Powrót czajnika

Ostatnia aktualizacja: 24.11.2016 17:23
Paździerzyce Dolne już od lat nie istnieją, ich szkielet gnije gdzieś na dnie sztucznego zalewu, babcia i dziadek już od dawien dawna obróceni w proch. Istnieje „Kosmos” w Narodowym Starym Teatrze, seans, który jest jak cuda w Paździerzycach Dolnych.
(zdj. ilustracyjne)
(zdj. ilustracyjne)Foto: pixabay/domena publiczna

Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych,

Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych.
Adam Mickiewicz „Pan Tadeusz”


Babcia?!... Chryste Panie!... Babcia Gienia?!... Tak?!...
Nie. Dama, co głowę z czajnika wielkości małego fiata wychyliła, nie była babcią Gienią, najukochańszą moją Gienią. Ale nie szkodzi. Sekunda szczęśliwego omamu wystarczyła: uchyliła się furtka czasu przeszłego, dokonanego. Było trochę tak, jak w prologu „Zaproszenia na egzekucję” Vladimira Nabokova, kiedy to... Owszem, streszczanie starych opowieści jest zajęciem kretyńskim, a streszczanie prozy Nabokova to strzelisty skandal, lecz w zaistniałych okolicznościach skandal ten – jaki jest właściwie? Tyci, zupełnie bez znaczenia.

W rzeczonym prologu więc, kiedy Cyncynatowi C. wyrok obwieszczono szeptem, do jego celi wszedł dyrektor więzienia-twierdzy. Gadali, a gdy skończyli, Cyncynat... wyszedł. Jak gdyby nigdy nic. Przemierzył wielkie korytarze, schody przepastne i dziedziniec jak step. Nikt go nie zatrzymał. Minął wrota, zsunął się ze zbocza, pokonał most, wstąpił w miasto. Wszystko – zapachy, cienie, kształty – zwracało mu dawno temu utracone szczęście. „Jak dobrze znał te ogrody! Tam, gdzie Marfińka, jeszcze przed ślubem, bała się żab, chrabąszczów...”. Szedł dalej. Wreszcie – jego uliczka, jego dom, okno ukochanej Marfińki na pierwszym piętrze i zawinięte w białe kołdry, na balkonie śpiące, bo noc ciepła bardzo, jego dzieci. Wbiegł na ganek, pchnął wejściowe drzwi i... „Wszedł do swojej oświetlonej celi”, powiada Nabokov. „Odwrócił się, lecz już był zamknięty. Okropne!”. Piękny sen urwał się nagle, boleśnie. Zdechła pamięć. Podobnie było ze mną na premierze „Kosmosu” wg powieści Witolda Gombrowicza, seansie w reżyserii Krzysztofa Garbaczewskiego (Narodowy Stary Teatr, Scena Kameralna). Szczęśliwy omam, rozkwitły na kanwie główki aktorki w otworze scenicznego czajnika wielkości małego fiata – przeniósł mnie do dzieciństwa, do wioski Paździerzyce Dolne, gdzie dziadkowie ze strony ojca mieszkali przez całe, długie życie. Spłynęła łza...

Podobny do tego, który na scenie u Garbaczewskiego się pojawia, ba, prawie identyczny czajnik wielkości małego fiata stał na piecu w kuchni chałupiny babci Gieni i dziadzia Henia. Zajmował całą blachę kuchennego pieca, zaś wytwornie wygięty dzióbek sięgał lampy u sufitu. „Chodź, posiedzimy sobie w czajniku”, mawiała Gienia wieczorami. Po linowej drabince, na stałe przymocowanej do wygiętej rękojeści czajnika, wdrapywaliśmy się na krawędź otworu po przykrywce i wsuwaliśmy się do środka, na dno. Siadaliśmy po turecku, a woda sięgała nam do szyi. Fajnie było w czajniku. Gienia recytowała różne wierszyki, na przykład ten stareńki, autorstwa Gombrowicza – wierszyk, co go Garbaczewski na pewno zna, gdyż wierszyk ten idealnie oddaje strukturę seansu Garbaczewskiego. „Cip, cip, wołała na mnie kura,/ kiedym malował stary dach./ Królowi angielskiemu hura! hura!/ Mej żonie jest na imię Stach”. Kiedy zaś woda chłodna się robiła, Gienia dokładała drew do pieca, dokładała – nie wychodząc z czajnika! Sedno w tym, że Gienia posiadała magiczne ręce. Otóż – w momencie wydłużały się one do dowolnych rozmiarów, zmieniały w jakieś anakondy-giganty. Cóż to był za widok! Wystawcie sobie: oto z dzióbka czajnika nagle wystrzelają wijące się ręce Gieni i przez kuchnię, sień i podwórko pełzają do szopy, po czym wracają z koszem pełnym polan, i otwierają drzwiczki paleniska, i dorzucają, i już jest ciepło, a ręce przez dzióbek spokojnie wracają do czajnika! Jest coraz cieplej, aż wreszcie z dzióbka bucha para – całkiem jak z dzióbka czajnika Garbaczewskiego, kiedy aktorka wystawia z otworu czajnika główkę w celach kreacyjnych. Gdy dziadzio Henio widział tę akcję czarodziejskich rąk Gieni, krzyczał: „Grupa Laokoona!!!”. Bo Henio lubił tę starą rzeźbę.

