X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem

Ocalenie Antona Pietrowicza

Ostatnia aktualizacja: 20.05.2015 13:00
I niechaj Jadzia nie drży! Spokojnie, spokojnie. Może Jadzia fałszować śmiało. To nie grzech. Ba, to nawet wskazane. Można być błędnym i słabym. Zwłaszcza, że i tak raczej nie będzie się innym.
Ocalenie Antona Pietrowicza
Foto: skeeze/pixabay/CC

Kto zacznie? Bas z brodą po pas? Zapałczano cienki tenor? Baryton postawny, szalenie męski, o karku rozległym, byczym? A może kontratenorek, w garderobie dowcipnie przez kolegów zwany Jadzią? Kto pierwszy stanie na scenie i otworzy seans? Choćby tym.

„Nie załatwimy się szybko z historią Hansa Castorpa. Nie starczy na nią ani siedmiu dni, ani nawet siedmiu miesięcy. Najlepiej nie zakreślać sobie z góry, przez jak długi okres czasu ziemskiego ma nas ona trzymać w swych więzach. Chyba, na miłość Boską, nie potrwa to aż siedem lat! Tak więc zaczynamy.”

No - kto? Jakim głosem śpiewać te zdania, nie budząc na widowni zdumienia, mimo wszystko nieuchronnego jednak, zdumienia, że się je wyśpiewuje publicznie, a nie czyta się ich o zmierzchu, milcząc u siebie przy biurku, kiedy w domu, Boga chwalić - żywego ducha? Jakim głosem i jak? Presto? Prestissimo? A może odwrotnie – najwolniej pod słońcem? Blisko szeptu? Z delikatnością? Czy też mocno i najgłośniej, z przytupem? No jak? Jak śpiewać to i cokolwiek innego z mniej więcej 1200 stron prozy legendarnej? Choćby ten kawałek w ciemno wyłuskany ze środka 159 strony tomu drugiego.

„Hans Castorp, rozgorączkowany i wyczerpany mrozem i roztrząsanymi zagadnieniami, nie zdając sobie sprawy, czy w podnieceniu swym nie wyraża się w sposób niezrozumiały lub zbyt śmiały, wyznał niepewnymi wargami, że zawsze wyobrażał sobie śmierć w hiszpańskiej nakrochmalonej kryzie, a w każdym razie w rodzaju munduru z „vatermörderami”, a natomiast życie w zwykłym, nowoczesnym małym kołnierzyku... Ale sam się przeraził swych słów, tchnących nierealnym marzycielstwem i towarzysko niewłaściwych, i zapewnił, że nie to chciał powiedzieć.”

Jak to zaśpiewać? Jak i jakimi głosami wyśpiewać resztę biednych, nieuchronnie nielicznych strzępów, które będzie trzeba wyłuskać z 1200 stron, bo przecież nie sposób w jednym podejściu wyśpiewać wieczorem naraz wszystkich 1200 stron? Jak, w ciemnej tonacji moll czy w jasnym dur, zaśpiewać w teatrze „Czarodziejską górę” Tomasza Manna, która, nie licząc garści fundamentalnych dialogów, jest w istocie kolosalnym masywem monologu widmowego narratora, „Ducha Opowieści”, jak go Tomasz Mann nazwał w prologu „Wybrańca”? Czy w ogóle będzie on na scenie ucieleśniony? Ten Duch. Będzie miał głos i jaki głos? I niebawem, któregoś czerwcowego wieczoru, zacznie na premierze śpiewająco snuć lekko oniryczną, nadziemną historię paru indywiduów, w ekskluzywnym sanatorium dla gruźlików w alpejskim Davos skazanych na smakowanie spowolnionego czasu, wysychanie własnych ciał i czekanie senne? Czy tak? Będzie na scenie ten, bez którego nie ma „Czarodziejskiej góry”?

W głowie się nie mieści, że o takie sprawy pytam, lecz jak nie pytać, skoro padł nie mieszczący się w głowie pomysł przemienienia legendarnej powieści Tomasza Manna, będącej zawrotnym synonimem samotnego czytania w milczeniu - w operę? Tak, w odwieczną powagę, w dostojność, w sążnistość opery, z godnością słuchanej tłumnie. Więcej powiem – z końcem czerwca marzenie to karkołomne ma się ziścić. Michał Merczyński, dyrektor Malta Festival Poznań, reżyserię zaproponował Andrzejowi Chyrze, ulepienia libretta z 1200 stron podjęła się Małgorzata Sikorska-Miszczuk, muzykę zaś – w sumie nut na marne dwie godziny i dwadzieścia minut, nie więcej – skomponował Paweł Mykietyn. Ot, Wielki Kanion Kolorado – jako poważne, dostojne, sążniste pudełko zapałek. Nie, że w głowie się to nie mieści – nie po to mówię, by kpić. Po prostu się nie mieści, bez żadnych podtekstów. Na podszewce mych pytań nie czai się jakieś tanie szyderstwo, nie syczy tam ironia. Niczego z góry nie zakładam, niczego nie wieszczę pytyjską intonacją, za Chyrę kciuki trzymam najmocniej. Pytam nie po to, by przed czasem zabić. Pytam, o Ducha Opowieści pytam, bo lękam się, że go nie będzie w ogóle. I co wtedy? Co zostanie? Pytam trochę panicznie, gdyż boje się, że z „Czarodziejskiej góry” ostanie się to, co fundamentalnie rozwścieczyło ongiś Vladimira Nabokova. Marmur Ideologii. Głaz Karcącego Przesłania. Monument Troski O Losy Europy.

