. Po trzech pierwszych akapitach – nagle ciało obce odrobinę, może drażniące oko i ucho. Inna intonacja, inny rytm, inny smak. W Teatrze im. Juliusza Słowackiego Jarosław Kilian wyreżyserował „Pinokia”, scenariusz pisząc na kanwie legendarnej opowieści Carlo Collodiego. Stworzył coś na podobieństwo fantastycznego, wirującego bąka, głównie wedle nut Grzegorza Turnaua rozśpiewanego i roztańczonego, bąka ulepionego z energetycznego aktorstwa, klarownych dekoracji i kostiumów, nade wszystko zaś bąka generalnie - czystego stylistycznie. Stworzył teatr czysty, bez jakichkolwiek nachalnych wycieczek publicystycznych. Teatr, spektakl, gdzieś na dnie swoim opowiastkę o odwiecznej tajemnicy marionetki, co była chłopcem, który był marionetką, która była nim, a on nią - opowiastkę na tyle czystą, bym mógł wyżej sklecić wyliczankę, mały katalog obwąchiwania rzeczonej tajemnicy, obwąchiwania, które raczej nigdy się nie skończy. Tak. Ale też z czystością „Pinokia” Kiliana jest jak z czystością każdą: byle farfocel obcy, najmarniejszy włos z innego świata, co w spektaklach bałaganiarskich w ogóle nie jest zauważany – tutaj drażni, uwiera, sam z siebie puchnie do groteskowych rozmiarów i kłuje, dźga.

Oto naraz jakaś fraza z „Wesela” Wyspiańskiego pada. Oto piosenka Turnaua okazuje się być przerobionym początkiem „Boskiej Komedii” Dantego. Albo słynne „bunga, bunga” Berlusconiego, który wielbi w doktora zabawy z koleżankami egzotycznymi, wyskakuje jak z konopi Filip. Po co te i kilka innych farfocli? Choćby wory na ramionach smakowitej Lisicy (Marta Waldera) i smakowitego Kota (Grzegorz Łukawski), kiedy się w zbójów przeistaczają. Oto w świecie kostiumów czystych, klarownych, dyskretnych – ziemniaczane wory, takie, że trzeba oczy zmrużyć na chwilę, bo szczypią. A muzyka? Jeśli już jest talent Turnaua, te jego z kilometra rozpoznawalne frazy, to po cóż znienacka wirować zaczynają nuty Rossiniego, Leoncavalla, Fucika oraz w finale nuty, skądinąd dojmującej, ludowej pieśni z południowych Włoch, odstraszającej czarne pająki? Uszy gubią się trochę na aż tylu piętrach.

Nie – co podkreślam linią mocną, grubą – nie są to wielkie błędy, nie są to zarzuty fundamentalne. Właściwie – ani to błędy, ani zarzuty. Powtarzam tylko starą oczywistość: gdy się gra czysto – nie ma zmiłuj się, grać należy czysto w każdej minucie. W przeciwnym bowiem razie – mały żal pozostaje, mała niewygoda. Żal choćby ten, że finał „Pinokia” Kiliana, finał, który nie przestaje mnie zachwycać, do którego zaraz wrócę na pożegnanie – bez farfocli byłby jeszcze intensywniej dojmujący, bardziej cierpki, głębiej wchodzący w pamięć.

Dżeppetto i Pinokio – artysta i iluzja. Ocaleli. Opowieść się kończy. Wróżka zanuci pieśń odganiającą ciemności. Ale to za chwilę. Jest czas na bezradność. I wybrzmiewa bezradność. Artysta mówi do bezwładnej iluzji, trzymanej w ramionach: „Mój Pinokio...”.

Paweł Głowacki

Zobacz więcej na temat: Paweł Głowacki TEATR
Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Parasol koloru sędziwego kruka

Ostatnia aktualizacja: 11.03.2015 14:58
"A może wcale nie liczy się ludzki ból ani radość, tylko gra cieni i świateł na żywym ciele, harmonia błahostek, które spotkały się tamtego akurat dnia, w tamtej akurat chwili, w jedyny, niepowtarzalny sposób".
rozwiń zwiń

Czytaj także

Chcę tylko ust twych miodu!

Ostatnia aktualizacja: 20.03.2015 14:17
Pod koniec seansu, kiedy wreszcie pojmujesz, że na dnie piękna opery zawsze pałęta się przeuroczy, najzwyklejszy pod słońcem banał ludzki – znów jesteś sobą. Urosłeś.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Biblioteka Pepin

Ostatnia aktualizacja: 25.03.2015 16:50
William Szekspir, Antoni Czechow, Samuel Beckett i reszta nieomylnych opowiadaczy – na samym dnie ich snów na jawie tkwi maleńka figurka stryja Pepina w starym kapeluszu i starą teczką w lewej garści.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Wzlot i upadek genialnego hochsztaplera

Ostatnia aktualizacja: 31.03.2015 14:00
Jest miło, gdyż byłem w teatrze, w którym był teatr, a to dziś nie byle co. Wyszedłem o 20 kilo ołowiu lżejszy. Opuszczając swój rząd - płotek kolan koszykarki przeskoczyłem niczym pasikonik. Wszyscy byli wstrząśnięci. „No, no”, szeptali z podziwem.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Widok z okna

Ostatnia aktualizacja: 07.04.2015 15:00
Pamiętam żeliwny piec z rurą. Pamiętam kolosalne ramy obrazów, ale już puste, bez płócien. Pamiętam ludzkie kształty pod szmatami jak cienie. I Kantora czarny szal wokół szyi jego aktora, który grał jego sobowtóra.
rozwiń zwiń