Głupki

Ostatnia aktualizacja: 08.09.2016 15:47
Samo jabłko – to nic. Nie chce być inaczej. I nic – sama pani Bovary. Kość – nic nie znaczy. Trup – to niewiele. Ba, nawet cztery trupy, cztery zmasakrowane ciała, cztery ofiary zbrodni potwornej, niewytłumaczalnej – to za mało.
Głupki
Foto: Niedzielny leń/wikimedia/CC BY-SA 3.0

Realność nic nie znaczy bez cudzysłowu

Vladimir Nabokov, Lolita


Za ile pójdzie piszczel lewej nogi Trumana Capote’a na aukcji w Los Angeles? Kość nie będzie niczym udekorowana. Absolutnie nie! Bo po cóż komu jakaś scenografia niepokojąca, niejednoznaczny kostium, tajemne światło i muzyka psychodeliczna! Po cóż jakiś metafizyczny teatrzyk, jakaś otulina fikcji, niedopowiedzeń, nie daj Bóg - poezji! Czy sama kość nie jest wystarczająco spektakularna?! Oczywiście, że tak! Czy nie jest widomym znakiem inscenizacyjnej bezpretensjonalności i dzielności szalenie nowoczesnej, awangardowej diabelnie?! Jako żywo – jest! Gnat będzie więc goły. Wyłącznie realny, samotny, surowy, postny niby notka w gazecie. Ot, okorowana gałąź koloru trupiej bieli z gliną zaschłą w pęknięciach. Mistrz ceremonii, reżyser seansu, uniesie piszczel wysoko w dłoni i zacznie wypuszczać z gardła niepojęty, gwałtowny niczym seria z karabinu gulgot, na widok unoszonych przez widzów dłoni przerywając go radosnymi hasłami: „Pani w kapeluszu daje pięć dolarów!... Kto da więcej?... Pan w okularach – siedem!... Odwagi, to jedyna taka kość na świecie!... Nie będzie drugiej okazji!... Pan z laską – dziewięć!... Brawo!... Pani pod oknem – jedenaście!... Jedenaście po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci!... Sprzedane!” Tak, lewy piszczel pójdzie być może za tyle. A prawy? A kolanowa rzepka Capote’a? A jego miednica? A mózgoczaszka? A kręgi guziczne, zwane kością ogonową? Albo nadgarstek? Ile za kość łódeczkowatą w nadgarstku dłoni, którą pisał Capote, wyciągnie gulgoczący wodzirej domu aukcyjnego Julien’s Auctions?

Sama kość szczera, kość najprawdziwsza – to niewiele. Zgoła nic. Czym jest jedynie wymachiwanie gnatem, zwłaszcza biletowane? Wymachiwanie surowym gnatem jako takim, bądź gnatem Idei, Ważkiego Faktu, Palącego Problemu - jest wymachiwaniem gnatem surowym, niczym więcej. Ani to spektakularne, ani wstrząsające, ani bolesne, ani odkrywcze, ani potwornie dużo do myślenia dające, ani nawet pretensjonalne. Jak miliony podobnych artystycznych tików w teatrze dzisiejszym, filmie, literaturze – jest farfoclem maleńkim, maciupeńko znaczącym, chwilowym. Przypomina się – jako znak zupełnie przeciwnego myślenia o kościach – przypomina się, co o Bolesławie Micińskim, filozoficznym eseiście, rzekł Gustaw Herling-Grudziński. Wyznał, że proza Micińskiego jest tym fantastycznym terenem, gdzie kategorie filozoficzne przeistaczają się w literackich bohaterów, w postacie fikcji, w cudowne widma. Oprócz tysiąca innych podobnych nauk, przypomina się też lekcja Homera, który w VIII pieśni „Odysei” uczy, iż bogowie przędą nieszczęścia, aby ludzie mieli co opiewać. Tak właśnie. Opiewać, nie tylko na goło i przaśnie głosić publicznie fakt zaistnienia nieszczęścia takiego lub śmakiego. Na setkach stronic, w XXIV pieśniach falujący heksametr to coś grubo głębszego, niż gnat zdania przecież najprawdziwszego pod słońcem: „Wracał wojownik do domu, wracał i wracał, aż wrócił”. Cała żałość seansu domu aukcyjnego Julien’s Auctions, którego grabarze wydłubali z mogiły resztki twórcy „Harfy traw”, by je zlicytować, za wór wszystkich kości (12 kilogramów, 205 sztuk) ustaliwszy cenę wywoławczą na poziomie 2 tysięcy dolarów, a licząc na wylicytowanie tysięcy 6 – cała żałość tkwi w świętym przekonaniu reżyserów, że dziś w zupełności wystarczy bez stylu, zupełnie bez stylu, za to dzielnie, brawurowo machnąć widzowi przed nosem gołym gnatem znanego trupa, a brawa i brzdęk grosza się rozlegną.

