Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Paradoksy Festiwalu w Kazimierzu

Ostatnia aktualizacja: 02.09.2021 15:00
Pierwszy można nazwać paradoksem założycielskim. Jeden z twórców (obok lubelskich regionalistów i ambitnych działaczy kultury) Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu, a z perspektywy kuratorskiej można powiedzieć, że jego ojciec – nieżyjący już Włodzimierz Dębski – mówił: „Stworzyłem zasady kazimierskiego Festiwalu”, a zarazem twierdził, że „Folklor, którym się tylu zachwyca, okazuje się po głębszej analizie lipą, chałą bez jakichkolwiek wartości kształcących. Co najwyżej można go jeszcze gorzej wykonać. Parę bab pojęczy sobie, popiszczy. Nikomu to nic nie da”.
Kazimierz Dolny, 28.08.2021. Regina Wróbel z Osmolic podczas Ogólnopolskiego Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych, 28 bm. w Kazimierzu Dolnym. Trwają przesłuchania konkursowe kapel z poszczególnych regionów Polski.
Kazimierz Dolny, 28.08.2021. Regina Wróbel z Osmolic podczas Ogólnopolskiego Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych, 28 bm. w Kazimierzu Dolnym. Trwają przesłuchania konkursowe kapel z poszczególnych regionów Polski. Foto: PAP/Wojtek Jargiło

Dębski (pianista, kompozytor, malarz, żołnierz AK, pedagog muzyczny; notabene nie ma swojego biogramu w Wikipedii) słynął z ciętego języka i nawet własne utwory gotów był określać mianem „knotów”. Jego refleksja może wydać się bardzo powierzchowna, żeby nie powiedzieć prymitywna, o mnóstwie świetnej muzyki ludowej nie miał pojęcia, można powiedzieć jednak z pewnością, że jak mało kto poznał folklor muzyczny Lubelszczyzny (dużego i w ogromnej mierze rolniczego wtedy regionu), obcując z nim na żywo oraz dokonując setek transkrypcji nutowych i zorientował się w pewnym momencie, że jest to zbiór zamknięty, naturalne procesy twórcze w jego obrębie zanikły, co najwyżej można liczyć na odgrzebywanie perełek z pamięci artystów starszego pokolenia.

Folklor, którym się tylu zachwyca, okazuje się po głębszej analizie lipą, chałą bez jakichkolwiek wartości kształcących. Co najwyżej można go jeszcze gorzej wykonać. Parę bab pojęczy sobie, popiszczy. Nikomu to nic nie da. Włodzimierz Dębski


Ogólnopolski Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym, 60. XX w. Ogólnopolski Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym, 60. XX w.

Funkcjonalnie żywy pozostaje folklor religijny (również zamknięty zbiór) oraz folklor rozrywkowy, gdzie właśnie najwięcej jest owej lipy i chały – „on zimny, ona gorąca” itp. Siła rozpędu transmisji międzypokoleniowej zapewni temu wartościowemu folklorowi żywotność pamięciową jeszcze pokolenie czy dwa, ale to zazwyczaj nic więcej ponad rytualne powielanie, bo to, co pozostaje z rzeczy, myśli, emocji przeszłości, stanowi zaledwie niewielką cząstkę ówczesnej tkanki życia. Przeszłość, choćby najżywiej wspominana coraz mniej zawiera uczucia, jest coraz mniej cielesna. Dawna scena, którą się wspomina, jest jak przypięty szpilką motyl. [David Lowethal, „Przeszłość to obcy kraj”] Jurorem i postacią kształtującą Festiwal Włodzimierz Dębski (1922-99) pozostał jednak do końca swojego życia, przez więcej niż dekadę. Niejako potwierdzeniem refleksji ojca stał się sukces syna – Krzesimira, który wprawdzie szanuje folklor, ale nie poświęca mu wiele uwagi. Zajął się twórczością własną. Z powodzeniem, satysfakcją i poczuciem samorealizacji.

