Błędem jest przy tym myślenie, że aktorzy stosunków międzynarodowych działają zawsze racjonalnie, a w wojnie, jeśli jedna strona przegra to druga musi wygrać. Historia polityczna świata pokazuje, że element ludzki odgrywa ogromne znaczenie i wiele decyzji podejmowanych jest pod wpływem błędu, emocji oraz uprzedzeń i stereotypów.
Kilka dni temu pewien prodemokratyczny działacz z Bliskiego Wschodu zarzucił mi, że jestem nadmiernym pesymistą, bo jego zdaniem ograniczenie wpływów regionalnych Iranu jest możliwe, a to będzie klucz do stabilizacji regionu. Odpowiedziałem mu anegdotą. Wyobraźmy sobie Europę w 1913 r. i dziadka jasnowidza rozmawiającego ze swoimi kilkuletnimi wnukami. Jako optymista mógłby powiedzieć im, że nim dożyją jego wieku to czeka ich wspaniała przyszłość: zjednoczona Europa bez wojen. Jako pesymista mógłby jednak dodać, że mogą w międzyczasie zostać zabitymi, bo po drodze będą dwie gigantyczne katastrofy, masowy rozlew krwi, ludobójstwo itp.
Na I wojnie światowej nie skorzystała żadna z głównych jej stron. Niemcy były wówczas największym mocarstwem dominującym militarnie, gospodarczo i demograficznie w Europie, a zatem w ówczesnym świecie. Po wybuchu wojny odniosły błyskawiczne sukcesy zarówno w działaniach przeciwko Francji jak i Rosji, utrzymując zdobycze terytorialne do końca wojny. Cóż z tego, skoro wojna tak ich wyczerpała, że na koniec ją przegrały. Trzy imperia przegranej koalicji przestały istnieć, ale to samo stało się z Imperium Rosyjskim będącym po stronie wygranej. Francja wyszła zaś z wojny totalnie osłabiona, podczas gdy na scenie pojawił się nowy gracz: USA.
Teraz może być podobnie. USA jest niekwestionowaną potęgą militarną, którą zademonstrowało w pierwszych dniach wojny. Ale Stany Zjednoczone poszły na nią bez planu i opierając się na iluzjach. Dlatego utkwiła ona w martwym punkcie, a absolutna dominacja w powietrzu okazała się nie wystarczająca do złamania determinacji Iranu, który, póki co skutecznie realizuje swoją strategię. USA nie mają pomysłu na odblokowanie cieśniny Ormuz, a uderzenie na infrastrukturę energetyczną Iranu najprawdopodobniej doprowadzi do przekształcenia regionu w totalną pustynię po odwetowym uderzeniu na infrastrukturę państw arabskich, instalacje desalinacyjne, wreszcie możliwym skażeniu wód Zatoki Perskiej. Gigantyczne fale migracji i globalny kryzys gospodarczy doprowadzą do destabilizacji Europy, zamieszek, a na koniec przejęcia władzy przez ugrupowania skrajne, a być może nawet do upadku demokracji na naszym kontynencie. Niemożliwe? A kto w 1914 r. uważał za możliwe to jak Europa będzie wyglądać 5 lat później?
Oczywiście USA też za to by zapłaciły, a w szczególności rządzący obecnie Republikanie, którym wyborcy wystawią rachunek już w listopadowych wyborach mid-term. Ale jest możliwy jeszcze gorszy scenariusz. Iran wie, że atak lądowy to szaleństwo i zakłada, że do niego nie dojdzie. Tyle, że szaleństwa w polityce się zdarzają. Jeśli Donald Trump pośle tych kilka tysięcy żołnierze by opanowali wyspę Chark lub inne wyspy irańskie albo jego wybrzeże, to skończy się to masakrą. Ta zaś wymusi pełnoskalową inwazję, bo Amerykanie nie będą mogli przełknąć takiego upokorzenia. Wtedy wzrosną też naciski na europejskich sojuszników by włączyli się do tej wojny, a Stany Zjednoczone będą się starały zneutralizować lub pozyskać Rosję. Już to widać i jest to gigantyczny błąd.
Rosja nie traktuje Iranu jako sojusznika, lecz jako narzędzie i w jej interesie jest jak największa eskalacja. To co po tej wojnie zostanie z Iranu nie ma dla Kremla znaczenia, ważne by USA jak najbardziej wyczerpywały swoje zasoby. Dlatego Rosja może oczywiście wspierać Iran, ale również z ochotą sprzeda go za odpowiednią cenę, a Amerykanie wydają się gotowi zapłacić więcej niż ta pomoc rosyjska jest warta. Moskwa już ma wyższe ceny ropy i częściowe zniesienie sankcji i dostała to całkowicie za darmo, nic nie dając w zamian. Drugim zyskiem są tarcia na linii transatlantyckiej, które wzrosną, jeśli zacznie się inwazja lądowa, a Europa odmówi swego udziału. Oczywiście wzięcie udziału byłoby jeszcze gorszą opcją, gdyż oznaczałoby poświęcenie potencjału na bezsensowną wojnę, przy rosnącym zagrożeniu ze strony Rosji.
Co byłoby lepszym prezentem i zachętą dla Rosji do rozwinięcia swoich imperialnych zapędów jak nie uwikłany w wyczerpującą wojnę na Bliskim Wschodzie Zachód albo tylko USA, przy rozwalających NATO pretensjach do europejskich sojuszników o „niewdzięczność” i głosach o bezużyteczności Sojuszu dla bezpieczeństwa USA? Co powstrzyma wówczas Rosję przed uderzeniem na państwa bałtyckie, jeśli zawczasu Europa nie wzmocni tam swojej gotowości do odparcia ataku. Trzeba działać szybko, odrzucić możliwość jakiegokolwiek zaangażowania militarnego na Bliskim Wschodzie i zamiast tego skupić się na odstraszeniu Rosji przed próbą zajęcia choćby milimetra kwadratowego terytorium państw UE. Polski żołnierz nie będzie umierać pod Teheranem, ale Narwy lub Łatgalii będziemy bronić za wszelką cenę.
Witold Repetowicz, dziennikarz i ekspert ds. Bliskiego Wschodu. Autor książek reporterskich o konfliktach w regionie, relacjonował wydarzenia w Syrii i Iraku. Adiunkt Akademii Sztuki Wojennej