Wysłuchaj rozmowy w audycji "Poranek Dwójki" >>>
W setną rocznicę urodzin Milesa Davisa muzycy jego legendarnego zespołu z początku lat 80. spotkali się ponownie na trasie We Want Miles, oddając hołd jednemu z najważniejszych artystów w historii jazzu. Przed warszawskim koncertem z Marcusem Millerem rozmawialiśmy nie tylko o współpracy z Davisem, lecz także o muzycznym Nowym Jorku lat 70. i 80., poszukiwaniu własnego brzmienia oraz przyjaźni z Michałem Urbaniakiem.
W poszukiwaniu własnego głosu
Marcus Miller zaznaczył, że od początku posiadanie własnego brzmienia było dla niego niezwykle ważne. Bardzo intensywnie go poszukiwał. - Dorastałem w otoczeniu świetnych młodych muzyków i każdy z nas starał się jak najszybciej wypracować własny styl. Byliśmy dumni z tego, że wystarczyło podejść pod klub i jeszcze przed wejściem rozpoznać, kto jest na scenie. Ktoś mówił: "To Tom na trąbce", ktoś inny: "A to Marcus na basie" - mówił.
Przez długi czas artysta grał wyłącznie na jednym instrumencie – Fenderze Jazz Bass. Był wierny instrumentowi. - Jeśli czegoś nie dało się na nim zagrać, po prostu tego nie grałem. Nigdy nie sięgałem po inny instrument tylko dlatego, że oferował jakieś dodatkowe możliwości - dodał.
Czytaj także:
Gdy zadzwonił Miles Davis
Gość Dwójki po raz pierwszy spotkał się z Milesem Davisem podczas sesji nagraniowych do albumu "The Man with the Horn" w 1981 roku. Był to moment szczególny – wielki powrót artysty po pięcioletniej przerwie. - Miles praktycznie zniknął. Nikt nie wiedział, co robi. Nie byliśmy nawet pewni, czy nadal gra - wspominał Marcus Miller.
W tamtym czasie Davis poznał Billa Evansa. Spędzali ze sobą mnóstwo czasu – chodzili do klubów, na siłownię, przyjaźnili się. - Miles jeszcze nie zdecydował wtedy, czy wróci na scenę, ale kiedy w końcu postanowił stworzyć nowy zespół, zapytał Billa, których młodych muzyków warto zaprosić. Bill polecił mnie jako basistę. Tak otworzyły się przede mną drzwi do wielkiego świata - zaznaczył Marcus Miller.
- Miles zadzwonił do mnie zaledwie dwie godziny przed nagraniem i zapytał: "Możesz przyjechać do Columbia Studios?". Najpierw chciałem się upewnić, że naprawdę rozmawiam z Milesem Davisem. Słyszałem pogłoski, że wraca, ale trudno było mi w to uwierzyć. Odpowiedział tylko: "Oczywiście, że to ja. Przyjedziesz czy nie?". Powiedziałem: "Jasne". Przyjechałem wcześniej i czekałem. Potem Davis wszedł do studia. To niezwykłe uczucie zobaczyć, jak do sali wchodzi ktoś, kto jest żywą legendą - wspominał Marcus Miller.
Lekcje od Michała Urbaniaka
Album "Tutu" to jedyna płyta Milesa Davisa, na której wystąpił także polski muzyk – Michał Urbaniak. - Grałem w jego zespole przez dwa albo trzy lata, jeszcze zanim trafiłem do Milesa Davisa. Miałem wtedy siedemnaście czy osiemnaście lat. Michał miał niezwykły talent do organizowania koncertów i potrafił otwierać przed nami kolejne drzwi. Graliśmy w najważniejszych miejscach miasta, jeździliśmy razem w trasy - mówił Marcus Miller.
- Michał wniósł do naszej muzyki coś zupełnie nowego. Dorastaliśmy w Nowym Jorku i wcześniej nie mieliśmy kontaktu z muzyką opartą na polskiej rytmice. Pamiętam, że mówił: "To bardzo proste", a ja odpowiadałem: "Michał, nawet nie wiesz, jak bardzo się mylisz" - dodał.
Gra u Michała Urbaniaka była dla Marcusa Millera czymś w rodzaju uniwersytetu. - Pewnego dnia Miles oglądał "The Tonight Show" i zobaczył w nim polskiego skrzypka. Zadzwonił do mnie i powiedział, że chce, aby Urbaniak u niego zagrał. Natychmiast zadzwoniłem do Michała. Powiedziałem tylko: "Potrzebuję cię tutaj". Zapytał: "Po co?". Odpowiedziałem: "Miles Davis chce z tobą zagrać". Praktycznie nie zdążyłem dokończyć zdania, bo Michał był już w taksówce. Byłem tylko posłańcem dobrej nowiny. Michał był moim przyjacielem przez całe życie. Utrzymywaliśmy kontakt przez wiele lat - powiedział Marcus Miller w rozmowie z Andrzejem Zielińskim.
***
Przygotowanie: Andrzej Zieliński
Gość: Marcus Miller (kompozytor, basista, producent)
Data emisji: 10.07.2026
Godzina emisji:
Materiał wyemitowano w audycji "Poranek Dwójki"
Opracowanie: Oskar Łapeta