REKLAMA

Żółw z Galapagos

Ostatnia aktualizacja: 08.12.2016 16:00
I co? Przyszła po "Genesis" ulga? Żółw z Galapagos być może widział Darwina, Salgado być może poczuł ulgę, gdy unieruchamiał migawką swoje na żółwia spojrzenie.
(zdjęcie ilustracyjne)
(zdjęcie ilustracyjne)Foto: Charlesjsharp/Wikimedia/CC BY-SA 3.0

Chciałbym, aby powstała Historia Spojrzeń
Roland Barthes

Nie poradzisz – zginęli!
Homer

Sebastião Salgado zobaczył szarego psa przy nogach żałobników stojących nad otwartą trumienką wielkości kołyski, po krawędzie wypełnioną kwiatami, spod których, niczym twarz topielicy spod serpentyn wodnych traw na powierzchni jeziora, wychylał się płatek maleńkiego czoła i szeroko otwarte oczy bez blasku. Bo ludziom, co ich nie zdążono ochrzcić przed końcem, nigdy nie sklejano powiek, aby w wieczności zawsze mogli się rozeznać, gdzie góra, a gdzie dół, i aby odnaleźli ścieżkę powrotu, gdy nostalgia stanie się nie do zniesienia. Patrząc na spojrzenie Salgado, spojrzenie zwane też fotografią, nie sposób dociec, czy szary pies płacze, czy jest opuszczony, czy wyczuwa brak. Za duży cień na pysku zbyt nisko pochylonym. W innym spojrzeniu - późnym opowiadaniu Gabriela Garcii Marqueza - gdy stara Maria dos Prazeres dostrzeże z oddali swego Noi, mikrego pudla, jak „pośród czeredy niedzielnej dzieciarni”, daleki i poważny, "ze ściśniętym i smutnym zadeczkiem pod trzęsącym się ogonkiem czeka na zmianę świateł przy przejściu dla pieszych na Paseo de Gracia", westchnie: "Mój Boże! Jaki on samotny!". Westchnie boleśnie, choć przecież tego właśnie uczy Noi. Bycia bez niej.

Maria dos Prazeres, omszała barcelońska córa Koryntu, ćwiczy swego pudla w trudnej sztuce samotności, albowiem od pewnego czasu wszędzie odnajduje nieomylne znaki rychłej śmierci. Wybrała więc już miejsce spoczynku na ogromnym cmentarzu na wzgórzu Montjuich i nauczyła wiernego Noi puszczać błyszczące łzy. "Uparła się, że nauczy go płakać nad pustym grobem, by później mógł już z przyzwyczajenia opłakiwać jej śmierć". Wielokrotnie pokonywała z pudelkiem przy nodze drogę z domu na cmentarz, aby dobrze zapamiętał trasę, na przejściach dla pieszych nie mylił zieleni z czerwienią i nie lękał się pełnego obcych ludzi wnętrza autobusu kursującego na Montjuich. Wreszcie nadeszło popołudnie generalnej próby samodzielności Noi. Jak długo mogła, tak długo ze ściśniętym sercem obserwowała z oddali, zza węgłów, jego podniecony truchcik, po czym wyprzedziła go znacznie i usiadła przy swoim pustym grobie. Godzinę, dwie godziny, w ostrym słońcu. Czekała. "Tuż po piątej, dwadzieścia minut przed czasem, na wzgórzu pojawił się Noi zaśliniony ze zmęczenia i z gorąca, ale z triumfującą miną zadowolonego z siebie dziecka. W tej samej chwili Marię dos Prazeres opuścił strach, że nikt na tym świecie nie zapłacze nad jej grobem".

Taki pies. Pies zwyczajny i zarazem pies płaczący jak gdyby nigdy nic. Pies jakich miliony i pies, który na przejściu dla pieszych cierpliwie jak człowiek czeka na zielone, jeździ autobusem miejskim i jeszcze pusty grób swojej pani bezbłędnie odnajduje na ogromnym wzgórzu tysięcy pełnych mogił. Po prostu piesek przeciętny i piesek, który świetnie pamięta trasę z życia do śmierci. Co tutaj jest jawą twardą, a co snem jak mgła? I czyją jawą? Czyim snem? I dlaczego tak trudno poczuć granicę pomiędzy jednym, a drugim? Sebastião Salgado, 73-letni brazylijski twórca zdjęć, o których jakkolwiek się powie – trywialnie, płasko się powie, wyznał: "Fotografia jest pewnym pismem i każdy ma swój styl. Pochodzę z kraju, w którym światło jest bardzo ważne, w którym istnieje mnóstwo wspaniałych zabytków barokowych. Spójrz na język pisarzy latynoamerykańskich, którzy płynnie przechodzą od opisu naturalistycznego do świata wyobraźni. To także mój świat".

