Z dzieciństwa zapamiętał przede wszystkim wspólne rodzinne obiady, podczas których słuchano transmitowanych przez radio koncertów. – Wspomnień mam bardzo dużo, bo wychowałem się w rodzinie, która bardzo się kochała. Najlepszym czasem, który ja pamiętam, były wspólne obiady, podczas których słuchaliśmy Koncertów Chopinowskich – wspominał w Dwójce.
Posłuchaj wspomnień w audycji "Zapiski ze współczesności" >>>
Miłość do muzyki od pokoleń
W rodzinnych opowieściach Karola Radziwonowicza przewijały się również historie przodków związanych z muzyką. Szczególnie zapadły mu w pamięć losy wuja babci, który marzył o karierze śpiewaka. – Kochał muzykę do tego stopnia, że został śpiewakiem. Co prawda nie operowym, ale śpiewał w chórze Operetki Warszawskiej. Jego ojciec był szewcem i stwierdził, że zawód muzyka to przecież nie jest poważne zajęcie. Nie zgadzał się na to, żeby ten rozwijał karierę. Kazał mu nauczyć się rzemiosła i zostać szewcem – opowiadał.
Wuj jednak się nie zniechęcał. Mimo zakazu ojca potajemnie śpiewał w operetce. – Jak szedł na przedstawienie, to jego ojciec zamykał drzwi od mieszkania. Umawiał się z moją babcią: "Pamiętaj, nie zaśnij. Jak ojciec pójdzie spać, to otwórz drzwi, bo będę wracał późno w nocy". Bardzo często tak bywało, że moja babcia zasnęła i niestety nocował na słomiance – opowiadał z uśmiechem.
Rodzice, którzy żyli muzyką
Ojciec Karola Radziwonowicza był pianistą i pedagogiem, absolwentem warszawskiej uczelni muzycznej działającej podczas okupacji. Matka również koncertowała i występowała m.in. w recitalach transmitowanych przez Polskie Radio. – Moja mama grała recitale, a miała dosyć duży repertuar, właśnie dla Polskiego Radia. To były takie czasy, że nie było taśm, tylko przychodziło się i grało na żywo – wyjaśnił.
Lekcje, które zostały na całe życie
Wśród osób, które szczególnie zapisały się w pamięci Karola Radziwonowicza, jest legendarna pianistka i pedagog Margerita Trombini-Kazuro. Choć jako dziecko nie zawsze rozumiał jej uwagi, dziś przekazuje je własnym studentom.
– Pamiętam, że powiedziała mi: "Karolku, zapamiętaj, crescendo znaczy piano, a diminuendo znaczy forte". Wtedy nie do końca zrozumiałem jej ideę, ale ona miała rację. W momencie, kiedy chcemy zrobić crescendo, musimy zacząć od piana. Jeśli chcemy zrobić diminuendo, najpierw musimy grać głośniej. To są rzeczy absolutnie logiczne i podstawowe" – zaznaczył.
Jak dodał, wiele pedagogicznych wskazówek usłyszanych w dzieciństwie wraca do niego do dziś. – To jest rzecz niewiarygodna, że ta kolej losu gdzieś dalej się toczy w następne pokolenia. Ja z kolei te uwagi powtarzam swoim studentom i uczniom – mówił.
Dwa fortepiany i siedem osób na 56 metrach
Dom rodzinny Radziwonowiczów był miejscem, w którym muzyka rozbrzmiewała niemal bez przerwy. Na niewielkiej przestrzeni mieszkali rodzice, trójka dzieci i dwie babcie. Mimo to udało się zmieścić dwa fortepiany.
– Ja się śmieję, że miałem trudne dzieciństwo, dlatego że w tym mieszkaniu oprócz dwóch fortepianów było siedem osób. W jednym pokoju grał brat na skrzypcach, w drugim ja grałem na fortepianie, a w trzecim bardzo często rodzice dawali lekcje. Muzyka właściwie była bez przerwy, non stop w moim mieszkaniu – opowiadał.
– Mama brała mnie na swoje lekcje i kazała siedzieć cicho pod fortepianem. Bardzo lubiłem tam chodzić, ale nie tylko dlatego, że słuchałem fortepianu. Woźna robiła własnoręczne paszteciki. Jak bardzo grzecznie się zachowywałem, to od mamy dostawałem taki jeden pasztecik. Jego smak pamiętam do dziś – wspominał.
***
Tytuł audycji: Zapiski ze współczesności
Data emisji: 1-5.06.2026
Godz. emisji: 12.45