Odzyskane i utracone

Z drugim paradoksem również związany jest poniekąd Dębski, który cudem wyrwał się w czasie wojny z rąk UPA, trwale okaleczony fizycznie i psychicznie. Festiwal przez z górą 40 lat odbywał się bez udziału mniejszości narodowych (poza chyba dwoma przypadkami). Trudno ocenić dokładnie jak wiele przez to zaprzepaszczono, na pewno dużo i na zawsze. Oczywiście swój wkład miała tu polityka władz PRL (a potem zdaje się przez jakiś czas polityka organizatorów Festiwalu). Zespoły śpiewacze czy solistki, które chciały przyjeżdżać, zwłaszcza z rozśpiewanej „ściany wschodniej”, musiały tłumaczyć teksty swoich pieśni z ukraińskiego, białoruskiego czy też „prostego” na polski. Z ziem zachodnich i północnych, gdzie po Akcji "Wisła" rozproszono Ukraińców i Łemków, nie przyjeżdżał poza Polakami nikt. W ostatniej dekadzie te tak długo zamknięte drzwi Festiwalu otworzyły się i bywa coraz częściej, że niepolscy kulturowo obywatele Polski dostarczają Festiwalowi soków żywotnych, w jakie coraz uboższa jest kultura wiejska stricte polska. Ich sukcesy w ich rodzimych środowiskach spotykają się z dużo szerszym oddźwiękiem, niż bywa to zazwyczaj w analogicznej sytuacji wśród polskich artystów.


Festiwal Kapel i Śpiewaków  Ludowych -  Kazimierz Dolny 2019 Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych - Kazimierz Dolny 2019

Jak Włodzimierz Dębski ojcem, tak matką Festiwalu można określić Jadwigę Sobieską. Była ona w 1976 inicjatorką i współautorką reformy Festiwalu. Wtedy to zostały ściśle określone w regulaminie, za sprawą grona jurorów – muzykologów i etnografów, zasady Festiwalu, które niezmiennie stanowią o jego obliczu do dzisiaj. Można by je zawrzeć w ogólnym haśle „powrotu do źródeł”. Jak czytamy w regulaminie:

„Celem festiwalu jest przegląd, ochrona i dokumentacja najcenniejszych tradycji autentycznego repertuaru, stylu śpiewania i muzykowania ludowego.”

Ta droga okazała się słuszna, wszelkiej maści stylizacje ludowe, które dominowały długo w kulturze narodowej PRL znalazły się na bocznym torze, a przez wiele następnych lat mieliśmy do czynienia przynajmniej w Kazimierzu z obfitością muzyki źródłowej, zarówno jeśli chodzi o repertuar (teksty i melodie) jak i styl wykonawczy. Dzięki temu ekipa Polskiego Radia zgromadziła imponujące archiwum, o cenne nagrania wzbogaciły się też kolekcje prywatne, akademicy zyskali ogromny materiał dla swoich analiz i dociekań, pojawiły się nowe problemy badawcze (kolędowanie, pieśni pogrzebowe, prawo obywatelstwa zyskał sobie wielogłos z suwalskiego pogranicza etc., lista pożytków jest długa).

Kiedy minęło od tego czasu jedno pokolenie, gdzieś w połowie lat 90., nienowelizowana przez ten czas reforma festiwalu zaczęła jednak zjadać swój własny ogon. Pojawiło się zjawisko, które można by nazwać paradoksem archaizacji. Kandydaci do występu w Kazimierzu z bardziej lub mniej udatną pomocą instruktorów sztucznie archaizowali swój repertuar, inteligentnie rozpoznając gusta i potrzeby jurorów. Nie raz byłem tego świadkiem jeszcze zanim zostałem jurorem. W ruch szły teksty oraz melodie nagrane od starszych sąsiadów (którzy do Kazimierza nigdy wcześniej ani potem nie trafili...), korzystano z zapisów, np. O. Kolberga – celowały w tym zwłaszcza zespoły śpiewacze. Ten repertuar raczej nie wracał w obieg, bo nie miał po co, był tylko na Kazimierz. Co bardziej rzutcy akordeoniści przerzucali się na harmonię trzyrzędową, perkusiści na jednostronny bębenek z brzękadłami, a saksofoniści na skrzypce itp. To akurat miało większy sens, bo nabyte nowe umiejętności potem wykorzystywali. Na scenie kazimierskiej królowała archaika, ale taki obraz folkloru zaczął mieć coraz mniej wspólnego z rzeczywistością i w coraz mniejszym wymiarze ją tworzył.

