Było sobie raz mrugnięcie

Ostatnia aktualizacja: 01.12.2016 17:32
Pan Leśmian był w istocie wielkim reżyserem teatralnym. Był, lecz nie ma go. Tak jak nie ma Tuwima klękającego i całującego pana Leśmiana w dłoń, którą pan Leśmian pisał „Skrzypka opętanego” i całą resztę, oślepiającą i oczywiście jasną.
zdjęcie ilustracyjne
zdjęcie ilustracyjneFoto: Alexey Kljatov/wikimedia/CC BY-SA 4.0

Grześkowi Mielczarkowi. Bo jest.


Zdaję sobie sprawę, że wszelki opis – inwentarz elementów, bezsilny jest wobec tego arcydzieła, które ma tak oślepiającą i oczywistą jedność. Tylko poezje i baśń mają moc błyskawicznego kreowania rzeczy. Więc chciałoby się powiedzieć tyle: „Był sobie raz piękny koń z Lascaux”.

Zbigniew Herbert


Był więc sobie raz piękny koń z Lascaux, ale też był sobie raz smutny Alariel, co na złotych smykach grał. Był, lecz, całkiem jak piękny koń z Lascaux, był intensywnie tak, że, niczym koń cały z czerwieni cynobrowej, głębokich brązów i sadzy na bieli wapiennych ścian dalekiej jaskini - wciąż jest i raczej nie zmieni się to prędko. Tak. Jest. Wystarczy przeczytać „Skrzypka opętanego”, „baśń mimiczną w trzech przywidzeniach”, odrobinę ponad sto lat temu wyśnioną przez pana Bolesława Leśmiana, który w przyszłym roku skończyłby 140 rok życia, ale też w przyszłym roku minie lat 80 od chwili, kiedy znikł ostatecznie.

Gdy był, jawił się światu jako bajkowy stworek wielkości liścia paproci – skrzat o nosie niby żagiel, łysiejący krasnoludek lub inny elf z rdzawym wąsikiem. Ponoć pachniał mchem i borowikami. Pan Franc Fiszer – król sybarytów, cielesny gigant i filozof z przypominającą dywan brodą do pępka – mawiał, że gdy pod drzwi kawiarni „Ziemiańska” zajeżdżała pusta dorożka i fiakier zeskakiwał z kozła i uchylał drzwiczki – z pustki wysiadał pan Leśmian. Z ciszy – wychodziła ostrożnie opowieść nie wypowiedziana, baśń z palcem na ustach. Możliwe, że palec był żółty. Gdzie tam jeden palec! Możliwe, a nawet niewątpliwe, że wszystkie palce były niczym kurze pisklęta, ba, że całą skrzacią łapkę otulała szczelnie tłustawa żółć, albowiem pan Leśmian palił po 75 papierosów dziennie! Wpatrzcie się dobrze w ten bajkowy obrazek. Papieros, w zaistniałym kontekście papieros ogromny, przeogromny, na smyczy ustnika wyprowadza oto na spacer karłowatego, podstarzałego chłopczyka, a pan Julian Tuwim, przez przypadek spotkawszy chłopczyka, na kolana - jak to wobec pana Leśmiana miał w zwyczaju czynić zawsze - pada i całuje chłopczyka w łapkę, którą chłopczyk pisze, w łapkę na amen w nikotynowej rękawiczce. Co w takich razach mawiał pan Leśmian? Jaki miał głos? A może tylko milczał, drugą żółtą łapką kreśląc w powietrzu nad pokorną głową klęczącego pana Tuwima – głową znieruchomiałą na wysokości brody pana Leśmiana, nie niżej - zachwycające arabeski, niemą opowieść, wystarczającą za wszystkie słowa? W „Skrzypku opętanym” smutny Alariel nie mówi nic. Od początku, do końca - nie wydobywa z siebie ni pół litery.

Alariel – „skrzypek z bajki dawno zapomnianej”, powie o nim pan Leśmian w roku 1912 lub 1913, układając spis postaci. Chryza, skrzypka żona „z krainy ościennej bajce, z której Alariel pochodzi”. Rusałka Leśna. Portret Rusałki. Wiedźma. Cztery Karły. Cztery Duchy Białe. Cztery Duchy Czarne. Cztery Duchy Błękitne. Cztery Duchy Purpurowe. Cztery Duchy Cudacznie Pstrokate. Cienie Zmarłych. Wąż Złoty i reszta zjaw człeko i nie człekokształtnych. Nikt i nic – nie mówi nic w „Skrzypku opętanym”. Wyzna pan Leśmian: „Rzecz się dzieje w owych intermediach istnienia, gdy słów nie bywa, a wszyscy się nawzajem rozumieją”. Jest koniec miłości Alariela do Chryzy i stąd utrata zdolności gry na skrzypcach, jest nagłe jego uczucie do widmowej Rusałki Leśnej, jest zazdrość Chryzy, są czarodziejstwa Wiedźmy, jest trup Rusałki Leśnej, zabitej przez Chryzę, jest cmentarz i duchy, demony z mgieł i figury z ciała, i omam zmartwychwstania, jest sto, tysiąc innych baśniowych cudeniek - lecz nie dźwięczy nawet pół sylaby. Jest jedynie dzianie się gestów, jest pajęczyna miliona detalicznych ruchów, jest zawrotna fabuła drgnień dłoni, spojrzeń, kroków, znieruchomień i kolebiących się głów, i jest niespiesznie falująca sieć blasków. Kiedy w finale baśni zdaje się, że wreszcie zabrzmi mowa - mowa nie wybrzmiewa, gdyż wszystko już zostało powiedziane z palcem na ustach. Tak.