"Spójrz na język..." Nie przestaje zachwycać mnie ta fraza. Więc zdania, akapity, całe zadrukowane strony mają nie tylko sens, mają też kształt? Też? One mają przede wszystkim kształt. I barwę, ciężar, smak, temperaturę – jak każdy widok, krajobraz, ciało ludzkie lub zwierzęce, jak roślina każda i woda. "Spójrz na język...", powiada Salgado. Można, trzeba to odwrócić i rzec: "Czytaj obrazy świata". Czytał je, przez życie całe czytał widoki wielkie i małe. Szedł powoli, raz, pięć, dziesięć razy obchodził Ziemię wzdłuż równoleżników lub południków i czytał ją spojrzeniami, jak kto woli – pstryknięciami migawki. "Sól ziemi", hipnotyczna Wima Wendersa filmowa impresja o losie Salgado, jest w istocie opowieścią o człowieku, który idzie i patrzy, nigdy nie opuszczając głowy, nigdy jej nie odwracając, nigdy nie zamykając oczu. Uporczywie, z wiernością godną Noi patrzy w starym, może odwiecznym stylu. Na samym początku „Soli ziemi”, do greckiego źródła kluczowego słowa się oddalając, Salgado przypomina: "Fotograf to – dosłownie – ktoś, kto rysuje światłem. Pisze i przepisuje świat światłem i cieniem". Nie licząc amatorskiego początku fotografowania – Salgado nie stworzył zdjęć innych niż jedynie czarno-białe. Taki rytm kolorystyczny posiada jego patrzenie, którego prostokątnych śladów jest w opowieści Wendersa wiele. Wciąż nicują twarz Salgado, snującego baśń o sobie. Będąc portretem jego niespiesznego przejścia przez świat, "Sól ziemi" jest zarazem przejściem przez jego niezliczone, w prostokątach znieruchomiałe, barokowe spojrzenia, całkowicie niepodrabialne, osobne, bolesne, w których to, co realne, płynnie przechodzi w smugi wyobraźni lub snu, smugi delikatnie otulające realność.

Bolesne? Tak, zdjęcia te sprawiają ból. Powiadają o Salgado, że jest "fotografem rynsztoków". Niech i tak będzie. W końcu, kiedy szedł, zawsze ciągnęło go do wszelkich form fiaska. Oczy zdychających z głodu, parciane skóry poniżonych, nic nie ważące ciała ludzi, co wystygli na najczarniejsze zarazy świata, jakby wystrugane z kory twarze zapomnianych, ręce wykluczonych, plecy samotnych, plecy milionów samotnych, stąpających skądś, dokądś. Figury bezradne, wargi zbyt słabe na słowo choćby najkrótsze, szyje niezdolne do jakiejkolwiek skargi. Było tak, jakby wędrował Salgado jedynie trupimi trasami, ścieżkami pożegnań rychłych, nieuchronnego końca. Było tak, jakby spotykał jedynie tych, którzy za marną chwilę staną się duchami. Przypominał Salgado fikcyjnego Juana Preciado, bohatera "Pedro Páramo", powieści Meksykanina Juana Rulfo, przypominał tego wędrowca, który wraca do rodzinnej, tylko przez duchy zmarłych zamieszkałej wioski rodzinnej, aby z cichej, ciemnej mowy duchów odczytać choćby okruch prawdy o czasie przeszłym, dokonanym. Cóż mógł Salgado ofiarować milionom pół-widm? Nieruchomą pajęczynę ze światła i cienia, przywodzącą na myśl piękno i brak taniego pocieszenia czarnych rycin Piranesiego. Nic więcej. Pstrykał więc. Opiewał prostokątnymi spojrzeniami napotkane człekokształtne fiaska. To znaczy – czytał ich niemy tekst uważnie, dyskretnie, chłodno. Tak właśnie – chłodno. Bo też w bólu fotografii Salgado nie znajdziesz śladu pensjonarskich szlochów, załzawionej troski, stentorowego protestu, ani nachalnego wzywania do niesienia pomocy bitym i poniżanym. Jest w bólu tym jedynie spokojny, doskonały chłód kry, podobny do chłodu słów Samuela Becketta, który przecież opiewał trwanie porównywalnych pół-widm. Rzecz jasna – takie wędrowanie i patrzenie takie nie mogło trwać wiecznie. Urwało się.

