Trump nazwał wizytę „niesamowitą”, Xi przyjął go w Zhongnanhai, wręczył nasiona chińskich róż do Białego Domu i przyjął zaproszenie do Waszyngtonu. Były uśmiechy, gesty uprzejmości i kaczka po pekińsku. Jednak według osób z otoczenia Białego Domu atmosfera w delegacji była napięta.
Pierwszym i najważniejszym powodem był Tajwan. Pekin naciska, by administracja Trumpa zmieniła dotychczasową formułę: zamiast „nie popieramy niepodległości Tajwanu” mówiła „sprzeciwiamy się niepodległości”. Różnica wydaje się subtelna, ale dla Tajpej oznaczałaby zasadniczą zmianę amerykańskiej polityki prowadzonej od dekad. Xi chce również ograniczenia sprzedaży amerykańskiej broni Tajwanowi, a przynajmniej konsultowania jej z Pekinem. Sekretarz stanu Marco Rubio zapewnia, że stanowisko USA się nie zmieniło, ale sama zmiana tonu w Waszyngtonie nie pozostaje niezauważona.
Nikt nie chce wojny o Tajwan. Hal Brands z Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa ostrzega, że taki konflikt byłby największym geopolitycznym wstrząsem od czasów II wojny światowej. Sparaliżowałby handel na Pacyfiku, uderzył w gospodarkę światową i mógłby przerodzić się w globalną konfrontację. Doświadczenie rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie pokazuje, że same groźby sankcji nie muszą odstraszyć agresora. W przypadku Chin sankcje mogłyby zadziałać zbyt późno.
Drugim ważnym tematem był Iran. Wizyta odbywała się w cieniu kryzysu w cieśninie Ormuz. Chiny, jako największy odbiorca irańskiej ropy, również są zainteresowane jej odblokowaniem. Trump i Xi zgodzili się, że cieśnina musi pozostać otwarta, a Iran nie może zdobyć broni jądrowej. Problem polega jednak na tym, że Trump znalazł się w roli przywódcy, który musi prosić Xi o pomoc. A kiedy zaczyna się prosić, trudniej dyktować warunki.
To osłabia pozycję Waszyngtonu także wobec innej sprawy: chińskiego wsparcia dla Rosji. Chiny nadal dostarczają Rosji komponenty potrzebne do produkcji dronów bojowych — kamery, chipy, silniki i oprogramowanie. W zamian otrzymują nie tylko pieniądze, lecz także wiedzę o nowoczesnym polu walki, w tym o taktyce ukraińskiej i zastosowaniu sztucznej inteligencji w działaniach wojennych. Mimo to Biały Dom nie wydaje się gotowy na otwarte starcie z Pekinem w tej sprawie.
Symboliczna była nawet scena z oficjalnej kolacji. Zgodnie z chińskim protokołem za plecami obu przywódców położono poduszki. Trump natychmiast kazał swoją usunąć i rozsiadł się po swojemu. Drobiazg, ale wymowny: to gest człowieka, który nie dostosowuje się do otoczenia, lecz oczekuje, że otoczenie dostosuje się do niego. Podobnie działa w polityce międzynarodowej — nie konsultuje się z Europą, nie pyta jej o zdanie.
Europa podczas szczytu była niemal nieobecna, choć to ona często płaci rachunki za decyzje podejmowane przez Waszyngton. Tak było przy wojnie handlowej z Chinami, przy oczekiwaniu, że Europejczycy sfinansują część wsparcia dla Ukrainy, i tak jest teraz przy kryzysie na Bliskim Wschodzie. Decyzje zapadają bez Brukseli, Warszawy, Berlina czy Londynu, ale skutki ponoszą wszyscy — także Ukraina, której brakuje pocisków przechwytujących, bo część zasobów przekierowano na Bliski Wschód.
A jednak to właśnie Ukraina pokazuje, że stara logika „wielkich mocarstw” zaczyna pękać. David Axe zwraca uwagę, że technologie rozwijane na ukraińskim froncie mogą mieć znaczenie także dla Tajwanu. Tajpej, choć nie dorównuje Chinom siłą militarną, mogłoby stworzyć „mur dronów” — nasycić przestrzeń powietrzną i wody wokół wyspy tysiącami tanich, ale groźnych bezzałogowców. Taki system mógłby nie tylko opóźnić, lecz nawet udaremnić chińską inwazję.
To znak nowej rzeczywistości. Małe i średnie państwa zyskują narzędzia, dzięki którym mogą skuteczniej przeciwstawiać się potężniejszym sąsiadom. Trump wciąż myśli kategoriami wielkich „ośrodków siły”: Rosji, Chin, Stanów Zjednoczonych. Tymczasem państwa, które według dawnej logiki miały jedynie przyjmować cudze decyzje, zaczynają współtworzyć reguły gry. Ukraina, której wielokrotnie mówiono, że „nie ma kart”, buduje dziś jeden z najważniejszych programów dronowych świata. I właśnie dlatego nawet ważny szczyt w Pekinie nie może cofnąć tej zmiany.
Z Waszyngtonu — Dmytro Anopczenko, specjalny korespondent relacjonujący prace Kongresu USA i Białego Domu.