Poza tym repertuar nie jest nieskończony, a ten najstarszy, przecież niewielki, raz już doceniony artyści zaczęli w kółko powtarzać, z niewielkimi modyfikacjami, zwłaszcza dotyczy to śpiewu. Przy co roku dużej liczbie uczestników i trzyletnim okresie karencji, któremu podlegają laureaci, umykało to uwadze jurorów. Zdarzało się, że zespoły śpiewacze z tego samego regionu „pożyczały” od siebie pieśni. Ta gra z jurorami (wielu jej elementów tu nie wymieniam), którzy zazwyczaj w niej przegrywali (świadomie lub nie), trwała kolejne pokolenie. Jeśli chodzi o zawartość autentycznej muzyki ludowej w autentycznej muzyce ludowej „duch puszczy” stawał się wódką, wódka winem, wino piwem i kiedy dodano do konkursu kategorię rekonstrukcji, głównie z myślą o wykonawcach z miasta, to po jakimś czasie z niej zrezygnowano, ponieważ zdano sobie sprawę, że większość występów konkursu festiwalowego we wszystkich kategoriach jest de facto rekonstrukcją.

Nadeszły bowiem właśnie te czasy, o których Sobieska tak prorokowała w maju 1979:

„Wydaje się, że w każdej sytuacji i w każdej fazie przemian muzyki ludowej zawsze pozostanie jakaś jej najgłębsza, najbliższa rodzinnej ziemi warstwa. Nie będzie uprawiana przez tzw. lud, nie będzie powszechna, będzie jednak w jakiejś mierze zachowawcza. Może pielęgnować ją będą i rekonstruować specjalne zespoły amatorskie albo profesjonalne, tak jak to czynią w stosunku do muzyki dawnej Tubicinatores et Fistulatores Varsovienses czy Capella Bydgostiensis i może tego typu zespoły będą się spotykać w Kazimierzu, i konkurować między sobą o najprawdziwszy repertuar i wyraz folklorystyczny?”

Sam fakt, że [festiwal] w ogóle dotrwał od 1966 roku do dziś, jest niewątpliwie sukcesem jego organizatorów.

Sobieska sformułowała główną misję Festiwalu jako „ochronę najcenniejszych przekazów folkloru muzycznego”. Dzisiaj ta misja jest wciąż aktualna, realizowana jest jednak inaczej niż przed laty. Pojawia się tu paradoks kontynuacji. Bo podczas kiedy sycili się (i słusznie) starodawnym repertuarem i wykonawstwem jego wielbiciele, jurorzy muzykolodzy i etnolingwiści oraz dokumentatorzy, w tym czasie uległa skostnieniu forma Festiwalu. Sam fakt, że w ogóle dotrwał od 1966 roku do dziś jest niewątpliwie sukcesem jego organizatorów czyli Wojewódzkiego Ośrodka Kultury w Lublinie. Targi Sztuki Ludowej, długo stanowiące istotną część kazimierskiego Festiwalu straciły na znaczeniu i palmę pierwszeństwa odebrał im Jarmark Jagielloński, znakomity, nowoczesny i robiony z polotem festiwal sztuki ludowej, który odbywa się w... Lublinie i został wymyślony przez organizację pozarządową. W ogóle niegdyś flagowy kazimierski festiwal muzyki ludowej dzisiaj już nie jest flagowy, już chociażby dlatego, że festiwali (i to ciekawych) mamy dzisiaj więcej niż kiedyś. Chociaż atmosfera Kazimierza, trzeba przyznać. jest specjalna i niepowtarzalna.


