„Człowiek o niezwykłym poczuciu humoru. Homo politicus, pacyfista, marzący o świecie bez granic. Samotnik, chłodny intelektualista, ale jednocześnie fighter, żywiołowy buntownik” - oceniła bohatera swej książki pt. „Słonimski. Heretyk na ambonie” (2012) Joanna Kuciel-Frydryszak.
„Antoni był człowiekiem wybrednym. Wybrednym także towarzysko. Uzbrojonym w zabójczy dowcip. To on przecież zdobył się na morderczą ripostę, kiedy zbliżył się do niego pewien krytyk proreżimowy i odezwał się z wahaniem: »Panie Antoni, pan mnie pewnie uważa za wielką świnię«. Na to Antoni: »O wielkości nie ma mowy«” - wspominał Tadeusz Konwicki, cytowany w tej książce.
Antoni Słonimski urodził się 15 listopada 1895 r. w Warszawie w zasymilowanej rodzinie żydowskiej. Jego dziad i pradziad, matematycy, współtworzyli żydowskie Oświecenie - haskalę. Ojciec, Stanisław, był znanym warszawskim lekarzem i społecznikiem - Bolesław Prus uwiecznił go w „Lalce” w postaci doktora Szumana. Antoni uczęszczał do kilku szkół, bowiem nauczyciele nie byli w stanie okiełznać oczytanego i pewnego siebie dziecka, ćwiczącego na nich swój złośliwy humor - z którego po latach będzie słynął. W końcu rodzina zdecydowała się na edukację domową. Słonimski nigdy nie zdał matury. Wcześnie poczuł powołanie artysty, ale na początku chciał być malarzem. Przełomem okazała się lektura sonetów Mickiewicza. „Złapałem poezję i literaturę, jak łapie się katar czy grypę” - wspominał poeta.
W 1918 roku znalazł się w grupie założycieli kawiarni literackiej „Pod Pikadorem”, w której młodzi poeci czytali swoje wiersze publiczności. Grupa poetycka, która tam powstała, złożona z Antoniego Słonimskiego, Juliana Tuwima, Jana Lechonia, Kazimierza Wierzyńskiego i Jarosława Iwaszkiewicza, miała przejść do historii jako Skamandryci. Poeci byli popularnymi postaciami przedwojennej Warszawy - stolik, przy którym urzędowali w kawiarni Mała Ziemiańska, był instytucją przedwojennego życia literackiego. Słonimski, choć uchodził za brzydala, romansował z najpiękniejszymi kobietami Warszawy - Marią Morską, Ireną Baruch, Anną Iwaszkiewiczową. Ożenił się z graficzką - Janiną Konarską.
Skamandryci stali się filarem „Wiadomości Literackich”, najważniejszego pisma kulturalnego dwudziestolecia międzywojennego. Słonimski publikował w nim reportaże, recenzje teatralne, żartobliwe omówienia grafomańskich tomików („Książki najgorsze”). Przede wszystkim jednak był, od 1927 roku, autorem stałego felietonu „Kronika tygodniowa”, od której to rubryki, drukowanej na ostatniej stronie „Wiadomości”, czytelnicy najczęściej zaczynali lekturę pisma.
Słonimski–felietonista doprowadzał do białej gorączki tak samo narodowców i członków ONR-Falanga, jak i przedstawicieli sanacji czy sympatyzujących z komunizmem, zarówno katolików, jak i Żydów. W jednej z „Kronik”, polemizując z zarzutem, że nikogo nie chwali, napisał: „Nie mam w tym żadnej kalkulacji, ale nawet z punktu widzenia interesu bardziej się opłaca zjechać niż pochwalić” „Pochwalę np. sztukę p. X . Zyskam sobie przez to wrogów we wszystkich jego kolegach i konkurentach, a on sam będzie miał pretensję, że nie dość go pochwaliłem. Natomiast gdy zerżnę p. X, ucieszę tym wszystkich jego przyjaciół, rozraduję konkurentów, a wroga będę mieć tylko w jednym panie X” - wyjaśnił.
O komedii Sardou „Ćwiartka papieru” napisał: „To była rolka”. Pewna farsa w Teatrze Nowym doczekała się recenzji: „Ta wstrząsająca tragedia serc ludzkich opowiedziana jest z lekkością i błyskotliwością, jaką odznacza się nocnik wyrzucony na śmietnisko. Lekkie to, ma połysk, ale usiedzieć już na tym nie sposób”. Demonstracyjnie chwalił suflerów za dykcję, a aktorki za urodę (próbka: „Panie Brydzińska, Modzelewiczowa i dekoracje – bardzo ładne”), czasem zaś zamiast recenzji ukazywał się po prostu złowrogi podpis „a.s.”. Oznaczało to, że zdaniem Słonimskiego, nie warto nawet drwić z takiego spektaklu.
