Elvis Presley nie pojawił się w kulturze przypadkiem. Był efektem napięć społecznych i muzycznych, które narastały w Ameryce lat 50. Wychowany w biedzie, dorastający w sąsiedztwie afroamerykańskim, nasiąkł gospel, bluesem i rhythm and bluesem. Te wpływy ukształtowały jego wrażliwość i sposób śpiewania – intuicyjny, szczery, pozbawiony dystansu.
Gdy trafił na scenę, stał się detonatorem. Jego głos i ruch były zaprzeczeniem statecznej estrady. Biodra, napięcie ciała, kontakt z publicznością – wszystko to budziło skandal, ale i fascynację. Elvis łamał obyczajowe granice i robił to bez deklaracji, jakby instynktownie.
Dla Michała Milowicza właśnie ta pierwotna, „zwierzęca” energia Presleya była najważniejsza. Aktor wielokrotnie podkreślał, że nie interesowało go naśladowanie Elvisa, lecz zrozumienie jego dynamiki i scenicznej prawdy. – To nie była poza. To był impuls – mówił o Presleyu.
Fenomen Elvisa polegał także na tym, że stał się pomostem między czarną a białą Ameryką. Jako jeden z pierwszych białych artystów był autentycznie akceptowany przez afroamerykańskich słuchaczy. Śpiewał ich muzykę, ale nie zawłaszczał jej – oddawał jej emocjonalny ciężar. To sprawiło, że gdy zaproponował własny repertuar, publiczność poszła za nim.
Jednocześnie był artystą uwikłanym w system. Ogromna popularność przyniosła mu nie tylko sukces, ale też ograniczenia. Nigdy nie wystąpił koncertowo poza Stanami Zjednoczonymi, co dziś uznawane jest za jeden z największych paradoksów jego kariery. Elvis, który podbił świat, nie mógł wyruszyć w świat.
Milowicz zwraca uwagę, że brak międzynarodowych tras mógł mieć ogromny wpływ na psychikę Presleya. Jego zdaniem koncert na żywo był dla Elvisa naturalnym środowiskiem – miejscem, w którym naprawdę oddychał. Brak tej przestrzeni oznaczał stopniowe zamykanie się w złotej klatce.
Presley próbował odnaleźć się również w kinie. Wystąpił w kilkudziesięciu filmach, jednak większość z nich była podporządkowana komercyjnym schematom. Zamiast ról dramatycznych otrzymywał lekkie musicale, w których obowiązkowo musiał śpiewać. Ambicje aktorskie coraz częściej zderzały się z decyzjami menadżera i wytwórni.
Równolegle pogarszał się jego stan zdrowia. Presja, samotność i uzależnienie od leków sprawiły, że pod koniec życia Elvis był cieniem samego siebie. Jego śmierć w 1977 roku do dziś pozostaje jedną z najbardziej poruszających w historii muzyki popularnej – symbolem ceny, jaką płaci się za bycie ikoną.
W rozmowach o Elvisie Milowicz często podkreśla, że Presley był przede wszystkim człowiekiem – wrażliwym, łatwo poddającym się wpływom, spragnionym prawdziwej relacji z publicznością. Jego zdaniem to właśnie ta wrażliwość czyni Elvisa artystą ponadczasowym.
Mimo upływu lat Elvis Presley nie znika z kultury. Jego piosenki – opowiadające o miłości, tęsknocie i relacjach – pozostają czytelne także dziś. Każda nowa interpretacja, film czy powrót jego muzyki do obiegu przypomina, że Presley nie jest zamkniętą legendą, lecz żywym punktem odniesienia.
Dla Michała Milowicza dowodem tej żywotności była reakcja młodej publiczności na współczesne filmy i spektakle inspirowane Elvisem. – Ta muzyka nie potrzebuje nostalgii. Ona działa tu i teraz – podkreślał.
Elvis Presley miałby dziś 91 lat. Jego świat dawno przeminął, ale emocje, które uruchomił, wciąż są obecne. I dopóki jego muzyka brzmi – dopóty król rock and rolla pozostaje nieśmiertelny.
pż