Znaczenie ustawy będzie można lepiej ocenić w najbliższych dniach, gdy do Waszyngtonu przyjedzie przewodniczący Chińskiej Republiki Ludowej Xi Jinping. Jego wizyta potrwa od 23 do 25 września. Rozmowy z Trumpem mają dotyczyć przede wszystkim relacji gospodarczych. Zapewne pojawią się także kwestie bezpieczeństwa na Indo-Pacyfiku oraz wojny Rosji przeciwko Ukrainie.
Przy tym dla Trumpa moment jest akurat wyjątkowo trudny. Jego wojna z Iranem coraz bardziej komplikuje politykę zagraniczną USA i ogranicza pole manewru prezydenta. Wobec Rosji próbuje on odgrywać jednocześnie rolę dobrego i złego policjanta. Problem w tym, że trudno dostrzec w tej polityce jedną, konsekwentną strategię. Kreml tę niejednoznaczność wykorzystuje, podsuwając Trumpowi wizję przyszłych interesów i wielkich transakcji. Rosja ma przy tym prosty plan: przeczekać presję i dalej prowadzić wojnę.
Najpierw trzeba jednak odpowiedzieć na podstawowe pytanie: czym właściwie jest ustawa Grahama? Nie nakazuje Trumpowi automatycznego nałożenia nowych sankcji. Daje mu za to możliwość sięgnięcia po nawet 100-procentowe taryfy wobec największych nabywców rosyjskich surowców. Prezydent może więc użyć ich jako realnej broni gospodarczej, ale równie dobrze może trzymać je na stole i wykorzystywać jako kartę przetargową w rozmowach. Jak wyjaśniają amerykańskie centra analityczne, właśnie sposób wykorzystania tych uprawnień będzie teraz ważniejszy niż samo ich przyjęcie. Oprócz praktycznego zastosowania sankcji istnieje jeszcze jeddna możliwość: potraktować rosyjski wątek jako część szerszej polityki handlowej wobec Chin, Indii i innych partnerów USA. W takim układzie Rosja staje się nie tyle celem sankcji, ile narzędziem do wywierania presji na państwa trzecie.
Problem pojawi się w momencie, gdy Trump rzeczywiście zdecyduje się nacisnąć przycisk. 100-procentowe taryfy wobec Chin czy Indii mogą oznaczać nową eskalację napięć z tymi państwami, a ograniczenie rosyjskiego eksportu może podbić światowe ceny ropy. Dla Moskwy oznaczałoby to paradoksalną korzyść: część utraconych przychodów mogłaby zostać zrekompensowana wyższą ceną surowca. Dla Trumpa byłby to z kolei olbrzymi problem wewnętrzny, bo wzrost cen paliw szybko przekłada się na nastroje amerykańskich wyborców.
I właśnie dlatego ustawa Grahama jest przede wszystkim narzędziem presji, a nie automatycznym mechanizmem sankcyjnym. Trump dostał od Kongresu możliwość grożenia Chinom, Indiom i innym nabywcom rosyjskiej ropy wysokimi taryfami. Nie musi jednak robić tego od razu. Ostatecznie znaczenie ustawy zależeć będzie od tego, czy prezydent uzna, że warto zamienić przyznane mu uprawnienia w realne cła.
Osobnego spojrzenia wymaga związek ustawy Grahama z prowadzonymi przez Waszyngton rozmowami z Kijowem o ewentualnym rozejmie dotyczącym infrastruktury energetycznej.
Trudno zakładać, że kolejna, już mniej więcej ósma od początku prezydentury Trumpa, próba doprowadzenia Rosji i Ukrainy do politycznego dialogu tym razem przyniesie jakiś przełom. Kreml nie ukrywa, że uderzenia w ukraińską energetykę są jednym z elementów jego strategii. Dmitrij Pieskow mówił o niej wprost jako o „pięcie achillesowej” Ukrainy. Dla państwa prowadzącego wojnę na wyniszczenie infrastruktury przeciwnika ma podwójne znaczenie: ogranicza możliwości działania armii, ale jednocześnie utrudnia funkcjonowanie całego państwa. Rezygnacja z takiego instrumentu oznaczałaby więc dla Moskwy dobrowolne ograniczenie jednego z najważniejszych sposobów wywierania presji na Kijów.
W tym układzie Trump może próbować zwiększać stawkę, oferując Moskwie perspektywę przyszłej współpracy gospodarczej, ale nie oznacza to, że Kreml musi spieszyć się z zawarciem porozumienia. Rosjanie mogą przeciągać negocjacje, jednocześnie utrzymując presję militarną i sprawdzając, jak daleko prezydent USA jest gotów się posunąć. Skutecznie robią to od prawie 20 miesięcy, a w dodatku obrażają się na zanik „ducha Anchorage”, na istnienie którego powoływali się miesiącami. Coraz więcej jednak wskazuje, że Trump ponosi klęskę. Jeśli przegra nadchodzące midterms – a wiele na to wskazuje – będzie ograniczany przez opozycję w każdym swoim ruchu. To może równie dobrze zakłócić jego politykę zagraniczną, jak i eskalować konflikt wewnątrz USA.
Tymczasem wojna będzie trwać, rosyjskie drony odrzutowe będą ewoluować, a groźba kolejnych teatrów działań wojennych będzie wisiała nad Europą jak strzelba Czechowa.
Leon Pińczak, analityk Polityka Insight