Właśnie tak sprawy się mają w teatrze baśni „Skrzypek opętany”. Ale też sednem tej tutaj bajki naszej nie jest wzruszający banał, że, ach, Boże Wielki, jakże wiele można w teatrze powiedzieć, zachowując ciszę, albo że milczenie jest złotem. Sednem jest hipnotyczna detaliczność tej pana Leśmiana już przecież stuletniej partytury ciszy i nie do podrobienia gęstość partytury. Panu Leśmianowi nie wystarcza, że oznajmi jasno i po prostu: „Siadł”, „Wstał”, „Podniósł”, „Stanął”, „Wszedł”, „Odszedł”, „Spojrzał”... U niego każdy gest jest niepowtarzalny, dla tej i tylko dla tej opowieści stworzony, bo pan Leśmian jakby układał dla gestu każdego bajkę osobną. Wiek temu wiedział, że samo „Mrugnięcie” nie wystarcza. Miał pewność, iż należy rzec na początku: „Było sobie raz smutne mrugnięcie smutnego skrzypka...”, a później należy to rozwinąć w drobiny najmniejsze, do dna, tak, aby „Mrugnięcie” nie przypominało żadnego innego „Mrugnięcia”.

O legendarnym francuskim mimie pan Jan Kott napisał: „Marceau nadaje ciężar powietrzu. Na pustej scenie trzeba stworzyć świat”. W „Skrzypku opętanym”, na kanwie prawie każdego gestu snując osobną, niepowtarzalną, małą bajkę, pan Leśmian nadaje ciężar ciszy. Ciężar, bądź puchowość, i jasność lub szarość, i słodycz, i gorycz, i tysiąc innych walorów, odcieni, temperatur. Na scenie pustej, w pustce po słowach – stwarza tak świat cały. Jak kiedyś pani Pina Bausch, jak kiedyś pan Henryk Tomaszewski, jak kiedyś, w wielu milczących, potężnych pasmach swego teatru pan Tadeusz Kantor, który zabijał, gdy aktor ruszył nogą jedynie po prostu, czyli nie tak, jak pan Kantor ruch ten wyśnił w detalach nie do podrobienia.

Pan Leśmian był w istocie wielkim reżyserem teatralnym. Był, lecz nie ma go. Tak jak nie ma Tuwima klękającego i całującego pana Leśmiana w dłoń, którą pan Leśmian pisał „Skrzypka opętanego” i całą resztę, oślepiającą i oczywiście jasną. Nie ma ich już dziś, w tutejszej naszej pyrtkowatej epoce scenicznych partytur prostych, jasnych i przyjemnych. No i koniecznie krótkich, bo czasy takie, drogi panie, że aktor nie lubi się męczyć, zwłaszcza wtedy, kiedy może nie męczyć się w ogóle. Ot, taki, pierwsze skrzypce grający reżyserski inwentarz uwag jest w cenie: „Włazisz, łazisz i złazisz. I jakoś to będzie”. Tak? Tak. No więc – włażą, łażą i złażą. I jakoś jest. Po czym żyją sobie długo i szczęśliwie...

Bajka skończona.

***

Paweł Głowacki/mc

Czytaj także

Bardzo stary krajobraz

Ostatnia aktualizacja: 03.11.2016 16:56
I aby z odpowiednim przytupem wyrazić potworne swe i niezawinione bóle artysty, którego wolność została zmiażdżona zakazami, Borczuch ponoć puszcza z głośników „Va pensiero”, pieśń niewolników z opery Giuseppe Verdiego „Nabucco”... Cóż można z tym wszystkim zrobić?
rozwiń zwiń

Czytaj także

Nieruchoma postać

Ostatnia aktualizacja: 10.11.2016 17:35
Jesień jest, jak wtedy. Zapalam świeczkę Wajdzie. Gdzie Rogożyn? Diabła spytać, powie: gdzieś. Nie wiem, gdzie szukać pana Jana, by raz jeszcze opowiedział.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Piosneczki i czas

Ostatnia aktualizacja: 17.11.2016 16:48
Ci, którzy na własne oczy widzieli portrety byków, krów i antylop na skałach jaskini Lascaux, tej, jak rzekł Zbigniew Herbert, podziemnej Kaplicy Sykstyńskiej paleolitu, powiadają, że nie sposób uwierzyć w dwadzieścia tysięcy, może nawet więcej, lat ich nieruchomego istnienia.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Powrót czajnika

Ostatnia aktualizacja: 24.11.2016 17:23
Paździerzyce Dolne już od lat nie istnieją, ich szkielet gnije gdzieś na dnie sztucznego zalewu, babcia i dziadek już od dawien dawna obróceni w proch. Istnieje „Kosmos” w Narodowym Starym Teatrze, seans, który jest jak cuda w Paździerzycach Dolnych.
rozwiń zwiń