Redakcja Polska

Powrót do ojczyzny. Dlaczego Polska wciąż nie jest gotowa na swoich rodaków ze Wschodu?

07.07.2026 09:15
Sergiusz Andruszkiewicz jest potomkiem polskiej szlachty zesłanej na Sybir. Cztery lata temu spełnił marzenie swoje oraz kilku pokoleń swojej rodziny i wrócił do Polski. Na własnej skórze przekonał się jednak, że system administracyjny wciąż nie jest przygotowany na przyjęcie takich jak on. Z Sergiuszem Andruszkiewiczem – sekretarzem Mazowieckiego Stowarzyszenia Pamięci Zesłańców Sybiru rozmawiamy o biurokratycznych przeszkodach, sankcjach i codziennych trudnościach, z jakimi mierzą się potomkowie Polaków, którzy zdecydowali się wrócić do ojczyzny. 
Audio
  • – Żyjemy ciągle pod takimi podwójnymi represjami. Nie możemy ani tam w pełni się poczuć Polakami, nie możemy tam jako Polacy mieszkać, żyć. Ani tu w Polsce, bo traktowano nas nieco w inny sposób – mówi Sergiusz Andruszkiewicz w rozmowie z Piotrem Żułnowskim [posłuchaj]
Sergiusz Andruszkiewicz, sekretarz Mazowieckiego Stowarzyszenia Pamięci Zesłańców Sybiru
Sergiusz Andruszkiewicz, sekretarz Mazowieckiego Stowarzyszenia Pamięci Zesłańców SybiruFoto: fot. Piotr Żułnowski

Historia rodziny Andruszkiewiczów zaczyna się daleko od współczesnych granic Polski – na Kresach, w okolicach Mińska Litewskiego. Wcześniej związana była jednak z ziemiami litewskimi, w pobliżu Kowna. Przodkowie rozmówcy otrzymali tam ziemię od króla Jana Kazimierza Wazy w nagrodę za udział w bitwie pod Białą Cerkwią, w której ośmiokrotny pradziad Sergiusza, Maciej Andruszkiewicz, walczył jako porucznik chorągwi husarskiej. Na otrzymanych ziemiach powstał folwark, który nazwał od własnego nazwiska – Andruszkańce. Nazwa ta do dziś widnieje zarówno na współczesnych mapach, jak i na starych, przedwojennych planach tych terenów.

Później rodzina przeniosła się w okolice Mińska Litewskiego, gdzie mieszkała aż do 1930 roku. Wtedy właśnie, jako Polacy, zostali objęci represjami i wywiezieni na przymusowe roboty do łagrów na północnym Uralu – a więc, jak podkreśla rozmówca, w granice szeroko rozumianego Sybiru, obejmującego zarówno Ural, jak i Syberię czy Daleki Wschód.

Choć plan przeprowadzki do Polski towarzyszył Sergiuszowi Andruszkiewiczowi od dawna – regularnie odwiedzał kraj, ma tu rodzinną historię i groby bliskich, między innymi na Powązkach Wojskowych w Warszawie – jego realizację odkładały kolejne życiowe etapy: studia, praca, założenie rodziny. W końcu, gdy miał już żonę i syna, uznał, że dalsze zwlekanie nie wchodzi w grę. W 2022 roku cała rodzina wyjechała do Polski.

Zapytany, dlaczego nie skorzystał z rządowego programu repatriacyjnego, Andruszkiewicz nie ma wątpliwości.

"Ten program, jak na czasy dzisiejsze, dość skomplikowany do wykonania, do spełnienia tych wymogów. Dość długotrwały program, bo to może potrwać od pięciu lat i więcej" – tłumaczy Sergiusz Andruszkiewicz.

Deportowani 10 lutego 1940 r. z Kolonii Sobótka w pow. podhajeckim woj. Tarnopolskie przy pracy w tajdze. Pierwszy z prawej NN fotograf ze Lwowa, trzeci Józef Łabuz, Michał Mrózek, Kuśmierek i jego dziesięcioletni syn. Dworyszcze, Kazaczyński Rejon, Krasnojarski Kraj na Syberii 1940 rok
Fot. Źr. Komisja Historyczna Krakowskiego Oddziału Związku Syb
Deportowani 10 lutego 1940 r. z Kolonii Sobótka w pow. podhajeckim woj. Tarnopolskie przy pracy w tajdze. Pierwszy z prawej NN fotograf ze Lwowa, trzeci Józef Łabuz, Michał Mrózek, Kuśmierek i jego dziesięcioletni syn. Dworyszcze, Kazaczyński Rejon, Krasnojarski Kraj na Syberii 1940 rok   Fot. Źr. Komisja Historyczna Krakowskiego Oddziału Związku Sybiraków

Program repatriacyjny, jak wyjaśnia, opiera się na zasadzie dwustronnego zaangażowania – państwo polskie zapewnia repatriantowi mieszkanie, pracę i środki na przeprowadzkę, ale w zamian wymaga spełnienia rygorystycznych warunków i długiego oczekiwania. Dla rodziny, która chce się przeprowadzić w ciągu najbliższego roku, jest to rozwiązanie zupełnie nieprzystające do rzeczywistości.

