Odbywające się w połowie kadencji prezydenta wybory uzupełniające do Kongresu USA wygrała we wtorek Partia Demokratyczna.
Republikanie utracili większość w obu Izbach Kongresu, co sprawi, że Demokraci będą mogli blokować politykę wewnętrzną prezydenta Donalda Trumpa i wszczynać dochodzenia w sprawach działań amerykańskiej władzy wykonawczej.
Przedstawiciele Partii Demokratycznej będą reprezentować w Senacie nawet te stany, które były od dawna bastionami Republikanów, np. Karolinę Południową, Teksas czy Kansas.
Wykładowca na Baltic Defence College i redaktor naczelny portalu Defence24 dr Aleksander Olech ocenił, że wyniki wtorkowego głosowania w USA nie oznaczają końca rozmów o dużej amerykańskiej bazie w Polsce.
Nawet jeśli zapadłaby decyzja polityczna, przygotowanie i budowa trwałyby kilka lat, a baza mogłaby zacząć działać już po zakończeniu prezydentury Donalda Trumpa. Wiązanie jej losu z jednym głosowaniem jest więc mocno przedwczesne – mówi dr Aleksander Olech.
Ekspert przypomniał także, że w czasie administracji prezydenta Joe Bidena z Partii Demokratycznej po rosyjskiej inwazji na Ukrainę rotacyjna obecność amerykańskich wojsk w Polsce została zwiększona, a w 2023 roku utworzono stały amerykański garnizon.
O skali zaangażowania Amerykanów decydują przede wszystkim ocena zagrożeń i decyzje administracji, a nie wygrana Demokratów – mówi dr Aleksander Olech.
Zastrzegł zarazem, że Polska musi kontynuować rozmowy o bazie i obecności USA, traktując je jako wieloletnią pracę, także po odejściu prezydenta Trumpa.
Oprócz decyzji politycznej prezydenta Trumpa potrzebne jest jednak także finansowanie bazy, a ono – jak zaznaczył ekspert - zależy od Kongresu.
Szklarski przypomniał, że kiedy Polska wchodziła do NATO początkowo sceptyczny wobec rozszerzenia prezydent Bill Clinton także był po przegranych przez Partię Demokratyczną wyborach połówkowych z 1994 roku, ale mimo to doszło z Republikanami do porozumienia.
Ta decyzja o rozszerzeniu sojuszu nie podzieliła elity amerykańskiej, dlatego w sprawie bazy też nie należy bać się oporu Kongresu – mówi prof. Bohdan Szklarski.
Zapytany, do jakiego stopnia wtorkowa przegrana utrudni prezydentowi Trumpowi rządzenie, ekspert ocenił, że w sytuacji tak zdecydowanej dominacji Demokratów w obu izbach Kongresu prezydent będzie „kulawą kaczką” (ang. lame duck).
Wyjaśnił, że choć Trump będzie sprawował władzę jeszcze przez dwa lata, jego pozycja polityczna zostanie osłabiona i może dojść do paraliżu w podejmowaniu ważnych decyzji w polityce wewnętrznej.
Demokraci w Izbie Reprezentantów będą mogli np. blokować proponowane ustawy, w tym zmiany podatkowe i kwestie budżetowe. Z kolei Senat, który ma wyłączne prawo zatwierdzania nominacji sędziów federalnych, kandydatów do Sądu Najwyższego i członków gabinetu, będzie utrudniał obsadzanie tych ważnych stanowisk nominatami prezydenta.
Ekspert zastrzegł jednak, że w kwestii polityki zagranicznej – co ma znaczenie np. w relacjach z Polską - jest inaczej, bo formalne uprawnienia Kongresu do jej kształtowania nie są zbyt duże.
Dlatego spodziewam się, że prezydent Trump przeniesie swoją uwagę na sferę polityki międzynarodowej, w której będzie się mógł czuć swobodnie – mówi prof. Bohdan Szklarski.
Jak wyjaśnił, w polityce zagranicznej prezydent USA korzysta m.in. z prerogatywy głównodowodzącego, która nieprzypadkowo nie jest w USA precyzyjnie zdefiniowana, aby nie wiązać administracji rąk w kwestiach bezpieczeństwa narodowego.
W sprawach, w których prezydent powinien otrzymać wsparcie Kongresu Trump będzie zdaniem eksperta działał na zasadzie faktów dokonanych. – To będzie jego sposób zarządzania polityką zagraniczną – podkreślił Szklarski. Przypomniał, że tak było także do tej pory. Prezydent inicjował działania bez formalnej zgody Kongresu, a kiedy podnosił się krzyk, że to niezgodne z konstytucją, odsyłał sprawę do sądów.
Jak z kolei zauważył w analizie przedwyborczej dla amerykańskiego think tanku Council on Foreign Relations James M. Lindsay, Kongres ma silną pozycję w kwestiach polityki zagranicznej jedynie wtedy, kiedy prezydent potrzebuje działań ze strony władzy ustawodawczej. Tylko w takiej sytuacji to na prezydencie spoczywa ciężar uzyskania poparcia kongresmenów, o czym – jak przypomniał Lindsay - boleśnie przekonał się np. prezydent Woodrow Wilson, któremu z powodu oporu Kongresu nie udało się w 1918 roku wprowadzić USA do Ligi Narodów.
Amerykańskie wybory uzupełniające (ang. midterms) są powszechne i odbywają się w połowie czteroletniej kadencji urzędującego prezydenta. Są rodzajem referendum na temat pozycji prezydenta i siły partii rządzącej.
W USA partia sprawująca władzę w Białym Domu niemal zawsze traci w wyborach połówkowych, co komentatorzy nazywają „karą za połowę kadencji”.
Według analizy think tanku Brookings Institution spośród 22 wyborów przeprowadzonych w połowie kadencji od zakończenia II wojny światowej, w 20 przypadkach partia prezydenta traciła mandaty w Izbie Reprezentantów.
Wyjątek stanowiły jedynie wybory z lat 1998 (za kadencji Demokraty Billa Clintona) oraz 2002 (za kadencji Republikanina George’a W. Busha). W obu tych przypadkach ówcześni prezydenci mieli jednak bardzo wysokie poparcie, odpowiednio ok. 66 proc. i 67 proc., podczas gdy prezydent Trump miał przed wyborami jedynie 33-procentowe poparcie według sondażu IPSOS/Reuters.
PAP/IAR/pż