Wbrew zadeklarowanej - w przywołanym wyżej felietonie - postawie potrafił jednak wystąpić w obronie Stefana Wiecheckiego-Wiecha, gdy do „Wiadomości Literackich” za rok 1938 zgłoszono „Syrenę w sztywniaku” co wywołało zgorszenie niektórych jurorów. Jarosław Iwaszkiewicz określił to „karygodnym obniżeniem poziomu” wyróżnienia, natomiast Julian Tuwim, asekurując się, jako „entuzjasta tego świetnego humorysty”, ocenił, iż uznanie tomu Wiecha za najwybitniejszą książkę roku „źle by świadczyło o stanie naszego piśmiennictwa”.
„Usiłuje się tu zawstydzić nas postawieniem kandydatury Wiecha” – odpowiedział Słonimski. „Wiech jest przyjazny człowiekowi. Potrafił przybliżyć nam i rozpogodzić ulicę i utrwalić gwarę warszawską. Wśród książek zgłoszonych do nagrody niejedna ma poważniejsze zamierzenia. Wolę książkę, która ma niepoważne zamierzenia i poważne osiągnięcia, od dzieł, które mają poważne zamierzenia i niepoważne osiągnięcia. Wiem, że kandydatura Wiecha budzi snobistyczne zastrzeżenia, ale nie przeszkadza mi to uważać go za prawdziwego artystę” - podkreślił.
„Bóg mi powierzył humor Polaków” - wyjaśnił Słonimski w jednym z felietonów, w których komentował wydarzenia kulturalne i polityczne. W latach 30. dużo pisał o faszyzmie, który uważał za największe zagrożenie dla Europy. Gdy zaprzyjaźniony z nim Ferdynand Goetel opublikował książkę „Pod znakiem faszyzmu” (1938) Słonimski zaczął nazywać go „Goetelsem” (od Josepha Goebbelsa), ale sytuacja szybko przestała być zabawna - endeccy publicyści zaczęli wykluczać pisarzy żydowskiego pochodzenia z grona Polaków. Po opublikowaniu jednego ze swych najważniejszych wierszy „Dwie ojczyzny” - w którym chwalił patriotyzm „jagielloński”, otwarty na różnorodne postawy, narodowości i wyznania - Słonimski został 13 stycznia 1938 r. w kawiarni Ziemiańska dwukrotnie spoliczkowany przez endeckiego dziennikarza Zygmunta Ipohorskiego, który - jak podał „Kurier Poznański” - uznał ten utwór za „znieważający Polskę”.
„Endeckie pisemka do tego stopnia opanowane są obłędem antysemickim, że zmiana mapy Europy staje się małym dodatkiem do wyrzucenia Żydów ze szpitali, uniwersytetów, teatrów czy pism wiedeńskich” - napisał Słonimski w artykule pt. „Europa zdradziła Wiedeń” 27 marca 1938 roku; dwa tygodnie po Anschlussie Austrii przez niemiecką Trzecią Rzeszę. „W »Słowie« wileńskim jakiś rozradowany felietonista pisze, że w Wiedniu »Żydy płaczą jak porzucona przez strażaka kuchta«. Wśród tych »kucht« są przecież nazwiska uczonych o sławie i znaczeniu wszechświatowym. Nie porzucił ich ۥ»strażak«, ale porzuciła Europa i cywilizacja, której wiernie służyli. Wiedeń nie jest zamieszkany wyłącznie przez Żydów. Losy wszystkich patriotów austriackich, wszystkich przeciwników faszyzmu i hitleryzmu, wszystkich niemal katolików budzić muszą głęboką troskę” - ocenił.
Po wybuchu wojny Słonimski przedostał się do Rumunii, a stamtąd do Paryża. W wydawanych przez Mieczysława Grydzewskiego emigracyjnych „Wiadomościach Polskich” ukazał się najbardziej znany wiersz Słonimskiego „Alarm”. Dotarł on do okupowanego kraju drogą radiową, a wydrukowany w konspiracyjnym piśmie „Polska Żyje”, stał się swoistym hymnem walczącej Warszawy. W 1940 roku, po upadku Francji, Słonimski przeniósł się do Londynu - był wiceprezesem polskiej sekcji Pen-Clubu i z jego ramienia występował do władz ZSRS o uwolnienie z łagrów polskich pisarzy oraz apelował do aliantów o pomoc dla powstańczej Warszawy. Po wojnie Słonimski pozostał w Anglii, jako kierownik międzynarodowej sekcji literatury i teatru UNESCO.