Gdy wrócił z wędrówki po zdychającej Afryce, był pół-widmem. Lekarz rzekł doń: "Tak długo patrzyłeś na śmierć, że sam zacząłeś umierać". Chciał na powrót zacząć oddychać normalnie, znaleźć punkt oparcia, uspokojenie. Rozpoczął więc tworzyć swój ostatni kolosalny cykl, "Genesis": portrety tego wszystkiego, co na Ziemi jest niezmienne od zawsze. Nietknięte lasy deszczowe, nietknięte indiańskie plemiona, nietknięte wodospady, krajobrazy, wreszcie – zwierzęta. Choćby stara jak czas wielka jaszczurka, o której to jaszczurki łapie pięciopalczastej, opowiedzianej zdjęciem, rzekł, iż jest niczym średniowiecznego rycerza dłoń w kolczugowej rękawicy. Albo liczące sobie setki lat, tak niepokojąco podobne do twarzy Becketta oblicze chyba nieśmiertelnego żółwia z Galapagos, żółwia, o którym Salgado powiedział: "Siedząc naprzeciw tak sędziwej istoty, stykam się z autorytetem. Ile tu zmarszczek. Ile tu wiedzy. Gdy przypłynął na Galapagos Darwin, żółw ten musiał być już dorosły. Może widział Darwina? Któż to wie...".

I co? Przyszła po "Genesis" ulga? Żółw z Galapagos być może widział Darwina, Salgado być może poczuł ulgę, gdy unieruchamiał migawką swoje na żółwia spojrzenie. Lecz Salgado przecież nie mógł też nie czuć, że ten oto odwieczny szereg jest nieusuwalny. Od zawsze niezmienna łapa jaszczurki, od zawsze niezmienne oblicze żółwia i od zawsze takie same wodospady, lasy deszczowe, amazońskie plemiona. Tak. Ale też od zawsze ten sam ból, od zawsze nie do usunięcia. Od zawsze ten sam pies, zamarły przy nogach tych samych żałobników, albo truchtający na cmentarz, by płakać nad świeżym grobem. I od zawsze ta sama pod słońcem liczba pół-duchów, czekających na nic.

***

Paweł Głowacki/mz

Zobacz więcej na temat: felieton Paweł Głowacki
Czytaj także

Nieruchoma postać

Ostatnia aktualizacja: 10.11.2016 17:35
Jesień jest, jak wtedy. Zapalam świeczkę Wajdzie. Gdzie Rogożyn? Diabła spytać, powie: gdzieś. Nie wiem, gdzie szukać pana Jana, by raz jeszcze opowiedział.
rozwiń zwiń
Czytaj także

Piosneczki i czas

Ostatnia aktualizacja: 17.11.2016 16:48
Ci, którzy na własne oczy widzieli portrety byków, krów i antylop na skałach jaskini Lascaux, tej, jak rzekł Zbigniew Herbert, podziemnej Kaplicy Sykstyńskiej paleolitu, powiadają, że nie sposób uwierzyć w dwadzieścia tysięcy, może nawet więcej, lat ich nieruchomego istnienia.
rozwiń zwiń
Czytaj także

Powrót czajnika

Ostatnia aktualizacja: 24.11.2016 17:23
Paździerzyce Dolne już od lat nie istnieją, ich szkielet gnije gdzieś na dnie sztucznego zalewu, babcia i dziadek już od dawien dawna obróceni w proch. Istnieje „Kosmos” w Narodowym Starym Teatrze, seans, który jest jak cuda w Paździerzycach Dolnych.
rozwiń zwiń
Czytaj także

Było sobie raz mrugnięcie

Ostatnia aktualizacja: 01.12.2016 17:32
Pan Leśmian był w istocie wielkim reżyserem teatralnym. Był, lecz nie ma go. Tak jak nie ma Tuwima klękającego i całującego pana Leśmiana w dłoń, którą pan Leśmian pisał „Skrzypka opętanego” i całą resztę, oślepiającą i oczywiście jasną.
rozwiń zwiń