Festiwal Kapel i Śpiewaków  Ludowych -  Kazimierz Dolny 2019 Festiwal Kapel i Śpiewaków Ludowych - Kazimierz Dolny 2019

Zmiany, zmiany, zmiany

Ostatnie 25 lat to czas ogromnych zmian społeczno-kulturowych, z których dynamizmu może jeszcze nie do końca sobie zdajemy sprawę jako ich uczestnicy i świadkowie. Z jednej strony mamy do czynienia z renesansem konsumenckiej mody na mniej lub bardziej stylizowany folklor, którego funkcją główną jest pamiątka oraz dostarczanie różnej jakości rozrywki. Można w pewnym uproszczeniu powiedzieć, że jest to jeden z elementów oferty agroturystycznej. Odradzają się zespoły pieśni i tańca. ZPiT „Mazowsze” za kilka dni hucznie otwiera Centrum Folkloru Polskiego. Kiedy dziewczyny z miasta przestają już nosić kolczyki z wycinankami łowickimi, modę na folklor dostrzega władza, która zdaje się, ma apetyt na jego kolejną centralizację wedle słów napisanych w 1966 przez jednego z ideologów PRL i współtwórcę ówczesnej polityki kulturalnej Stefana Żółkiewskiego: „Dla istoty przemian kulturalnych w Polsce niezmiernie ważna jest tendencja do całkowitego przezwyciężenia komercjalizacji kultury, oparcie działalności kulturalnej w ogromnej mierze na budżecie państwowym i funduszach społecznych.”

Z drugiej zaś strony dojrzało w międzyczasie, głównie w miastach, wcale niemałe środowisko, dla którego dawna (zwłaszcza ta „archaiczna”) estetyka ludowej sztuki materialnej oraz dawna nuta w muzyce instrumentalnej i śpiewie oraz taniec stanowią wartość samą w sobie. Wartość artystyczną, która lokując się w ponadczasowej przestrzeni dzieł ma swój aktualny wymiar, składa się na współczesną wrażliwość i jest jednym z dzisiejszych środków ekspresji tak samo jak muzyka średniowiecza czy baroku zaadaptowane do obecnych czasów razem z całym kompletem współczesnych im kanonów, zasad, wartości. Wiejscy mistrzowie w niewielu przypadkach dochowali się uczniów-kontynuatorów wedle ducha i litery w swojej rodzinie czy najbliższym otoczeniu, są to wyjątki od reguły (oczywiście pomijam tutaj niektóre regiony Polski, gdzie tradycje lokalnego przekazu są wciąż żywe). Nawet konkurs „Duży-Mały” w ramach Festiwalu kazimierskiego, choć bardzo pożyteczny, zdaje się tę regułę potwierdzać. Inicjatywy niezależne od zinstytucjonalizowanego obiegu kultury (a trzeba pamiętać, że wyrazem tegoż jest wciąż i dziś, tak samo jak za PRL-u, Festiwal w Kazimierzu) jak można sądzić mają obecnie większy rezonans. Licząc orientacyjnie w ramach ruchu revival (czy też „ruchu domów tańca”) ok. 100 osób nauczyło się mniej lub bardziej biegle grać na różnych instrumentach oraz śpiewać muzykę tradycyjną i mniej lub bardziej stale wykorzystuje te umiejętności w swoim życiu. W czasach prosperity oryginalnej kultury tradycyjnej można by mówić o nowym powiecie, dzisiaj jest to dużo więcej (niektórzy mistrzowie jak np. skrzypek Jan Gaca z Przystałowic na Radomszczyźnie dochował się kilkunastu uczniów, zresztą z różnych części Polski, a nawet jednego z USA).

