Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Awantury o marszówki

Ostatnia aktualizacja: 28.03.2019 08:20
To musiał być spektakularny widok: za stodołą dwóch facetów trzyma trzeciego do góry nogami i wytrząsa z niego moniaki. A stało się to w 1960 roku w Klwowie. 
Kapela Jana Michalskiego
Kapela Jana MichalskiegoFoto: z archiwum Andrzeja Bieńkowskiego

Ta dwójka to harmonista Jan Michalski i skrzypek Wacław Rek. A te moniaki wytrząsane z bębnisty to właśnie marszówka, czyli datki weselne dla kapeli, którymi ten nie chciał się podzielić.

W Rzeszowskiem marszówkę wrzucano do basów i na początku II Rzeczpospolitej, w czasie wielkiej inflacji, zapełniało to całe pudło instrumentu. To wtedy skonstruowano basy, które z tyłu miały drzwiczki do wyjmowania tych milionów marek. Andrzej Bieńkowski

O ile podział z honorarium za wesele początkowo był oczywisty: skrzypek i harmonista pół na pół, a bębnista trzeci grosz, o tyle marszówką dzielono się po równo. Ileż sprytu wykazywali muzykanci kombinatorzy, żeby ukryć przed kolegami kasę. Ukrywano marszówkę w butach, kieszeniach, w czapkach i w specjalnie wszytych schowkach, wszystko, żeby przechytrzyć kolegów o kilka złoty. Jak się sprawa wydała, tak jak w przypadku kapeli Michalskiego, to taki muzykant wylatywał z kapeli, a często koledzy spuszczali mu łomot.

Jedna z najbardziej okrzyczanych kapel radomskich lat 60. rozpadła się, kiedy legendarny (dziś) harmonista Latosek odmówił podzielenia się kasą ze skrzypkiem Janem Ciarkowskim. - Co mam się z tobą dzielić? To moja wieś, to mi dawali wrzutki (marszówkę - przyp. aut). - Ciarkowski pomyślał - Tak? To ja ci pokażę. I jak grali we wsi Ciarkowskiego, to on zebrał wrzutki. Latos po weselu mówi: – No podziel się kasą! A Ciarkowski na to: - Nie dzieliłeś się u siebie, to ja teraz też nie podzielę się z tobą!
Tego było już za wiele i kapela się rozpadła.

Gra warta była świeczki, bo z marszówki można było zarobić drugie tyle, co za wesele. Te wrzutki w okresach biedy mogły być skrętami papierosów wrzucanymi do efów basów, a nawet petami. Jan Ciarkowski, wybitny skrzypek, po ukończeniu 90 lat żył już w swoim świecie. Często odwiedzali go dawno już zmarli muzykanci. Toczył z nimi zażarte kłótnie o podział marszówek. Kiedy go chciałem odwiedzić, jego córka powiedziała mi, że „tatuś codziennie się kłóci ze sobą o pieniądze z wesela i tak bluźni, że aż się łyska”.

W Rzeszowskiem marszówkę wrzucano do basów i na początku II Rzeczpospolitej, w czasie wielkiej inflacji, zapełniało się tak całe pudło instrumentu. To wtedy skonstruowano basy, które z tyłu miały drzwiczki do wyjmowania tych milionów marek. Tradycyjny sposób dawania wrzutków do kieszeni widziałem na weselu córki Józefa Mety w 1986 roku. Niedawno byłem też na weselu córki śpiewaczki Marii Siwiec. Nad ranem kilku weselników zamówiło melodię u kapeli disco-polo, dając im wrzutki. A więc tradycja w narodzie nie ginie.

Andrzej Bieńkowski 

***

Więcej recenzji i felietonów - w naszych działach Słuchamy i Piszemy.

Czytaj także

Jak mówi ludowe przysłowie...

Ostatnia aktualizacja: 24.01.2019 09:00
"...gdy chłop baby nie bije, to jej wątroba gnije". Gdyby jednak zrobić prasówkę, okazałoby się, że najbardziej bije ją nie nasz i nie u nas, ale zagraniczny zagranicą, w kulturach obcych.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Muzyka dzieci

Ostatnia aktualizacja: 31.01.2019 09:00
Stary człowiek wpatrywał się uporczywie prawie niewidzącymi oczami. Rozmawialiśmy już ponad godzinę, ale dopiero teraz poruszyłem w nim bolesną strunę...
rozwiń zwiń