Wraz z przygotowaniami do przypadającego na 17 lutego Święta Wiosny, chińskie ulice i witryny sklepowe wypełniają się czerwonymi lampionami oraz wizerunkami galopujących koni. Wszędzie królują życzenia z „ma” – czyli „koniem” w języku chińskim – w roli głównej, mające zwiastować pomyślność i dynamizm.
Jednak w obliczu wysokiego bezrobocia wśród młodych, oscylującego w granicach 16–19 proc., obniżek płac oraz słabnącej siły nabywczej, noworoczne slogany i symbole zostały przez młodych zawłaszczone, by służyć do wyrażania frustracji, a nie nadziei i siły.
W przestrzeni publicznej i sieciach społecznościowych nie brakuje przykładów cynicznego lub nieświadomego umieszczania niejednoznacznych haseł, będących formą lubianej przez Chińczyków gry słów.
W ostatnich tygodniach popularność zyskało hasło „Wo ta ma lai le”. W zapisie znakowym oznacza ono poetyckie „przybywam, jadąc na koniu”, co idealnie wpisuje się w atmosferę Roku Konia. Jednak specyfika języka chińskiego sprawia, że za sprawą bliskoznaczności brzmień słowa te nabierają wulgarnego charakteru. Fraza „ta ma” stanowi bowiem trzon popularnego chińskiego przekleństwa.
Jak donosił na początku lutego pekiński dziennik „Xin Jing Bao”, jedno z centrów handlowych w Nankinie wyświetlało ten slogan na wielkich telebimach, co z czasem wywołało interwencję rodziców i władz. Właściciele tłumaczyli, że nie było w tym drugiego dna, choć ostatecznie usunęli reklamę.
Dla pokolenia Z gra słów stała się bezpieczną formą buntu. Młodzi Chińczycy w sieci coraz częściej określają się mianem „Niu Ma” (dosłownie „bydło-konie”), co w biurowym slangu symbolizuje status zwierzęcia pociągowego, od którego wymaga się bezwzględnego posłuszeństwa i siły fizycznej. Na platformie Xiaohongshu (odpowiednik Instagrama) hitem jest autoironiczna zabawa w „diagnozowanie” swojego stylu pracy.
Jedną z najpopularniejszych kategorii jest „Ma-serati” – obrazowana wizerunkiem konia w luksusowym samochodzie i opatrzona cierpkim komentarzem: „jeśli będę wystarczająco ciężko pracować, szef w końcu kupi sobie Maserati”. To już nie tylko żart, ale manifestacja skrajnego cynizmu wobec systemu, który przestał oferować realną premię za trud.
Tę zbiorową frustrację niespodziewanie ucieleśnił rynkowy hit z końca stycznia – „płaczący koń”. Czerwona maskotka, która w wyniku błędu pracownika szwalni zyskała wyraz głębokiego smutku zamiast radosnego uśmiechu, błyskawicznie obiegła internet. Właściciel firmy, Zhang Huoqing, wykazał się niezwykłym wyczuciem nastrojów: zamiast utylizować wadliwą partię, postawił na jej masową produkcję. W ten sposób pomyłka krawiecka stała się najbardziej trafnym symbolem nadchodzącego roku – roku, w którym dumni, galopujący bohaterowie propagandy zostają zastąpieni przez smutne, przepracowane „bydło-konie”.
Te trendy stoją w sprzeczności z oficjalną propagandą. Media państwowe forsują termin „duch smoka i konia” (Long-ma jingshen), mający mobilizować naród do realizacji celów 15. Planu Pięcioletniego, który zostanie ogłoszony w marcu. „Musimy galopować naprzód, by utrzymać tempo przemian” – brzmiało kluczowe przesłanie noworocznego orędzia chińskiego przywódcy Xi Jinpinga.
Nastroje pogarsza kontekst historyczny. Dla starszego pokolenia i historyków nadchodzący rok ma znacznie mroczniejsze konotacje, co także nie umknęło uwadze internautów. W mediach społecznościowych, mimo czujności cenzury, powracają dyskusje o cyklu „czerwonego/ognistego konia” (Chima), który przypada co 60 lat i zwiastuje wielkie niepokoje. Ostatni taki rok – 1966 – przyniósł początek rewolucji kulturalnej, dekadę chaosu, która zniszczyła tkankę społeczną Chin.
Historia nie powtarza się, ale często galopuje w tym samym rytmie – brzmiał jeden z usuniętych wpisów na Weibo (chiński odpowiednik platformy X), celnie zestawiający ówczesny chaos z dzisiejszym zwrotem Komunistycznej Partii Chin ku ideologicznej kontroli.
PAP/pż