Koniec wojny postawił go w sytuacji najtrudniejszego życiowego wyboru: czy pozostać na Zachodzie bez więzi z polskim środowiskiem, czy popierać Polskę, która odbudowuje się pod kontrolą ZSRS?… W 1948 r. odwiedził Polskę jako uczestnik Światowego Kongresu Intelektualistów w Obronie Pokoju we Wrocławiu. W 1951 r. wraz z żoną wrócił do Warszawy - zamieszkał przy Alei Róż. Poprzez pierwsze lata w kraju pisał niewiele, a kolejne zbiorowe wydania wierszy poszerzał jedynie o utwory chwalące władzę ludową. Z tego czasu pochodzi m.in. artykuł „Odprawa” („Trybuna Ludu”, 4 listopada 1951) który piętnuje podjętą przez Miłosza decyzję o emigracji. W 1955 r. Słonimski podpisał „Apel 48”, wzywający do powrotu polskich emigrantów. Sytuacja zmieniła się w 1956 r., kiedy to poeta został wybrany na stanowisko prezesa Związku Literatów Polskich. Objęcie funkcji zbiegło się ze zmianami politycznymi w PRL i popaździernikowymi nadziejami. Słonimski wykorzystywał swoją pozycję do walki o prawa twórców. Choć prezesurę sprawował jedynie do 1959 r., swą postawą sprawił, że uważano go odtąd za autorytet moralny.
Słonimski bywał ostrym komentatorem rzeczywistości, a jego opinie, wygłaszane przy stolikach m.in. w kawiarni PIW-u na Foksal albo w kawiarni Czytelnika na Wiejskiej, obiegały całą Warszawę. Słynne były jego bon moty, jak ten o Pałacu Kultury i Nauki, który określił jako rzecz „małą, ale gustowną”, czy też porównanie komunistów do mitycznego władcy: „Oni są jak Król Midas tylko na odwrót. Czego król Midas dotykał, to zamieniało się w złoto, czego oni dotkną – zamienia się w g…”. Słynny jest też komentarz Słonimskiego do przemówienia Gomułki w 1967 r., w którym ten oskarżył Polaków żydowskiego pochodzenia o sympatyzowanie z Izraelem w wojnie izraelsko-arabskiej. Słonimski pytał wtedy: „Ja rozumiem, że Polak może mieć tylko jedną ojczyznę, ale dlaczego to ma być Egipt?…”.
Zaprzyjaźniony z opozycjonistami, przede wszystkim Janem Józefem Lipskim i Adamem Michnikiem, który od 1969 r. był sekretarzem Słonimskiego - popierał ich działania i sygnował na ich prośbę szereg petycji. Zredagował, podpisał i zaniósł do premiera Cyrankiewicza m.in. „List 34” (1964) - protest środowisk intelektualnych przeciw cenzurze i ograniczeniu papieru na druk książek. Akta SB dotyczące Słonimskiego liczą 12 tomów. W ostatnich latach życia poeta był inwigilowany permanentnie, a tajniacy zapisywali nawet fakt, że zakupił w sklepie ciasteczka i czekoladowego Mikołaja.
Przed wojną w imię racjonalizmu Słonimski krytykował ortodoksyjnych Żydów. Po latach, w 1968 roku, na fali antysemickich czystek, Władysław Gomułka przywołał jego felieton, w którym napisał, że zazdrości Żydom poczucia tożsamości, bo sam nie wie, kim jest. I sekretarz napominał: „niech pan się zastanowi, kim pan jest”. Słonimski odpowiedział w nigdy niewysłanym liście odnalezionym w archiwum pisarza: „Jestem pisarzem polskim. Jestem Polakiem i to dość maniakalnym”.
Zmarł 4 lipca 1976 r. w wyniku obrażeń odniesionych w wypadku samochodowym. Został pochowany obok zmarłej rok wcześniej ukochanej żony na cmentarzu w Laskach pod Warszawą. W testamencie prawa autorskie do swych utworów zapisał Zakładowi dla Niewidomych w Laskach.
Tadeusz Konwicki, któremu w spadku Słonimski zapisał telewizor, nie był zdziwiony, gdy podczas pogrzebu trumna z ciałem przyjaciela nie chciała się zmieścić do grobu i trzeba było poszerzać dół. „Był większy, niż przewidywały normy. Ale ja o tym wiedziałem” – powiedział.
Antoni Słonimski odszedł kilka dni po czerwcowych protestach robotniczych 1976 roku - nie doczekał końca Peerelu, ale jak mało kto, trafnie ten koniec przewidział, pisząc: „Polska to taki dziwny kraj, w którym wszystko jest możliwe, nawet zmiany na lepsze”.
PAP/ks