Punktem wyjścia dla reżysera była powieść "Der Gehülfe" Roberta Walsera z 1908 roku, w Polsce znana jako "Człowiek do wszystkiego". – Na początku bardzo się tą książką zainspirowałem. Wydawało mi się, że mimo tego, że została napisana na początku XX wieku, jest zaskakująco współczesna – mówił w Dwójce Wilhelm Sasnal.
Posłuchaj rozmowy w "Poranku Dwójki" >>>
Fascynacja książką, która przerodziła się w film
– Zafascynowała mnie postać Józefa Marty’ego, który jest alter ego autora. To, co było dla mnie najbardziej ciekawe, to jego niekonsekwencja. Z jednej strony był bardzo wiernym pracownikiem, a z drugiej potrafił się odszczekać pracodawcy. On poruszał się w skrajnościach. Myślę, że trudno jest scharakteryzować tego bohatera. Łatwiej opisać czasy i to, z czym się zmagał – wyjaśniał reżyser.
Jak przyznał, jego pierwsze spotkanie z powieścią miało charakter osobisty. – Ta książka mnie bardzo śmieszyła – ku zaskoczeniu Anki, która mi ją poleciła. To był początek całego projektu filmowego – dodał.
Człowiek w systemie
Film opowiada historię człowieka, który szuka swojego miejsca w świecie pracy. – Józef Marty zaczyna od tego, że zostaje zwolniony. W filmie on sam odchodzi z pracy, nie godzi się na przemoc wobec siebie. Szuka więc nowej i trafia do willi wynalazcy - trochę biznesmena, a trochę marzyciela – mówł Wilhelm Sasnal.
Reżyser opisuje swojego bohatera jako figurę uwikłaną w mechanizmy władzy i zależności. – Ten wynalazca to wytwór kapitalizmu początku XX wieku. Jego praca, a właściwie praca Józefa Marty’ego, polega na przelewaniu z pustego w próżne. Tobler wierzy, że któryś z jego wynalazków kiedyś wypali. Żaden nie wypala. A Marty nie dostaje żadnej wypłaty. Może tylko żyć w komfortowych warunkach, będąc człowiekiem do wszystkiego, pracującym 24 godziny na dobę, w biurze i w towarzystwie pani Toblerowej – opowiadał.
"To film o pracy, ale też o relacjach"
Choć "Człowiek do wszystkiego" opowiada o świecie zawodowym, równie mocno dotyka relacji międzyludzkich. – To nie jest tylko film o pracy – podkreślał Wilhelm Sasnal. – Interesowały mnie relacje, które są tworzone przez system, w którym wszyscy żyjemy. Przez ambicje, zależności, władzę. W tej historii ważna była dla mnie także relacja pani Toblerowej z mężem i z Józefem Marty’m. Zadawałem sobie pytanie, czy oni mieli romans? Nie wiem, czy erotyczny, ale na pewno emocjonalny. Walser sam spędził pół roku w willi wynalazcy i opisał to doświadczenie. To mnie bardzo ciekawiło – mówił.
>>> Sprawdź także: 2026 w polskim kinie. Pawlikowski, Buchwald, Sasnalowie <<<
"Kiedy maluję – maluję. Kiedy filmuję – filmuję"
Choć Wilhelm Sasnal od lat uznawany jest za jednego z najwybitniejszych współczesnych malarzy, nie utożsamia swoich filmowych obrazów z malarstwem. – Za każdym razem muszę dementować, że nie czuję się malarzem, kiedy filmuję" – przyznał z uśmiechem.
– To dla mnie dwie różne praktyki. Kiedy maluję - maluję. Kiedy filmuję - filmuję. Kadrowanie to kwestia intuicji, bardziej niż kompozycji. Bardziej od kadru zależy mi na ruchu, albo na jego braku. Kamerę ustawiamy dopiero na planie, kiedy są aktorzy. Ale pewnie ta czujność, którą wyrabia malowanie, gdzieś nieświadomie przechodzi na plan – podkreślił w "Poranku Dwójki".
***
Tytuł audycji: Poranek Dwójki
Prowadzenie: Małgorzata Nieciecka-Mac
Gość: Wilhelm Sanal (reżyser i malarz)
Data emisji: 5.02.2026
Godz. emisji: 8.30
zch