WP#219. Leonard Cohen, B.B.King i Muddy Waters

Ostatnia aktualizacja: 19.03.2021 14:30
Niedzielną noc spędziliśmy w towarzystwie muzycznych gigantów. Żadnego z nich nie trzeba przedstawiać.
Okładki płyt
Okładki płytFoto: materiały promocyjne

Posłuchaj
176:54 2021_03_21 21_59_53_PR2_Wieczor_plytowy.mp3 WP#219. Leonard Cohen, B.B.King i Muddy Waters (Wieczór Płytowy/Dwójka)

 

każdą niedzielę późnym wieczorem słuchamy - razem z Państwem - najważniejszych płyt. Z namaszczeniem i pietyzmem - od początku do końca: strona A, strona B. A dopiero potem bonusy, konteksty, porównania, komentarze zaproszonych gości. Klasyka, jazz, rock, awangarda, elektro.

Tym razem były to:

  • Leonard Cohen - Songs of Love and Hate (1971)
  • B.B.King - Live at the Regal (1965)
  • Muddy Waters - Hard Again (1977)

***

Ostatnią niedzielę spędziliśmy w poetyckim towarzystwie Leonarda Cohena oraz bluesowych dźwięków B.B King'a i Muddy Waters'a. Zapraszamy do lektury waszych refleksji związanych z odsłuchanymi płytami:

Szanowni Panowie,

Adam Zagajewski w wierszu Walizka zapisał:

"Jestem tylko nieuważnym turystą,

ale kocham światło".

Głos Leonarda Cohena i jego niespieszna narracja są dla mnie takim snuciem się nieuważnego turysty po ulicach i zakamarkach Montrealu. Można tam spacerować bez celu, kierując się przypadkiem. Poeci bywają przewodnikami po wielu miastach. Trzeba zatem wierzyć poetom.

Jacek z Łodzi

Dobry Wieczór! Płyta, której obecność w Wieczorze Płytowym najbardziej mnie dziś ucieszyła to płyta Leonarda Cohena - "Songs of love and hate". Oprócz pięknej muzyki intrygowała mnie od dawna postać samego Leonarda Cohena, człowieka o wielu twarzach, poety, pisarza, muzyka, barda. Z jednej strony korzystającego z życia na swój sposób czy to podczas wędrówek bo barach Montrealu, eksperymentującego z narkotykami a z drugiej osoby subtelnej z poczuciem humoru, uwielbianego przez kobiety, ceniącego przyjaźń. Z jednej strony osoby zmagającej się z depresją a z drugiej błyskotliwie zabawnego, szarmanckiego i pełnego dżentelmeńskich manier a jednocześnie zaskakującego często ostrymi dosadnymi tekstami literata. Idealnie łączącego ducha Wschodu i Zachodu.

"Songs of love and hate" to płyta bardzo ważna, kto wie czy nie najważniejsza mimo braku wielkich przebojów w potocznym tego słowa znaczeniu. I źródło inspiracji dla wielu artystów. Przywołuję w pamięci utwór "Avalanche" w wykonaniu Leonarda Cohena-zupełnie odmienna wersja ale jakże dobra. Sam Cohen uważał, że Cave "zarżnął" ten utwór ale w dobrym tego słowa znaczeniu tak duże wrażenie zrobiła na nim jego "mordercza" interpretacja. Na jego koncercie niestety nie byłem. Przymierzałem się do tego w związku z płytą "You want it darker" ale kilka tygodni później zupełnie zaskoczyła mnie śmierć mistrza, nie zdążyłem...Do końca zachował pogodę ducha. Pamiętam jego ostatni wywiad. Także to jak wielką estymą cieszył się w Polsce i jak sam pokochał naszą publiczność. To była chyba jego ulubiona publika oprócz norweskiej. Trzeba powiedzieć, że bardzo dużo zawdzięczamy Maciejowi Zębatemu i jego tłumaczeniom tekstów Cohena. To zdecydowanie przyczyniło się do tej polskiej miłości do Cohena a sam Zębaty cieszył się bezgranicznym zaufaniem Leonarda Cohena. Osobiście nie postrzegam poezji Cohena jako pesymistycznej ,jest to dla mnie znakomity materiał do przemyśleń poparty mistrzostwem panowania nad słowem. Przypomina mi się anegdota dotycząca tego w jakim mozole przebiegała praca nad tekstami Cohena i rozmowa pomiędzy nim a Bobem Dylanem kiedy ujawnił, że pracował kilka lat nad danym tekstem i muzyką na co spytany o to samo Dylan w przypadku jego piosenki oznajmił, że zajęło mu to kilkanaście minut.