Zapewne przydarzy się trochę lekkości. Jedna, dwie scenki z cygarami firmy Maria Mancini jako rekwizytami naczelnymi. Albo słodko-gorzki obrazek lekcji fachowego zawijania się koc przed obowiązkowym leżakowaniem na tarasie. Może się zaśmiejemy, kiedy pani Stöhr (mezzosopran?) piać będzie wspomnienia o cudzie rybnych sosów. Jako starzy wytrawni kobieciarzy, co nie takie dziwy odstawiali w realu, z politowaniem głowami pokiwamy nad dziecinadą romansu skośnookiej pani Chauchat (czyżby alt?) i Hansa Castorpa (tenor może?), po francusku dzierganym na kanwie ołówka. Nie tego, rzecz jasna, się lękam. I nawet nie bezlitośnie ciemnych fraz doktora Behrensa, chłodnego cynika śmierci. Nie. Lękam się spiżowych, monstrualnych duetów ideologicznych, gigantycznie śpiewanych przez wrogów śmiertelnych, egzaltowanego liberała Lodovica Settembriniego (zapewne tenor) i wyrachowanego jezuitę Leona Naphtę (niechybnie bas), którzy dysputami walcząc o duszę i mózg Hansa Castorpa, w istocie walczą o przyszłość Europy, o życie jej lub śmierć, ba, o życie lub śmierć świata całego, amen. Odśpiewania Marmuru Wielkich Idei, skandowania Strzelistej Filozofii, słowem – Patosu Opery Pouczającej Z Miną Marsową się boję. Tych powtarzających się, napuszonych retorycznych pojedynków Oświecenia ze Średniowieczem, na czele z pojedynkiem finałowym, już nie retorycznym a realnym, kiedy to na zimowej polanie Oświecenie i Średniowiecze mają do siebie z belgijskich browningów strzelać o świcie. I strzelają. Tyle że szlachetne Oświecenie wypala w niebo, zaś bezlitosne Średniowiecze – w skroń własną. Niech będzie pochwalony koturn nad koturnami! Tak, potwornie się boję, że kiedy u Chyry zobaczę ten do granic wytrzymałości słów rozdymany szlachetnością balon – na kolana padnę, albo nawet krzyżem. Boje się tego i ze środka bojaźni pytam cicho: a może by ktoś w finale operowej „Czarodziejskiej góry” znienacka zanucił, koniecznie kontratenorem, frazę z zupełnie innej bajki, wspomnienie finału innego pojedynku, pojedynku operetkowego, zdanie: „Tenor Sobinow gruchnął kiedyś na ziemię tak realistycznie, że pistolet wyleciał mu z ręki i wpadł do fosy dla orkiestry”?

Nie czas i miejsce, by streszczać Nabokova brak litości wobec Tomasza Manna, wobec każdej napuszonej literatury Wielkich Idei. Niech wystarczy, że chyba w 1926 roku, ledwie dwa lata po ukazaniu się w druku „Czarodziejskiej góry”, stworzył opowiadanie „Sprawa honoru” – pastisz genialny, finezyjną parodię literackich portretów Wielkich Pojedynków W Obronie Wielkich Idei, tych fatalnych portretów, w których zdycha literatura a łeb podnosi tak zwana Potężna Kwestia Ogólnoludzka, Troska O Los Bliźniego.

