Jerzy Illg nie ukrywa, że na swoje życie patrzy jak na pasmo nieoczekiwanych zwrotów. Z czasem okazywały się one otwarciem na coś ważniejszego. Nawet doświadczenia trudne, jak wyrzucenie z Uniwersytetu Śląskiego w stanie wojennym, po latach widzi jako moment, który skierował go na zupełnie inną drogę.
– Ja mam siebie za szczęściarza życiowego. Nawet jeżeli coś się dzieje niedobrego, wierzę, że dzieje się po coś. Bez zapłacenia ceny, która nam się w pierwszej chwili wydaje niesprawiedliwa czy krzywdząca, niemożliwe byłoby otwarcie się zupełnie innego, nieprzeczuwanego etapu, który potem okazuje się dużo ciekawszy i wspanialszy – mówił.
Posłuchaj w audycji "Rozmowy po zmroku" >>>
Gdyby nie tamten przełom, jak przyznaje, być może pozostałby na uczelni, a to prawdopodobnie nie pozwoliłoby mu przeżyć tego, czego doświadczył. – Gdyby mnie wtedy z Uniwersytetu Śląskiego nie wyrzucono, pewnie garbiłbym się nad jakąś habilitacją, ale nie poznałbym wszystkich tych cudownych ludzi. Nie mógłbym się z wieloma z nich przyjaźnić, odwiedzać Miłosza na Grizzly Peak czy towarzyszyć im w wyprawach do Sztokholmu po odbiór Nagrody Nobla – wspominał.
Nie pomniki, lecz ludzie
"Zjazd do zajezdni" nie jest klasycznym zbiorem portretów wielkich nazwisk. Illgowi zależało raczej na pokazaniu ludzi, których znał prywatnie, poza oficjalnym wizerunkiem, rolą wybitnego poety, pisarza czy lekarza. – Jeżeli się miało takie szczęście, to jest to rodzaj długu, który się zaciągnęło wobec losu. Formą jego spłacenia jest danie świadectwa. Opowiedzenie o tych ludziach jako o ludziach, nie o posągach na cokołach – podkreślał w rozmowie.
W jego opowieści ważne są więc nie tylko dzieła i publiczne osiągnięcia, ale także zwyczajne spotkania, rozmowy i relacje. – To byli ludzie, z którymi się żartowało, wygłupiało, ale przede wszystkim uczyło się od nich i starało się być dla nich partnerem jako wydawca. Dbać o to, żeby ich książki były pięknie wydane, starannie zredagowane i dobrze promowane – mówił.
Czytaj także:
Przyjaźnie, które owocują przez lata
Jak dodał Jerzy Illig, relacje z autorami bardzo często przekraczały granice zawodowe. – Dla mnie nigdy to nie był biznes, załatwianie spraw wydawniczych. To była szansa na poznanie ciekawego człowieka, na nawiązanie z nim jakiegoś kontaktu. Bardzo często zamieniało się to w bliższą znajomość, czasem w przyjaźń. To było to szczęście, za które jestem losowi wdzięczny – zaznaczał.
Wiesław Myśliwski. "Straciłeś kolejnego ojca"
Jedną z najważniejszych postaci książki jest Wiesław Myśliwski. Illg mówi o nim nie tylko jako o wielkim pisarzu, ale przede wszystkim jako o człowieku niezwykle mu bliskim. – Moja żona po śmierci Wiesława powiedziała: "No to straciłeś kolejnego ojca – po Miłoszu, po Andrzeju Szczekliku". I rzeczywiście to był taki rodzaj relacji, niemal ojcowsko-synowskiej, bardzo bliskiej i ważnej dla mnie – wspominał.
Wiele miejsca poświęca także Wacławie Stec-Myśliwskiej, żonie pisarza, jego pierwszej czytelniczce i wieloletniej partnerce. – Oni poznali się, kiedy ona miała piętnaście lat, a on szesnaście. Byli razem, jak sobie wyliczyłem, siedemdziesiąt osiem lat. To było chyba jedno z najlepszych małżeństw, jakie znałem. Wacia była cudowną, mądrą partnerką, towarzyszącą jego pisarstwu i roztaczającą nad Wiesławem wspaniałą opiekę – mówił.
Czytaj także:
Pisać, żeby się dowiedzieć
Jerzego Illga fascynowała przede wszystkim niezależność Myśliwskiego. Pisarz nie podporządkowywał się rytmowi rynku wydawniczego i nie odczuwał potrzeby nieustannego przypominania o swojej obecności. – Podziwiałem jego wolność. Kompletnie ignorował reguły rządzące rynkiem, gdzie pisarze muszą co rok czy dwa udowodnić, że istnieją, pojawić się na listach bestsellerów. On to wszystko totalnie ignorował – zaznaczał.
Nie chciał pisać dziennika ani zgodzić się na wywiad-rzekę, bo, jak wspomina Illg, widział w takich formach ryzyko autokreacji. Najważniejsze pozostawało samo pisanie, rozumiane nie jako realizacja wcześniej ułożonego planu, ale jako sposób poznawania świata.
– Znałem pisarzy, którzy mieli plan powieści rozpisany niemal jak plan londyńskiego metra. A kiedy Wiesława zapytało się, o czym będzie następna książka, odpowiadał: "Gdybym wiedział, to bym jej nie pisał" – opowiadał Illg. I przywoływał słowa pisarza: "Ja piszę po to, żeby się dowiedzieć czegoś o świecie, o swoich bohaterach, o sobie samym". – Ten akt pisania był w jego wypadku tak naprawdę aktem poznania – podsumował.
***
Tytuł audycji: Rozmowy na lato
Prowadzi: Dorota Gacek
Gość: Jerzy Illg (poeta, tłumacz, wydawca)
Data emisji: 13.08.2026
Godz. emisji: 22.00
Oprac. zuzannachowaniec