Jacek z Zamościa

Któż nie ceni piosenek Leonarda Cohena, nie zachwyca się niesamowitą, głęboką barwą głosu ? Poeta zabierający nas w krainy swoich opowieści potrzebuje tylko gitary i swego głosu by porwać nas w uniesieniu w obrazy snutych ballad.  Tak zawsze postrzegałem Cohena niezależnie czy śpiewał I’m Your Man, Suzanne czy trochę mniej znane powszechnie piosenki z Songs of Love and Hate. Zawsze refleksyjny, wyrafinowany poeta, twórca tekstów niebanalnych z rysów twarzy trochę przypominał mi mojego dziadka. Odkąd pamiętam jego głos zawsze pociągał mnie i przykuwał moją uwagę. B.B.King to Król Blues’a , niekwestionowana ikona . Ten koncert Live At The Regal to świetny zapis pewnego okresu, feelingu ,który B.B. niósł swoim głosem i gitarą, żywego kontaktu z publicznością , umiejętności tworzenia klimatycznej ale pełnej energii atmosfery koncertowej. Wielkiej klasy muzyk , który zarówno solo jak też w licznych projektach z m.in. U2, Willie Nelsonem, Erickiem Claptonem, Joe Cockerem czy Van Morrisonem udowadniał swą wielką muzykalność, niezależność, talent. Muddy Waters’a zapewne mógłbym postawić zaraz obok Kinga ale dla mnie Muddy to szczególna postać, dzięki której uczyłem się słuchać blues’a i często do niego wracam , może najczęściej z bluesowych klasyków.To bardzo frapujące zestawienie charakterystycznych, niebanalnych głosów w jeden wieczór.

Ari Dykier

Sięgając do twórczość Leonarda Cohena nie sposób nie wspomnieć o Macieju Zembatym, artyście, który przetłumaczył dużą część tekstów muzyka na język polski. Byliśmy również bardzo ciekawi Waszych refleksji i wspomnień związanych z koncertami Leonarda Cohena w Polsce w latach 80-tych:

Nie byłem na koncertach w 1985 roku w Polsce. Wtedy jeszcze Cohena nawet nie lubiłem. Ale  Maciej Zembaty zagrał koncert w sali gimnastycznej Zespołu Szkół Drzewnych w Lesku gdzieś w jesieni 1986 roku z wiadomym repertuarem. i to przez Zembatego zaczęła się moja sympatia do Cohena. Nie od "Dance Me...", którego serdecznie nie lubiłem, a na to się najpierw załapałem. Posłuchałem tych piosenek, posłuchałem jego opowieści o Cohenie, a głównie o pobycie artysty w Polsce i wtedy to  zaskoczyło. Na dobre. Ale  najlepiej pamiętam, jak Zembaty opowiadał o popijawie z Cohenem przed warszawskim koncertem – Leonard stwierdził, że on pije tylko w pracy, bo inaczej dawno zostałby alkoholikiem, wyciągnął pokaźną flaszkę wina, o zwiększonym litrażu i  zabrał się wspólnie z Zembatym i   Maciejem Karpińskim  za jej osuszanie. Ponoć tych flaszek było więcej, Zembaty z Karpińskim czuli się już nieco "nadziabani", a Cohen wstał i poszedł na scenę grać koncert.

