Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Muzyczne perełki od Canary Records

Ostatnia aktualizacja: 14.02.2019 09:28
Nazwisko Iana Nagoskiego zapewne kojarzą wszyscy zainteresowani grzebaniem w muzycznych archiwach.
zdjęcie ilustracyjne
zdjęcie ilustracyjneFoto: pixabay/Caranfinwen

Ten pracowity wydawca z Baltimore przegląda zapomniane płyty 78'' sprzed niemal stu lat, porządkując nieodkurzane od lat nagrania, które mało kogo obchodziły, wydając kompilacje pod szyldem Canary Records, i opatrując je historycznym komentarzem. Nagoski samodzielnie prowadzi śledztwa, składając w całość i oddając sprawiedliwość biografiom zapomnianych na dziesięciolecia artystów. Tak stało się np. w przypadku Zabelle Panosian, ormiańskiej śpiewaczki obdarzonej niezwykle poruszającym głosem. Jej wykonanie utworu "Groung" (Żuraw), znalezione przez Nagoskiego na uszkodzonej szelakowej płycie, zainspirowało go do poszukiwań; utwór zyskał nowe życie, w 2011 roku wykonywali go Kronos Quartet. 

Na składankach słychać więc melodie przywiezione ze starego kontynentu, do których tańczyła wieś i warszawska ulica, ale też nowości, często zainspirowane nowym emigracyjnym życiem i zupełnie odmienną rzeczywistością – na przykład życiem wśród ludzi o różnych kolorach skóry.

Wiele nagrań odkrytych przez Nagoskiego powstało w kręgach imigrantów. Zabelle Panosian była uchodźczynią – jak wielu Ormian, przybyła do USA, uciekając przed prześladowaniami w Imperium Osmańskim. Kilka kompilacji wydanych przez Canary Records jest poświęconych muzyce mniejszości greckiej w Ameryce. Wreszcie – składanki z nagraniami emigrantów z Europy Środkowo-Wschodniej, na których przeważają polskie tytuły i głosy: „The Widow's Joy: Eastern European Immigrant Dances in America, 1925​-​30” oraz bardzo świeża „I Wouldn't Sell You to Anyone: Eastern European Immigrant Musics in the U.S., 1917-29. Utwory pochodzą z płyt nagrywanych przez duże wytwórnie jak Columbia czy Victor, które rozpoznając rynkowy potencjał lokalnych odmian muzyki, zamawiały nagrania kierowane do poszczególnych grup etnicznych.

Na składankach słychać więc melodie przywiezione ze starego kontynentu, do których tańczyła wieś i warszawska ulica, ale też nowości, często zainspirowane nowym emigracyjnym życiem i zupełnie odmienną rzeczywistością – na przykład życiem wśród ludzi o różnych kolorach skóry.Władysław Polak, jak pisze Continuum Encyclopedia of Popular Music of the World - właściciel sklepu ze słodyczami, śpiewał o pewnym „szwarnym chłopaczku”, za którym w Ameryce „latają dziewuchy kiejby muchy”, i który zastanawia się, czy kiedy poślubi czarnoskórą dziewczynę, to ich dzieci bedą w kratkę, czy w kropki. Piosenka oczywiście nie spełnia standardów współczesnej wrażliwości i z dzisiejszej perspektywy to rasistowskie żarty, ale mowa przecież o początku XX wieku i szoku kulturowym, z jakim radzili sobie przybysze, często niewyedukowani i pochodzący z mocno izolowanych rejonów; w takim kontekście jawi się wręcz jako wyraz pewnej otwartości – oto dla polskiego emigranta kolor skóry nie jest żadną przeszkodą dla małżeństwa, podczas gdy w USA ostatecznie zniesiono zakaz małżeństw mieszanych we wszystkich stanach dopiero w 1967 roku. Nagoski przypomina przy okazji w komentarzu ponure realia ideologiczne ówczesnej Ameryki; europejscy imigranci z przełomu wieków (w 1907 stanowili prawie 15% populacji USA, z tego niemal połowa pochodziła z Europy Środkowo-Wschodniej) spotykali się z wrogim i pogardliwym traktowaniem; zakładano i próbowano udowodnić „naukowo”, że „z natury” przybysze stoją niżej pod względem umysłowym niż Amerykanie anglosaskiego pochodzenia. Być może dlatego na „I wouldn't sell you to anyone” znajduje się monolog komiczny z akompaniamentem Orkiestry Witkowskiego, przypominający, że z amerykańskim snem różnie bywa: „A kiedy masz świadectwa z trzech uniwersytetów, to dadzą ci robotę do dojenia krów”. Ian Nagoski pisze też o oszustach naciągających emigrantów na gramofony i płyty w rodzimym języku za cenę niemożliwego do spłacenia kredytu.

Poza polonijną archeologią, warto zwrócić uwagę na składanki z punktu widzenia historii muzyki. Słychać na nich jeszcze rodzimą surową transowość i kontakt z tymi fragmentami przynosi najwięcej czysto muzycznej radości. Ale słychać też powoli, jak kształtował się styl polki chicagowskiej, znanej w USA jako „Polish polka” (bo przecież istnieją też inne warianty lokalne, słoweńsko- czy czesko-amerykański). Styl szybko ewoluował, muzycy z Chicago oprócz melodii ludowych grali standardy amerykańskie, starając się trafiać do różnej publiczności i polka unowocześniła się – pewne rudymentarne formy pozostały jednak w obiegu i pamięci. Już w USA urodził się późniejszy „the king of polka”, Mały Władzio, którego nagrania trafiały dzięki Polonii do powojennej Polski, a tam dystrybuowali je producenci pocztówek dźwiękowych. Oprócz nagrań tanecznych i rubasznych znalazła się tam pieśń nowiniarska („Senator Kennedy”), w Polsce zjawisko już wówczas nieistniejące. Ale dziedzictwo polonijnych nagrań sięga znacznie dalej: etnolożka Anna Kowalczyk przypisywała biesiadnym nagraniom grupy Polskie Orły współojcostwo gatunku disco polo – wspólnie z sentymentalnymi przebojami Janusza Laskowskiego, piosenką harcerską, italo disco i new romantic.

Olga Drenda

***

Więcej recenzji i felietonów - w naszych działach Słuchamy i Piszemy.

Czytaj także

Nieznana Barbara Jones

Ostatnia aktualizacja: 17.01.2019 09:00
Bywa, że nieoczekiwane koleje losu prowadzą nas meandrami i zawijasami z powrotem do jakiegoś punktu, w którym już wcześniej byliśmy...
rozwiń zwiń

Czytaj także

To, co zachwyca nawet Elvisa

Ostatnia aktualizacja: 07.02.2019 09:18
„Nie znam tytułu piosenki, która za mną chodzi, ponieważ usłyszałem ją w filmie już kilka tygodni temu..."
rozwiń zwiń