Słowem – czajnik Garbaczewskiego zwrócił mi na chwilę dzieciństwo. Więcej powiem. Okazało się, że nie tylko czajnik. Weźmy na przykład – płeć. U Garbaczewskiego w dwóch przypadkach chłop gra babę, w jednym zaś – baba chłopa, że już nie wspomnę o licealiście, który gra powieszonego w krzakach na sznurku wróbla, lecz mimo to świetnie sobie żyje, spacerując po scenie, a także po monstrualnym kredensie, który koła zatacza, stojąc na obrotowej scenie. Od razu przypomniał mi się sztandarowy numer Gieni, do której z powodu jej rąk Henio mawiał czule: „Moja ty małpeczko!”. Otóż, w porze owocobrania, babcia Gienia wśród konarów w sadzie buszowała ze zręcznością gibona i wężowymi rękami błyskawicznie podmieniała owoce: jabłka sunęły na gruszę, gruszki na śliwę, śliwki na czereśnię, czereśnie zaś na jabłoń. I tak koło się zamykało! I boki można było zrywać, gdy dziadzi Henio, stojąc na drabinie o gruszę opartą owoce zrywał, do koszyka zerkał, czy już pełny, a tam, proszę ja was – same jabłka! Takie to były w Paździerzycach Dolnych igraszki z płcią! Igraszki godne igraszek myszki z innego wierszyka, który mi babcia Gienia w czajniku recytowała. Nie wątpię, że i Garbaczewski zna go na pamięć. „Myszko, myszko, dokąd mkniesz?/ Jestem mały nietoperz./ Latam, chociaż brak mi piór./ Jak spodeczek pośród chmur”. A teraz – kolej na wymię.

Szczerze mówiąc – kolej na wymię Polifema, jeśliby z Polifema kozę nad kozami zrobić, a właściwie – że sparafrazuję pewnego krytyka, co o „Kosmosie” Garbaczewskiego w zachwycie napisał – właściwie dlaczego tego nie zrobić? Takie właśnie miękkie donice wielkie jak Polifem, takie, powiedzmy, donicory wiszą nad sceną u Garbaczewskiego, i posiadają strzyki, z których kisiel cieknie samoistnie. Babcia Gienia też nie doiła kóz swoich, kóz o wymionach tak groteskowo wielkich, że właściwie nie były to kozy, tylko kozy jak wymiona dyndające pod beczącymi wymionami, łażącymi na zapałczanych nóżkach. Nie doiła, gdyż czekała, aż mleko samo wycieknie. I tak dalej...
Sztuczne zęby, które aktor nosi nie wewnątrz ust, a rozpięte na wargach, nie w poziomie, lecz w pionie? Dziadzio Henio miał identycznie swobodny stosunek do swojej szczęki sztucznej. Mianowicie – w palcach ją trzymając, obcinał nią ogony świeżo narodzonych wyżłów albo końcówki ukochanych cygar, które specjalnie dla niego skręcały na swych zapałczanych, spoconych udkach wspomniane kozy babci Gieni, z tej racji zwane przez nią „Rozpustnymi Kubankami”. A kot, który jest u Garbaczewskiego sklecony z drutu? Kot dziadków wyglądał porównywalnie. Rzekł kiedyś: „Od dziś się odchudzam!” – i poszedł na całość, na absolutną całość. A co z Kubusiem Puchatkiem, to znaczy - aktorem, już od dawna dojrzałym mężczyzną, który jednak mimo to przebiera się za żółtego misia, w którym to kostiumie jest mu, owszem, bardzo do twarzy, i tak przemieniony tapla się w kisielu, co samodzielnie wypłynął z podniebnych, kozich wymion Polifema? Tutaj trzeba wrócić do kluczowego czajnika babci Gieni.

