Moi ormiańscy rozmówcy najbardziej obawiali się napływu uchodźców. Gdyby doszło do inwazji lądowej – spekulowali – mogłoby być ich dziesiątki albo setki tysięcy. Dużo jak na trzymilionowy kraj. Na dodatek większość z nich stanowiliby etniczni Azerbejdżanie, bo to oni dominują wśród mieszkańców północno-zachodnich, graniczących z krajami Kaukazu irańskich prowincji. Eksperci niechętni Nikolowi Paszynianowi sugerowali nawet, że pod pretekstem wojny armeński premier może wprowadzić stan wyjątkowy i odwołać zaplanowane na 7 czerwca wybory parlamentarne.
Dyskusje o uchodźcach nie były abstrakcją, bo granica Armenii z Iranem pozostaje otwarta, a oba kraje – najstarsze na świecie państwo chrześcijańskie i szyicką republikę islamską – łączą więcej niż poprawne relacje. Kiedy na przełomie lat 80. i 90., na fali nabrzmiewającego konfliktu wokół Górskiego Karabachu, Armenię zablokował najpierw Azerbejdżan, a następnie sprzymierzona z nim Turcja, zaś w Gruzji panował chaos i dochodziło do zbrojnych starć, Erywań mógł liczyć tylko na czwartego sąsiada: łączność ze światem zewnętrznym zapewniała mu droga przez Iran. W ostatnich latach, mimo zwrotu Armenii ku Zachodowi, Iran pozostawał jej ważnym partnerem handlowym. Amerykanie przymykali na te kontakty oko, zastrzegając tylko, by nie objęły sfery wojskowej (choć wizyta Papikiana wskazuje, że dialog z Teheranem toczył się także w tej dziedzinie).
Wiadomo, że nic tak nie zbliża przyjaciół jak wspólny wróg – a relacje tak Erywania, jak i Teheranu z Ankarą i Baku są, delikatnie mówiąc, szorstkie. Na pozór Iran i Azerbejdżan to państwa bratnie. Przez wieki ziemie współczesnego Azerbejdżanu znajdowały się w politycznej orbicie Persji, choć zdarzyło się, że tą ostatnią rządziła dynastia pochodzenia azerbejdżańskiego. Jeszcze na przełomie XIX i XX wieku tamtejsze elity mówiły po persku, jak europejskie – po francusku (nowoczesny język azerbejdżański należy do rodziny turkijskiej i jest blisko spokrewniony z tureckim). Oba kraje łączy też islam wyznawany i tu, i tam w wersji szyickiej (choć w Azerbejdżanie proporcje zmieniają się stopniowo na korzyść sunnitów). A jednak ich współczesne stosunki podszyte są od początku głęboką nieufnością.
Po rozpadzie ZSRR młode azerbejdżańskie państwo bało się, że południowy sąsiad będzie chciał mu narzucić swój model ustrojowy. W Baku i innych miastach zaroiło się od irańskich fundacji i organizacji dobroczynnych, z których część realizowała z pewnością ukrytą agendę. Ale zarówno Hejdar Alijew, jak i jego syn Ilham konsekwentnie budowali państwo świeckie, wzorując się raczej na Turcji czy Malezji. Z kolei Iran obawiał się, że Azerbejdżan stanie się punktem odniesienia dla azerbejdżańskiej mniejszości. Skąd się tam wzięła? Tutaj trzeba cofnąć się do 1828 r. i traktatu turkmenczajskiego, kończącego jedną z wojen rosyjsko-perskich. Podzielił on ziemie etnicznie azerbejdżańskie na dwie nierówne części (większa została przy Persji), a wytyczona wtedy granica biegnie w tym miejscu do dziś. W efekcie większa część azerbejdżańskiej ludności żyje dziś poza Azerbejdżanem. Wprawdzie w ogromnej większości są oni lojalni wobec irańskiej ojczyzny – do społeczności tej należał zabity na początku wojny duchowy przywódca republiki islamskiej Ali Chamenei, Azerbejdżaninem jest również prezydent Masud Pezeszkian – ale dla Teheranu używane przez bakijskich polityków i publicystów określenie „Azerbejdżan Południowy” to dowód na skryte terytorialne pretensje.
Rzecz jasna, Irańczyków bardziej niepokoi nader bliska współpraca Azerbejdżanu z Izraelem (także wojskowa), co rodzi obawy, że jego wrogowie mogą stamtąd operować. Dlatego przeprowadzony 5 marca atak irańskich dronów na cele w Nachiczewanie (stolicy będącej eksklawą Nachiczewańskiej Republiki Autonomicznej) należy rozumieć jako sygnał ostrzegawczy pod adresem Baku. W następnych dniach Azerbejdżan poinformował o zatrzymaniu irańskiej grupy dywersyjnej, która miała planować zamach w pobliżu terminalu naftowego (bierze stamtąd początek ropociąg, który dostarcza ropę m.in. dla Izraela) oraz ewakuował z Iranu swoje placówki dyplomatyczne.
Trzeci kraj Kaukazu Południowego, Gruzja, z Iranem nie graniczy, ale – tak jak Armenia – ma z nim dobre stosunki. 11 lutego, w 47. rocznicę islamskiej rewolucji, na wieży telewizyjnej w Tbilisi została wyświetlona irańska flaga. Na spekulacje, jak zmieni się region po tej wojnie jest jeszcze za wcześnie, ale osłabienie irańskich wpływów na Kaukazie oznaczać będzie niemal automatycznie wzmocnienie tureckich, co z kolei zmniejszy tam pole manewru Rosji. Jeśli, rzecz jasna, nie nastąpią tąpnięcia, które zdestabilizują tę część świata na dłużej. Odpukać w niemalowane.
Wojciech Górecki, główny specjalista Zespołu Turcji, Kaukazu i Azji Centralnej OSW. Autor książek reporterskich o Kaukazie i Azji Centralnej