Radiowe Centrum Kultury Ludowej

From Eurowizja with love

Ostatnia aktualizacja: 14.03.2019 15:08
Tegoroczna propozycja na Eurowizję, czyli „Pali się” Tulii, to bardzo polski utwór – nie tylko ze względu na biały śpiew i stroje członkiń zespołu.
Tulia na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Tofifest 2018
Tulia na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Tofifest 2018Foto: PAP/Tytus Żmijewski

Zaczyna się jak „I am the walrus”, a aranżacja przechodzi z klimatów „Męskiego grania” w stronę wczesnego U2 – po prostu polski gust w pigułce, na pewno z potencjałem na krajowy hit. To, czy międzynarodowa publika jest równie przywiązana do tradycji rockowej, okaże się wkrótce, ale kandydatura przypomniała mi długą historię przygód polskiego popu w krainie folku i – użyję tego terminu, bo będzie mowa o latach 90.  world music.

To trochę muzyczny odpowiednik zjawiska, które w projektowaniu nazywa się etnodizajnem – wykorzystywanie elementów ludowych, wzorów czy technik, w zupełnie współczesnych skądinąd przedmiotach.

Eurowizja to dobre laboratorium tego zjawiska, ponieważ kandydujące piosenki często mają służyć jako rodzaj turystycznej pocztówki, folderu z motywem etno, PR-owej wizytówki z symbolicznymi skrótami. Bywa to kluczem do sukcesu (jeśli pamiętacie przebój „Wild Dances” Rusłany, łączący huculskie motywy z image'em rodem z serialu o księżniczce Xenie). Ale niekoniecznie. W 1995 roku, zachęceni sukcesem Edyty Górniak, wysłaliśmy na konkurs inną wokalistkę o równie potężnym głosie, Justynę Steczkowską, z piosenką „Sama”, która przepadła z kretesem w głosowaniu, ale cieszy się nowym życiem wśród międzynarodowej społeczności fanów Eurowizji. „Sama”, kompozycja Mateusza Pospieszalskiego i Wojciecha Waglewskiego, to pocztówka z lat 90., są tu niemal wszystkie ambitne fascynacje: sceniczna maniera à la Kate Bush, wokalizy w stylu Liz Fraser, echa odkrytych dla Zachodu przez wytwórnię 4AD chórów bułgarskich, triphopowy beat, i oczywiście motyw góralski (wszak były to czasy sukcesów grupy Trebunie Tutki, nagrywających podhalańsko-jamajskie melodie z Twinkle Brothers!). Podobnie „Ale jestem” Anny Marii Jopek, utwór promieniejący typowym dla połowy lat 90. dźwiękowym optymizmem, dziś odkrywany przez słuchaczy z całego świata brzmi, jak motyw przewodni z nieznanego filmu Disneya.

Specyfika takich produkcji polega na prezentowaniu folkloru umownej, wymyślonej krainy. Bierze elementy stąd i zowąd, sklejając je w baśń poza miejscem i czasem. Bardziej przekonująca, bardziej malownicza baśń wygrywa. To trochę muzyczny odpowiednik zjawiska, które w projektowaniu nazywa się etnodizajnem – wykorzystywanie elementów ludowych, wzorów czy technik, w zupełnie współczesnych skądinąd przedmiotach. Etnodizajn w najczystszej formie ma nawiązywać bezpośrednio do źródeł i często tak się dzieje, na przykład gdy widzimy wycinankowe dywany, nowoczesne skrzynie czy łowickie tkaniny we współczesnym wnętrzu. Ale często bywa tak, że wkracza już w sferę baśni, w której folklor jest całkowicie umowny, często wymyślony.

Taki folklor baśniowy mówi więcej o naszej potrzebie zakorzenienia, nawet w fikcyjnym świecie, byleby tylko zachowywał pozory tradycji.

Wie o tym każdy, kto interesuje się trochę światem kosmetyków czy kuchni – oto nagle prezentowane są nam „tradycyjne” receptury „babuni”  ale jakiej babuni, z jakiej tradycji? To raczej projekcja z jakiegoś wspólnego snu, w którym babcie zielarki w haftowanych strojach przyrządzają tajemne mikstury, niczym czarownica Jaga z „Kajka i Kokosza”, podczas gdy nasze faktyczne babcie miały często więcej wspólnego z miastem, popkulturą i telewizją niż z sekretami natury. Taki folklor baśniowy mówi więcej o naszej potrzebie zakorzenienia, nawet w fikcyjnym świecie, byleby tylko zachowywał pozory tradycji.

Zespół Tulia faktycznie korzysta z prawdziwej tradycji, i to na wielu frontach. Nie tylko w sferze samego śpiewu, puszcza bowiem oko do legendy poodwilżowej Polski, kiedy – jak głosi popularna opinia  powstawały najlepsze dzieła kultury. Grupa poszła za ciosem, w teledysku wcielając się w zespół ludowy z czasów PRL i tym samym nawiązując do sukcesu „Zimnej wojny” Pawła Pawlikowskiego, filmu, który odnowił w świecie modę na polską kulturę lat 60., z jazzem, nowofalowym kinem i... zespołem Mazowsze. Chwilę przed napisaniem tego tekstu natrafiłam na wiadomość, że w „Dwóch serduszkach” zasłuchuje się Chris Martin, lider Coldplay. Magnetyzm tej legendy jest potężny i być może nie zdajemy sobie z tego sprawy – nawet jeśli jawi się jako obraz uproszczony i podkoloryzowany. Wygląda jednak na to, że to jest właśnie „pocztówka z Polski”, którą wysyłamy w świat.

Olga Drenda

***

Więcej recenzji i felietonów - w naszych działach Słuchamy i Piszemy.

Czytaj także

Muzyczne perełki od Canary Records

Ostatnia aktualizacja: 14.02.2019 09:28
Nazwisko Iana Nagoskiego zapewne kojarzą wszyscy zainteresowani grzebaniem w muzycznych archiwach.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Tfu, na psa urok

Ostatnia aktualizacja: 21.02.2019 09:33
Psa udomowiono co najmniej kilkanaście tysięcy lat temu, w późnym paleolicie, zanim zaczęto uprawę roślin i hodowlę zwierząt. Po co? 
rozwiń zwiń