Awantura o Tyndyryndy

Dlaczego młodzi ludzie są uczestnikami rozmaitych niezależnych latających warsztatów, przyjeżdżają na Tabory Domu Tańca, a nie widać ich w Kazimierzu? Takie pytanie zadawałem sobie (i nie tylko ja) na początku lat dwutysięcznych. Czy nie dlatego, że wszystkie te niezależne działania wypływają z innego podejścia do tzw. kultury ludowej, innego paradygmatu? Jego istotą jest osobiste spotkanie z artystą, wiejskim muzykantem czy śpiewaczką, poznanie kontekstu jego sztuki oraz współuczestnictwo, innymi słowy kultura czynna. Taka droga jest inspirującym doświadczeniem, a jej efekty edukacyjne są trwalsze. Nie mówiąc o tym, że wypełnia lukę w systemie edukacji, w którym miejsca na naukę muzyki tradycyjnej bezpośrednio od mistrzów, określonego repertuaru, stylu, gry na „dawnej” harmonii trzyrzędowej, czy na zwyczajnych skrzypcach, ale techniką ludową, śpiewu białym głosem itp. – tego wszystkiego przecież nie ma (pojawiły się za to ostatnio na kilku uczelniach muzycznych możliwości nauki pośredniej i mieszanej, co jest w dużej mierze zasługą ruchu revival). Dominantą kazimierskiego festiwalu była zaś formuła sceniczna, konkursowa i, chcąc nie chcąc, konsumencka.

Dlatego już w 2001 wraz z Piotrem Zgorzelskim opracowałem program poszerzający tę formułę, w głównej mierze edukacyjny, a także przybliżający konteksty etnomuzyczne oraz postaci konkretnych artystów, dający przestrzeń na spotkanie z nimi, na co pod sceną nie ma miejsca ani czasu. Program miał poparcie MKiDN oraz RCKL z bliżej nieznanych mi powodów jednak nie wszedł w życie. Taka możliwość pojawiła się dopiero w roku 2008 i tym razem udało się, Festiwal doczekał się swojego, tak potrzebnego offu w postaci Klubu Festiwalowego „Tyndyryndy” (nazwę zaczerpnąłem z piosenki Janiny Kowalczuk z Roztocza, trzykrotnej laureatki kazimierskiej Baszty). Klub skupił się przede wszystkim na stworzeniu specjalnej przestrzeni do tańca, którym się organizatorzy (ani co ciekawe jurorzy) wcześniej prawie nie interesowali, chociaż przecież głównie dla tańca istniała wiejska muzyka instrumentalna i tylko jako graną na żywo do tańca można ją w pełni poznać, a co za tym idzie rzetelnie ocenić.

Klub był przestrzenią dla działań spontanicznych i pozaregulaminowych – „zabronionych” w konkursie instrumentów i składów, wspólnego muzykowania mistrzów z miastową młodzieżą, konkursu tanecznego z jury złożonego z wiejskich tancerzy i tancerek, otwarty dla bliskich tradycji składów folkowych. Organizował koncerty śpiewu, także religijnego w kościele, warsztaty instrumentalne, śpiewacze, taneczne i rękodzielnicze dla dorosłych i dzieci. Działało kino klubowe (powtórną niejako premierę po 60 latach od powstania miał tam np. film dokumentalny o pracy terenowej Mariana i Jadwigi Sobieskich). Zaplanowane i spontaniczne działania odbywały się także w przestrzeni miasta. Przez kilka lat odbywał się Jarmark Instrumentów Ludowych, dla których nie wiedzieć czemu nie było miejsca w ramach Targów Sztuki Ludowej. Wiele działań zdokumentowano w formie audio i video, wyszła płyta CD z nagraniami mistrzów i uczniów. Piszę w czasie przeszłym ponieważ w tym roku organizatorzy Festiwalu postanowili przerwać działalność Klubu w jego dotychczasowej formule kuratorskiej i w dodatku zrobili to w sposób, który wielu miłośników i praktyków muzyki tradycyjnej zbulwersował.

Spotkanie ponad wszystko

„Bo dawniej to były odpusty, a teraz są festiwale” – te słowa jednej ze śpiewaczek przytacza etnomuzykolog Jadwiga Sobieska w wypowiedzi o kazimierskim święcie nagranej dla Polskiego Radia po dziewiątej jego edycji Festiwal w Kazimierzu jest świętem muzyki tradycyjnej. W wielu aspektach. Ale nie pomylę się chyba, jeśli powiem, że jego centrum stanowi spotkanie. Spotkanie artystów, miłośników, propagatorów i znawców tej kultury. Spotkanie ludzi z różnych regionów, na co dzień sobie obcych, a jak Festiwal pokazuje, również siebie ciekawych. Spotkanie członków lokalnych wspólnot i rodzin, tych, którzy pozostali na miejscu, w swojej małej ojczyźnie z tymi, którzy migrowali. Spotkanie wsi, miasteczka i miasta. Seniorów z młodzieżą.


