Historia

Jim Morrison – psychodeliczny "Pan Charyzma"

Ostatnia aktualizacja: 08.12.2020 05:35
8 grudnia 1943 roku urodził się Jim Morrison, wokalista zespołu The Doors. Choć często podkreślał, że przede wszystkim był poetą, dla nas pozostał jedną z głównych postaci psychodelicznego rocka.
Jim Morrison
Jim MorrisonFoto: Karl-Ludwig Poggemann/ Wikimedia Commons

Sam zwykł o sobie mawiać - Król Jaszczur, choć czasem mówił też Mr Mojo Risin. Koledzy z zespołu nazywali go po prostu Jimbo. Fani natomiast z uwielbieniem mówili o nim Pan Charyzma.

Urodził się w zwyczajnej rodzinie oficera marynarki wojennej, w niewielkim miasteczku Melbourne, na Florydzie (USA). Rodzina często przenosiła się i on razem z nią zmieniał swoje miejsce zamieszkania. Nadany sobie przydomek - Król Jaszczur - pojawił się w czasie, kiedy na krótko osiedli w Nowym Meksyku, a Jim całymi godzinami lubił przyglądać się gadom na pustynnym bezkresie. Ostatecznie wraz z rodziną zamieszkali w Kalifornii.

W młodości był dość nieśmiałym chłopakiem, stroniącym od innych, uciekającym w świat "jaszczurów", pełnym buntu wobec ojca i rodzinnym zasadom. Jako nastolatek dotarł do tekstów Fryderyka Nietzschego i Williama Blake'a, ale nade wszystko znalazł inspiracje w poezji Arthura Rimbauda, Paula Verlaine'a i Charlesa Baudelaire'a. To dzięki nim "popełnił" swoje pierwsze wiersze i dzięki także ich inspiracjom zaliczany był do grona "poetów wyklętych".

Poezja jego, osadzona w romantycznej tradycji, z wieloma surrealistycznymi elementami, pełna jest tajemniczości, ale i buntu. Duży wpływ na jej wyraz miały różne używki, w których Morrison coraz bardziej się zatracał.

Obok alkoholu, czy nawet razem z nim, wypróbował całą gamę narkotyków, tak popularnych wśród "dzieci kwiatów", jak nazywano ruch hippisowski zachodniego wybrzeża USA. Bez tych elementów nie byłoby psychodelicznego rocka, a bez Morrisona nie byłoby grupy The Doors.

Nazwa słynnego zespołu, zaproponowana przez Jima, odnosiła się do książki Aldousa Huxleya "Drzwi percepcji". Grupa już pierwszą płytą osiągnęła ogromny sukces. To na niej znalazły się takie przeboje, jak "Light My Fire" czy "The End".

Sukces był wypadkową nowego instrumentalnego brzmienia i niesamowitych tekstów Morrisona. Nade wszystko jednak najwięcej magii dostarczał on sam swoim silnym i dramatycznym barytonem, swoją sceniczną osobowością, swoim wychodzeniem poza konwencje (co wkrótce stało się dla innych konwencją).

Na sześciu płytach, które zespół wydał za życia Morrisona, znalazło się jeszcze kilka kultowych utworów. Jednak jednym z najbardziej znaczących jest ten nagrany razem jako ostatni – "Riders on the Storm".

Publika kochała Jima, jego czar sceniczny, a nawet wybryki, czasem wręcz skandaliczne. Swoimi tekstami, głosem i zachowaniem potrafił natchnąć słuchaczy, widzów, jak niewielu z jego pokolenia. Mimo, że rock psychodeliczny był czymś powszechnym w drugiej połowie lat sześćdziesiątych XX wieku, po obu stronach Atlantyku, niewielu jest wykonawców tak mocno oddziałujących, tak bardzo zapamiętanych jak Morrison i The Doors. Wymienić tu można jedynie Janis Joplin, The Grateful Dead, Iron Butterfly czy Jimiego Hendrixa. Wiele bardzo znanych rockowych zespołów sięgało po tę stylistykę w niektórych utworach, na niektórych płytach.

Jim Morrison, jak nagle pojawił się na scenie muzycznej, tak nagle odszedł, pod wpływem różnych używek, w tajemnicy, w Paryżu... a informację o jego śmierci podano dopiero po ośmiu dniach, pięć dni po pogrzebie... pochowany został na paryskim cmentarzu Père-Lachaise, wśród takich nieśmiertelnych jak Guillaume Apollinare, Honoré de Balzac, Marcel Proust, Fryderyk Chopin czy jego ulubiony poeta Oscar Wilde.

Pojawił się jak burza, jak jej jeździec i razem z nią odszedł. Tylko czasem, ktoś jeszcze włączy jego muzykę, jak echo minionych grzmotów...

PP

Czytaj także

40 lat temu zabójstwo Johna Lennona zmroziło cały świat

Ostatnia aktualizacja: 08.12.2020 05:40
8 grudnia 1980 roku dwudziestopięcioletni szaleniec zastrzelił Johna Lennona, w bramie jego domu na Manhattanie w Nowym Jorku.
rozwiń zwiń