Oto Berlin. Pulchny, krótkonogi Anton Pietrowicz wraca do domu grubo przed czasem. W sypialni – roznegliżowany jego przyjaciel Berg, w łazience – kąpiel bierze Tatiana, żona Antona Pietrowicza, najwyraźniej nasycona. Co robić? Anton Pietrowicz, jak zwyczaj nakazuje, ciska w twarz Berga rękawiczką, tyle że rękawiczka ląduje w dzbanie na wodę. Ale mimo tego fiaska trzeba się będzie z Bergiem strzelać na polanie, browningami, jak u Tomasza Manna. Sekundanci Antona Pietrowicza? Pijaczkowie Gnuschke i Mitiuszyn – indywidua fantastycznie karykaturalne. Dalej – noc przed porankiem, kiedy trzeba będzie stanąć na polanie. Anton Pietrowicz nie może spać. Nigdy nie strzelał, chce żyć. Strach gęstnieje. W domowych sprzętach, w kruszejącym rozsądku, w pamięci o dawnym śmiesznym gruchnięciu tenora Sobinowa i locie pistoletu do fosy dla orkiestry, we wszystkim Anton Pietrowicz docieka pocieszeń, znaków. „Próżno szukał spokoju – powiada Nabokov, albo Duch Opowieści. – Raz po raz działo się coś dziwnego: tytuł książki, którą trzymał w ręku – powieści jakiegoś tam niemieckiego pisarza – brzmiał Czarodziejska góra, a góra to po niemiecku Berg”. Świt. Trzeba się zbierać, jechać. I jadą: on i skacowani sekundanci. W gospodzie pod lasem wstępują na piwo. Anton Pietrowicz musi do toalety. Idzie, lecz już nie wraca. Mija toaletę i tylnymi drzwiami gospody – na świeże powietrze czmycha. Biegnie. Ucieka przez las. Po godzinie, po dwóch godzina kluczenia – stacyjka podmiejska. Wraca do Berlina. Trzeba się ukryć, przeczekać wstyd. Nic nie znaczący, trzeciorzędny hotelik, żałosny pokój. Ocalenie. Duch Opowieści rzecze: „Usiadł na łóżku, zdjął buty, z ulgą poprzebierał palcami stóp i zauważył, że na pięcie ma bąbel, a w odpowiadającym mu miejscu w skarpetce – dziurę”. Tak, ocalał. Dzwoni, żeby zamówić kanapkę z szynką. Bo żyje. To wszystko. Nic więcej. Mało?

Może by tak więc przekłuć operę - operetką? Może by tak prawdopodobny patos – i niech to będzie propozycja dla wszystkich nadwiślańskich teatrów, które mozolą się wytwarzaniem scenicznego Ołowiu Wielkich Palących Idei – wziąć w miękki nawias parodii patosu? Może by po prostu na drugi dzień po czerwcowej premierze operowej „Czarodziejskiej góry” w reżyserii Andrzeja Chyry - na tej samej scenie dać wieczorem premierę operetki wg „Sprawy honoru” Vladimira Nabokova? By lżej było na świecie, czyli na powrót normalnie. Mam reżysera! Bill Murray, aktor, jak Chyra. Postać o oczach zrobionych z ironii tak czystej, tak ludzkiej, że mięknie przy nich nawet „Brama piekieł” Augusta Rodina. Więc?

Wpierw operowy Tomasz Mann, dobę później – operetkowy Vladimir Nabokov. Zaszkodziłoby komuś takie banalne przywrócenie równowagi na ziemi? Zaszkodziłoby komuś zobaczyć, jak scena powoli ciemnieje, kiedy kanapka z szynką jest już zamówiona, i usłyszeć, jak nieodzowny Duch Opowieści – koniecznie kontratenor Jadzia! – dobę po tym, kiedy na tej samej scenie heroiczne Oświecenie strzeliło w niebo, fundamentalne Średniowiecze zaś sobie w skroń, wyśpiewuje na proscenium ostatnią frazę opowieści o wstydliwym ocaleniu Antona Pietrowicza.

„Kiedy pokojówka postawiła talerz na stole, rozmyślnie go zignorował, lecz gdy tylko drzwi się zamknęły, oburącz chwycił kanapkę, natychmiast usmarował sobie palce i podbródek wystającą obwódką tłuszczu i zachłannie postękując, zaczął jeść”.

I niechaj Jadzia nie drży! Spokojnie, spokojnie. Może Jadzia fałszować śmiało. To nie grzech. Ba, to nawet wskazane. Można być błędnym i słabym. Zwłaszcza, że i tak raczej nie będzie się innym.

Paweł Głowacki

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak

Czytaj także

Arytmetyka pokory

Ostatnia aktualizacja: 22.04.2015 16:45
Za przestawienie słów – czterdzieści przysiadów. Za dopisanie czegoś od siebie – do rana klęczenie na grochu w kącie i trzymanie wysoko nad głową wielkiego kartonu z autorefleksją: „Jestem młodszy oraz głupszy. Zapamiętać. Nie zapomnieć. Amen.”
rozwiń zwiń

Czytaj także

Nie ma nikogo

Ostatnia aktualizacja: 29.04.2015 17:15
Możliwe, że Macieja Wojtyszki „Dowód na istnienie drugiego” jest w istocie dowodem na realne istnienie jedynie własnej samotności. I żeby tylko w kwestiach spiżowych, w rojeniach, tęsknotach, planach migotliwych! Ale nie.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Czekając na trzecią "Melancholię"

Ostatnia aktualizacja: 05.05.2015 15:00
Ruda, rozchichotana, przystawiła główkę do kości końskiego łba i na żółtej żuchwie całus składała, krucza zaś, też rozchichotana, strzelała jej fotki komórką. Tyle miał im Kantor do powiedzenia.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Człowiek, który idzie

Ostatnia aktualizacja: 13.05.2015 16:49
„Cisza to echo rzeczy”, powiada jeden z włóczęgów w „Molloyu”. Przez sto minut „Wydalony” niespiesznie kolebie się na tych czterech słowach pamiętnych. Człowiek, który idzie, słucha echa rzeczy. Aż na tafli jeziora znów jest tylko tafla jeziora.
rozwiń zwiń