Powiedziałem, iż jest on taki sam, jak czajnik Garbaczewskiego, taki sam, lecz z jedną różnicą. Czajnik sceniczny nie jest niczym ozdobiony, zaś czajnik babci Gieni, w którym żeśmy z babcią Gienią wieczorami przesiadywali i poezją się parali, cały był w żółtych postaćkach Kubusia Puchatka. Dobrze to dzięki Garbaczewskiemu dziś pamiętam! A każdy z tych namalowanych na głównym czajniku Kubusiów trzymał w łapce właśnie taki sam, jak główny, lecz namalowany czajnik, zdobny w takie same, tyle że namalowane Puchatki, które znowuż trzymały w wymalowanych łapkach wymalowane czajniczki z wymalowanymi na sobie kolejnymi Puchatkami, trzymającymi w łapkach kolejne... I tak dalej, i dalej, i jeszcze dalej. Ogarniacie ten miśkowo-czajnikowy kosmos, który da się zestawić chyba tylko z „Kosmosem” Garbaczewskiego! I wmyślcie się w zawrotny ten, rzekłbym - Einsteinowski, cud, który przecież - w przenośni, bo w przenośni, lecz jednak – pozwalał babci Gieni i mnie, siedzącym w głównym czajniku wielkości małego fiata, siedzieć zarazem w nieskończonej liczbie czajników identycznych, tyle że czajników namalowanych i o zmniejszających się rozmiarach. I siedzieliśmy w nich, i siłą natury zmniejszaliśmy się wraz z nimi! Istna Droga Mleczna czajników, od środka mną, Gienią i poezją uczłowieczonych!

Tak, dzięki „Kosmosowi” Garbaczewskiego wróciło do mnie na chwilę szczęśliwe dzieciństwo w Paździerzycach Dolnych, w chałupinie babci Gieni i dziadka Henia. Wzruszyć mnie aż tak – wielka to sztuka, szanowny panie Garbaczewski, i za łzę moja melancholijno-nostalgiczną nisko się panu kłaniam. Za sprawą inscenizacyjnych detali „Kosmosu” tego, z których ledwie kilka mogłem, a żal, odmalować - na premierze przypomniało mi się wszystko, cały tamten czas. Ja, któremu tuż przed premierą wyrok rychłej śmierci obwieszczono szeptem, przez dwie godziny „Kosmosu” byłem niczym Cyncynat C. w jego cudownej wędrówce onirycznej, w jego sennym powrocie do utraconego szczęścia. Owszem. Tylko że...

Nabokov nie miał litości. Przypomnę: „...i wszedł do swojej oświetlonej celi”. Cóż, oklaski przywróciły mnie rzeczywistości. To już nie był cudowny pamiętliwy sen. To była realność sceny. Paździerzyce Dolne już od lat nie istnieją, ich szkielet gnije gdzieś na dnie sztucznego zalewu, babcia i dziadek już od dawien dawna obróceni w proch. Istnieje „Kosmos” w Narodowym Starym Teatrze, seans, który jest jak cuda w Paździerzycach Dolnych. Nie ma już czajnika całego w Kubusiach Puchatkach. Jest czajnik goły, a jeden żywy Kubuś Puchatek obok czajnika tapla się w kozim kisielu.

Paweł Głowacki

Czytaj także

Spojrzenie Tintagilesa

Ostatnia aktualizacja: 20.10.2016 17:26
Wrócił do początku – powtórzył, a raczej odpowiedział na swojego geometrycznego Maeterlincka z roku 1937. Powiadają, że było to jego ostateczne pożegnanie z geometrycznością, z którą się pół wieku w sztuce borykał w imię umykającego między palcami lęku.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Bawić się z nim, grać

Ostatnia aktualizacja: 27.10.2016 18:32
Przypomina się zdanie, które Globisz jako Kaspar, albo tylko jako Globisz, wieki temu wciąż od nowa wyłuskiwał z siebie na tej scenie. „Chcę stać się taki, jaki był kiedyś ktoś inny”. Na przykład taki, jaki był - on sam.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Bardzo stary krajobraz

Ostatnia aktualizacja: 03.11.2016 16:56
I aby z odpowiednim przytupem wyrazić potworne swe i niezawinione bóle artysty, którego wolność została zmiażdżona zakazami, Borczuch ponoć puszcza z głośników „Va pensiero”, pieśń niewolników z opery Giuseppe Verdiego „Nabucco”... Cóż można z tym wszystkim zrobić?
rozwiń zwiń

Czytaj także

Nieruchoma postać

Ostatnia aktualizacja: 10.11.2016 17:35
Jesień jest, jak wtedy. Zapalam świeczkę Wajdzie. Gdzie Rogożyn? Diabła spytać, powie: gdzieś. Nie wiem, gdzie szukać pana Jana, by raz jeszcze opowiedział.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Piosneczki i czas

Ostatnia aktualizacja: 17.11.2016 16:48
Ci, którzy na własne oczy widzieli portrety byków, krów i antylop na skałach jaskini Lascaux, tej, jak rzekł Zbigniew Herbert, podziemnej Kaplicy Sykstyńskiej paleolitu, powiadają, że nie sposób uwierzyć w dwadzieścia tysięcy, może nawet więcej, lat ich nieruchomego istnienia.
rozwiń zwiń