Wojciech Kapała

Z postacią Leonarda Cohena zetknąłem się po raz pierwszy na ostatniej stronie od dawna nie istniejącego czasopisma Jazz, gdzie pojawiły się przytoczone dzisiaj tłumaczenia Macieja Zembatego. Nawiasem mówiąc, z umieszczonego tam tekstu autorstwa Pana Macieja wynikało jednoznacznie, że chciałby wówczas mieć w naszym kraju monopol na Cohena, a zwłaszcza jego tłumaczenia. A z muzyką zetknąłem się dopiero przy Recent Songs (na antenie Dwójki!), którą uważam za absolutne mistrzostwo świata w swojej kategorii, i na pewno najlepszą płytę w Jego dorobku. Słuchając po raz pierwszy tamtych nagrań, część z nich zrealizowanych jak to często u tego twórcy w nieśpiesznym rytmie, zastanawiałem się: czy to jest aż tak dobre, czy aż tak kiepskie? Odebrałem to jako tak bliskie kiczu, jak to tylko jest możliwe, jednak nie przekraczając ani na moment tej niebezpiecznej bariery... Choćby ta gra basu, kiedy w jednej z piosenek niemal w nieskończoność czeka się na następną nutę. No cóż, szybko zdecydowałem, że to jest jednak aż tak dobre...

Bogdan Jarosz

Nie mogę pamiętać pierwszych koncertów Leonarda Cohena, bo nie ma takiej możliwości....ale dzięki płytom rodziców mogę powiedzieć, że Jego twórczość i muzykę wyssałam z mlekiem matki! Znam wszystkie utwory, przy nich zasypiałam, potem dorastałam i celebrowałam życie! Uczyłam się języka angielskiego dzięki tłumaczeniom Macieja Zembatego , śpiewałam te piosenki przy ognisku i wciąż się nimi zachwycam. To głos i muzyka, która mnie uspokaja , wycisza i....przywraca wewnętrzną równowagę.  Jeden utwór to jak jeden Cohen - jednostka smutku,  radości, zadumy i wewnętrznego uspokojenia!

Monika Poświatowska

Byłam tylko na jednym występie tego artysty i był to bodajże ostatni koncert Cohena w Polsce - w Łodzi w lipcu 2013 roku, promując album "The Old Ideas".

 Mało wykonawców może sobie pozwolić na taki początek występu - to znaczy wykonanie jednego z najpopularniejszych  utworów już  na wstępie. Leonard Cohen to twórca, który ma takie możliwości i chętnie z tego korzysta.  Wtedy  wybrał na otwarcie kompozycję szczególną  - "Dance Me to the End of Love". Po niej przedstawił "The Future" czyli utwór, który wiele osób zapewne kojarzy z filmem "Urodzeni Mordercy", by wykonać jeszcze m.in.  "Bird on the Wire" i "Everybody Knows". Cohen nie tylko śpiewał (często dosłownie na klęczkach), ale też grał na gitarze i klawiszach.

Artysta nie oszczędzał się...To był długi wieczór, ponad 3 godziny muzyki ! Moim zdaniem jednym z ciekawszych fragmentów koncertu była długa wersja kompozycji "Lover Lover Lover", ale "Słynny błękitny prochowiec" też uważam za mocny punkt całego programu. Pewnie występy w latach 80. były jeszcze bardziej przejmujące, bardziej znaczące dla publiczności, która traktowała je jak manifesty wolnego słowa, ale  na mnie ten łódzki występ wywarł szczególne, niezatarte do dziś wrażenie.

Daria Frączek

Wspaniale słucha się klasycznego, elektrycznego bluesa w Dwójce. B.B. Kinga widziałem w Polsce 2 razy. Wspaniałe przeżycia. Pamiętam koncert w poznańskiej Arenie. Duży skład z sekcja dętą, potężne brzmienie. Jako gitarzysta zostałem po koncercie żeby podejrzeć na jakim wzmacniaczu B. B. King osiąga swoje fantastyczne gitarowe brzmienie. Okazało się, że grał na malutkim gitarowym combo. Cała tajemnica brzmienia to po prostu magiczne palce B.Kinga.