Owszem, być może, a nawet z pewnością się rozlegną. Niechybnie też zawiśnie nad widownią cichy szloch współczucia. Popłyną łzy pensjonarskiego wzruszenia? Retoryczne pytanie. Ale wszystko to nie zmienia sedna marności topornego wymachiwania kością. „Jest wielkim pisarzem i wielkim stylistą”, rzekł Capote o ubóstwianym przez siebie Gustawie Flaubercie. I dalej: „Bardziej przejmował się kwestią stylu niż treści. Dla niego treść to coś takiego, jak gdyby wyjął jabłko z koszyka, położył je na stole i powiedział: A teraz zamierzam opisać to jabłko”. Wreszcie w cytowanym, niewiele przed śmiercią udzielonym Lawrence’owi Grobelowi wywiadzie kolosalnym, wypowiada słowa dla sztuki Flauberta, dla sztuki wszelkiej, więc także dla swojego pisarstwa – fundamentalne. „To znaczy, nie wydaje mi się, żeby naprawdę zawracał sobie dupę panią Bovary. Bardziej troszczył się o to, jaki nadać temu wszystkiemu kształt, na ile prawdziwie uda mu się to uczynić. Był wielkim stylistą”.

Samo jabłko – to nic. Nie chce być inaczej. I nic – sama pani Bovary. Kość – nic nie znaczy. Trup – to niewiele. Ba, nawet cztery trupy, cztery zmasakrowane ciała, cztery ofiary zbrodni potwornej, niewytłumaczalnej – to za mało. Zbyt mało, by móc zacząć opowiadać, czyli wystawiać trupy na pokaz. 15 listopada 1959 roku w prowincjonalnej amerykańskiej mieścinie Holcomb Dick Hickock i Perry Smith zamordowali strzałami w głowę czteroosobową farmerską rodzinę Clutterów. Sześć długich lat trwał proces. Po sześciu latach wykonano na zbrodniarzach wyrok śmierci. Przez sześć lat niewyobrażalnej samotności Capote zbierał na tysiącach kartek wszystkie tyczące zbrodni i sześciu trupów fakty, informacje, sugestie, cisze, podteksty. Gromadził ślady – kolekcjonował kości. Miał ich wiele, miał ich masyw cały, lecz to nie wystarczało. Nie miał sedna. Nie miał tonu, nie słyszał opowieści. Całkiem jak Gabriel Garcia Marquez – kolejny bliski Capote’owi bajarz – który miał w głowie wszystkie gnaty legendarnej powieści o samotności, lecz z pisaniem zwlekał lat aż siedemnaście, albowiem tyle czasu zabrało mu czekanie, aż usłyszy intonację, brzmienie tego Nabokova cudzysłowu fikcji, bez którego kości to tylko kości – prawda najprawdziwsza, lecz niema raczej, chwytliwa na metę bardzo krótką. I któregoś dnia usłyszał Capote cudzysłów niepowtarzalny. Zapisane brzmienie cudzysłowu, to doskonałe przełożenie realności na finezyjną fikcję, bądź też, jak dodawał Capote, fikcji na prawdę, słowem – ta gra jawy i snu, rzeczywistości i opowieści, nosi tytuł „Z zimną krwią”. Czytał to reżyser trupiej aukcji w Los Angeles?

Gdyby nie cudzysłów fikcji Capote’a, gdyby nie tak doskonały cudzysłów, prawdziwe trupy z Holcomb i po sześciu latach upiornego czekania naprawdę zawisłe na szubienicach ciała Hickocka i Smitha – dawno przestałyby istnieć. Gdyby nie realne, najprawdziwsze pod słońcem wysokie pszeniczne równiny zachodniego Kansas, na których leży Holcomb, gdyby nie ów odludny obszar, co go mieszkańcy zwą „tam daleko” i którego litą prawdą Capote raczej nie zawracał sobie dupy – finalne słowa „Z zimną krwią” nie ułożyłyby się w to pożegnanie, w ten nie do zapomnienia zmierzch, którego prawdziwość jest zupełnie bez znaczenia i taka pozostanie.

„A potem, ruszając w drogę do domu, poszedł ku drzewom i między nie, pozostawiając za sobą szerokie niebo i szept głosów wiatru w wiatrem przygiętej pszenicy”.

Co teraz? Wrócić do domku aukcyjnego Julien’s Auctions? Po takich słowach Capote’a powrót do głupków z Los Angeles, powrót do armii głupków innych i skądinąd, którzy w sztuce pragną zaistnieć dzięki wymachiwaniu gołą kością – nie ma sensu.

***

Paweł Głowacki/mc

Czytaj także

Skubanie widoku

Ostatnia aktualizacja: 11.08.2016 17:35
Gdy da się ogólnie i patetycznie skandować, lecz ze śrubką w środku skandowania jakąkolwiek, to chyba tylko głupek by się mordował z cyzelowaniem estetyki śrubki! Wkręci się pierwszą z brzegu – i jakoś ujdzie! I tak nikt nie zauważy!
rozwiń zwiń

Czytaj także

Wielka rola

Ostatnia aktualizacja: 18.08.2016 20:39
Siedział w swej samotni, nie zwracając najmniejszej uwagi na wszystko poza zajęciem, któremu się tam oddawał.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Stare, nieruchome głowy

Ostatnia aktualizacja: 25.08.2016 08:58
Ale fajnie było! Fajnie, bo się wszystko fajnie ruszało! A ruszało się – co właściwie? No – to! Ruszało się to, co się ruszało! Logiki zadowolenia Felka nie da się obalić. I kontent jest Felek. W 40 minut zobaczył tak wiele, nie widząc nic.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Daleki ogród

Ostatnia aktualizacja: 31.08.2016 16:03
Nie liczy się wzrost ani rozmiar kapelusza. Istotne, że ogród przy domu Kantorów jest jedynym miejscem, gdzie on, bohater starej powieści o głupocie świata, może usiąść i odpocząć.
rozwiń zwiń