Piotr Gaca Piotr Gaca

Formuła konkursowa, która długo organizowała całość Festiwalu, a która wciąż dominuje, oczywiście wyzwala emocje, podgrzewa nastroje i wzmaga intensywność tego krótkiego festiwalowego czasu. Ale w mojej ocenie nie jest niezbędna w takiej skali do tego spotkania. Dosyć naturalna dla rywalizujących zawsze ze sobą instrumentalistów, mniej dla śpiewaków, w śpiewaniu może nawet przeszkadzać. Poza tym jej sens zużywa się wraz z czasem. Wcześniej istniała duża potrzeba propagowania wzorców alternatywnych wobec jedynie słusznej stylizowanej estrady folklorystycznej, dzisiaj nie ma już takiej potrzeby. Ale i wśród instrumentalistów konkurs nie zawsze wyzwalał emocje. Pamiętam znakomitego skrzypka radomskiego, jednego z najwybitniejszych - Piotra Gacę. Normalnie grał jak szatan, na scenie ledwie coś pitolił, nigdy nie dostał Baszty. A nie był nieśmiały, wręcz przeciwnie, kto go znał to wie – inteligentny, dumny z poczuciem własnej wartości jako artysty. Może granie na scenie dla oceny uchybiało jego godności? Ale jak go pamiętam, kiedy wychodził na scenę, stawał się innym człowiekiem, tak jakby zupełnie tracił motywację do grania, schodziło z niego powietrze. I myślę sobie, że raczej chodziło o to, że dla rasowego muzykanta najwyżej w hierarchii, na pierwszym miejscu (potem długo nic) stało granie do tańca. Oczywiście także dla pieniędzy, ale pieniędzy za pracę, a nie z łaski pańskiej.

Na koniec dwa paradoksy bardzo krótkie. Niegdyś na Festiwal nie przyjeżdżało więcej jak pięciuset konkursowiczów i konkursowiczek, dzisiaj to jest tysiąc i więcej. Organizatorzy i jurorzy pracują przez trzy doby prawie na okrągło, tymczasem poziom Festiwalu z roku na rok spada. Last but not least: Festiwal nigdy nie mógł sobie poradzić z tak bardzo polską formą jak przyśpiewka. Przez lata wykonywanie przyśpiewek w konkursie obniżało ocenę, niepisanym prawem było zabronione. Nigdy nie poświęcono im należytej uwagi, przez stworzenie osobnej kategorii w konkursie czy w inny sposób. W PRL to jeszcze zrozumiałe – kwestia cenzury obyczajowej i politycznej, ale potem?

Remek Mazur-Hanaj

***

Więcej recenzji i felietonów - w naszych działach Słuchamy i Piszemy.

 

Czytaj także

Boże Obiady

Ostatnia aktualizacja: 03.12.2020 09:00
Wiele osób nie wie, co to jest „boży obiad”, a ci nieliczni, co wiedzą, kojarzą go z kurpiowskim obrzędem, który z inicjatywy niektórych mieszkańców oraz przy pomocy Stowarzyszenia Trójwiejska odradza się w kilku wsiach Puszczy Zielonej. Sprawa jest jednak daleko bardziej złożona. Bo, po pierwsze, był to niegdyś obrzęd szeroko rozpowszechniony, o zasięgu właściwie ogólnopolskim. A po drugie, określenie to w historycznych źródłach bywa jednak stosowane do różniących się od siebie okoliczności i zjawisk kulturowych. Czasem używa się go bardzo ogólnie, czasem odnośnie bardzo konkretnych form. Czy jest coś, co to wszystko spaja?
rozwiń zwiń