Mudy Waters to całkowicie inny styl i inne brzmienie w porównaniu do B.B. Kinga. Na tym polega bogactwo bluesa. Nie ma tu sekcji dętej, za to jest przesterowana harmonijka ustna, która u Muddy Watersa zawsze była bardzo ważna. Zresztą grali z nim doskonali harmonijkarze jak James Cotton czy Junior Wells.

Muddy Watersa nigdy nie widziałem na żywo. Byłem za młody, kiedy grał w Polsce na Jazz Jamboree w Warszawie w 1976 (na szczęście ukazała się płyta z tego koncertu), ale miałem okazję organizować koncert jego najstarszego syna McKinley Morganfielda  Jr. , który wystąpił  na festiwalu Toruń Blues Meeting. To była prawdziwa magia. Ten sam wygląd, ta sama barwa głosu, ta sama maniera wokalna,  a nawet podobny repertuar. Na tym koncercie wszędzie unosił się duch Muddy Watersa.

Maurycy Męczekalski

Dlaczego? Sam się zastanawiam dlaczego słucham bluesa? Od z górą już dwudziestu lat. Nie jest to przecież muzyka najbardziej en vogue, haute couture czy le monde. Co w takich artystach, których mogę słuchać bez końca jak: John Lee Hooker, Skip James, Sonny Boy Williamson (II), Son House, R. L. Burnside, jest tak PORUSZAJĄCEGO. 

W końcu słuchany dziś Muddy Watersa, którego płytę ,,Folk Singer'' zdarłem do białości, mimo, że cyfrowa. Przyznam że BB. King z prezentowanej dziś trójcy dotyka mnie najmniej. Właśnie ,,dotyka'' - to słowo klucz. Dotyka emocjonalnie, ale myślę o dotyku w aspekcie materialnym, fizycznym: strun gitary, czy głosu. Muzyka Watersa  ma szorstkość, surowość, ,,magię'' , coś czego u B.B. Kinga nie znajduję. Obie płyty elektryczne, podobny genre, a jednak zupełnie różne. Waters ma dla mnie drive, groove, szorstkość. To jest dzikie, bliżej trzewi. Bliżej życia? Nie bez powodu Jimi Hendrix nagrał, ”Mannish Boy”. B.B. jest salonowy, uładzony.

Nie wiem czy Panowie Prowadzący to wiedzą, ale niedaleko Józefowa/k Warszawy jest Aleja Bluesa. Biegnie w stronę inną niż Aleja Przyszłości. Słucham wciąż audycji  i jak to opisać? Jak klarownie zsyntetyzować emocje, ukuć sentencję? Wszystko wyraża się w eliptycznych frazach harmonijki ustnej. 

Marcin Dzwonkowski

***

Tytuł audycji: Wieczór płytowy

Prowadzili: Tomasz SzachowskiPrzemysław Psikuta i Piotr Metz

Data emisji: 21.03.2021

Godzina emisji: 22.00

Czytaj także

Tadeusz Nalepa - ojciec polskiego bluesa

Ostatnia aktualizacja: 04.03.2021 05:55
14 lat temu, 4 marca 2007 roku zmarł Tadeusz Nalepa, gitarzysta i wokalista, legenda polskiego bluesa, twórca i lider zespołów Blackout i Breakout.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Joanna Knitter: lubię się wydzierać jak Aretha

Ostatnia aktualizacja: 07.01.2021 11:30
- To mój bluesowy hołd dla Pierwszej Damy Soulu - tak o płycie "Aretha" mówi Joanna Knitter założycielka grupy Blues & Folk Connection, która była gościem "Poranka Dwójki".
rozwiń zwiń