Na początku marca w Moskwie zawiodły systemy płatności obsługujące elementy miejskiej infrastruktury. Problem dotknął nawet toalet publicznych. Zakłócenia objęły też usługi taksówkarskie, kurierskie czy carsharing. Uderzyły w mikroprzedsiębiorstwa funkcjonujące wyłącznie w oparciu o komunikację online. To na tym poziomie przeciętny użytkownik styka się dziś z polityką cyfrową państwa - nie jako sporem o wolność słowa, kategorię w rosyjskich realiach raczej abstrakcyjną, lecz zakłóceniem rutyny, wejściem rosyjskiego Lewiatana w życie konkretnej jednostki. W Moskwie wszystkie te ograniczenia pojawiły się w ramach testu tzw. białej listy: arbitralnego katalogu dozwolonych stron, zdominowanego przez zasoby państwowe i kanały propagandowe. W ten sposób Kreml rozpoczął drugą, równoległą wobec wojny w Ukrainie, kampanię przeciwko wolności.
Efekty szybko zaczęły uderzać w codzienne życie. Rosyjskie media opisują powtarzające się problemy z dostępem do podstawowych usług: nawigacji, zakupów online, komunikacji wideo czy platform rozrywkowych. W grudniu blokada popularnej gry Roblox wywołała nawet niewielkie protesty młodzieży na Syberii. Jak zwykle w Rosji Putina niezadowolenie nie jest artykułowane wobec władzy, lecz rozładowywane poprzez adaptację. Rosjanie improwizują: wracają do papierowych map czy kupują urządzenia działające offline, jak odtwarzacze muzyczne niewymagające dostępu do internetu.
Największą ofensywę urządzono przeciwko Telegramowi, który na obszarze posowieckim stanowi podstawowy środek komunikacji. Dotyczy to także wojska - rosyjska propaganda aktywnie z niego korzysta, a zbiórki na pomoc materialną dla żołnierzy prowadzone są właśnie tam. Celem jest eliminacja platformy pozostającej jednym z ostatnich względnie niezależnych kanałów informacyjnych. W jej miejsce Kreml promuje państwową „superaplikację” MAX. Formalnie ma ona integrować usługi publiczne i komunikację prywatną, w praktyce stanowi infrastrukturę nadzoru, zapewniającą służbom specjalnym de facto nieograniczony dostęp do aktywności użytkowników. Mimo kampanii PR i presji administracyjnej - także w szkołach i instytucjach publicznych - aplikacja pozostaje niepopularna, szczególnie wśród tych, którzy funkcjonują w paradygmacie selektywnego ignorowania „świata polityki” i próbują zachować resztki prywatnej autonomii.
Kolejny etap internetowej ofensywy już się zarysowuje. Wraz z ograniczeniami wobec Telegramu rośnie presja na VPN-y - narzędzia pozwalające maskować swoją lokalizację i tym samym omijać blokady. Z Dumy Państwowej płyną sygnały o „zagrożeniach” związanych z ich używaniem. Jednym z pomysłów deputowanych jest na przykład objęcie dostawców VPN systemem licencji wydawanych przez Federalną Służbę Bezpieczeństwa. Legalny dostęp do usług trafiałby pod pełną kontrolę państwa, a niezależni operatorzy byliby stopniowo eliminowani.
Budowa „Runetu” nie jest nagłym zwrotem, lecz konsekwencją procesu, który przyspieszył wraz z inwazją na Ukrainę w 2022 roku. Państwo rosyjskie systemowo ogranicza dostęp do globalnej sieci, równolegle dążąc do przejęcia pełnej kontroli nad przepływem informacji i usług. Sęk w tym, że taka polityka działa w dwie strony - każde kolejne ograniczenie zawęża pole manewru samego Kremla. Im bardziej system się zamyka, tym mniej ma narzędzi reagowania - zarówno na narastającą, choć wciąż podprogową frustrację społeczną, jak i na utrzymującą się stagnację gospodarczą.
W istocie chodzi jednak nie tyle o dalsze ograniczanie swobód, ile o próbę wymazania ponad trzydziestoletniego okresu funkcjonowania Rosji w pobliżu zachodnich norm i praktyk. Koncepcja „państwa-cywilizacji”, coraz częściej podnoszona przez rosyjskich intelektualistów i przenikająca do narracji Kremla, zakłada konieczność budowy własnej, odrębnej przestrzeni informacyjnej. W tym ujęciu „suwerenny” internet staje się warunkiem izolacji społeczeństwa od wpływów Zachodu i jego modelu wolności jednostkowych.
W efekcie domyka się nowa wersja umowy społecznej. Mniej wygody, mniej dostępu, więcej kontroli. W zamian - stabilność rozumiana jako brak alternatywy. A gdyby czara goryczy miała się przelać, do zabezpieczenia Lewiatana pozostaje aparat przymusu - na przykład Rosgwardia, wzmocniona ostatnio ciężkim sprzętem.
Leon Pińczak, analityk ds. bezpieczeństwa i spraw wschodnich w Polityce Insight.