Rodzina zdecydowała się więc na drogę wizową – teoretycznie szybszą, w praktyce równie skomplikowaną. Samo uzyskanie wizy, nawet z Kartą Polaka, trwało w tamtym czasie nawet pół roku. Dodatkowym utrudnieniem było zamknięcie niemal wszystkich polskich konsulatów w Rosji – z wyjątkiem ambasady w Moskwie. Oznaczało to, że mieszkańcy odległych regionów, jak choćby Dalekiego Wschodu, musieli pokonywać całą Rosję, by załatwić jakąkolwiek formalność.

Rodzina przyjechała do Polski dosłownie w chwili wybuchu wojny w Ukrainie – co, jak przyznaje Andruszkiewicz, zbiegło się z gwałtownym zaostrzeniem relacji międzynarodowych i wprowadzeniem sankcji wobec obywateli Rosji. Sankcje te, choć wymierzone w zupełnie inną grupę, uderzyły również w etnicznych Polaków przyjeżdżających z tego kierunku.

Skutkiem był między innymi brak dostępu do bankowości – Sergiusz nie mógł założyć konta, a nawet opłacić drobnej opłaty urzędowej za zameldowanie.

"Wszedłem obok starostwa do banku, do placówki, pani odmówiła przyjęcie płatności, bo sankcje wobec obywateli z tamtego kierunku" – wspomina Andruszkiewicz, dodając, że ostatecznie musiał poprosić o pomoc przypadkową osobę z ulicy, by ta uregulowała za niego należność.

Karta Polaka, która teoretycznie powinna otwierać drzwi do urzędów i rynku pracy, w jego przypadku nie miała żadnego znaczenia – bo w momencie przyjazdu Sergiusz jeszcze jej nie posiadał. Pracownicy polskiej ambasady w Moskwie, z uwagi na dynamicznie zmieniającą się sytuację, sami nie byli pewni własnej przyszłości i nie mogli zagwarantować terminu egzaminu. Krótko potem – jak relacjonuje rozmówca – kilkudziesięciu polskich dyplomatów zostało wydalonych z Rosji.

Dodatkowym ciosem okazało się usunięcie obywateli Rosji z listy krajów, których obywatele mają ułatwiony dostęp do polskiego rynku pracy. W praktyce oznaczało to, że każdy pracodawca chcący zatrudnić Sergiusza musiałby wystąpić o specjalne zezwolenie – proces trwający miesiącami i niewart zachodu w porównaniu z zatrudnieniem kogokolwiek innego.

Gdy skończyła się wiza, rodzina straciła jakikolwiek legalny dostęp do zatrudnienia. Jedyną drogą wyjścia było uzyskanie Karty Polaka, która – w przeciwieństwie do wizy – daje prawo do pracy niezależnie od jej ważności. Droga ta, mimo teoretycznej prostoty procedury, okazała się jednak drogą przez mękę.

"Musiałem utrzymywać przez cały rok rodzinę, nie mieć dostępu do rynku pracy, zmagając się z tą biurokracją, z tym rzucaniem kłód pod nogi od strony urzędu" – mówi Sergiusz Andruszkiewicz, przyznając, że bez pomocy prawnika cała procedura byłaby niemożliwa do przejścia.

Deportowani w 1940 roku. Białojarsk, rejon barnaulski, Ałtajski Kraj, lata 1943–1946
Foto: Źr. Komisja Historyczna Krakowskiego Oddziału Związku Sybiraków
Deportowani w 1940 roku. Białojarsk, rejon barnaulski, Ałtajski Kraj, lata 1943–1946   Fot. Źr. Komisja Historyczna Krakowskiego Oddziału Związku Sybiraków

Sam rozmówca nie ma złudzeń co do przyczyn tych trudności. "Przyjechałem z niewłaściwego kierunku, sytuacja polityczna była ostra, wszystko było zaostrzone, napięte" – zauważa, dodając, że urzędnicy najprawdopodobniej obawiali się wziąć na siebie odpowiedzialność za decyzje w tak niepewnym czasie.

Po roku i dwóch miesiącach Sergiusz otrzymał wreszcie Kartę Polaka. Mógł wówczas złożyć wniosek o pobyt stały – kolejny etap, który również zajął rok. Ostatecznie pobyt stały otrzymał on i jego syn, jako obywatel polski z urodzenia. Żona, niebędąca Polką, wciąż czeka na uregulowanie swojego statusu.

Absurdem, na który zwraca uwagę Andruszkiewicz, jest sytuacja, w której urząd – rozpatrujący wniosek o pobyt – zażądał od niego wyciągu z konta bankowego za ostatnie pół roku, jako dowodu stałego zamieszkania w Polsce. Gdy Sergiusz zgłosił się po ten dokument do banku, w którym miał już wcześniej założone konto, okazało się, że w międzyczasie wszedł w życie kolejny pakiet unijnych sankcji – i bank natychmiast wypowiedział mu umowę.

Dla Sergiusza Andruszkiewicza najboleśniejszy jest paradoks, w jakim znalazła się jego rodzina – represjonowana w przeszłości za polskość, dziś w Polsce bywa traktowana jak obywatele kraju, z którego formalnie przyjechała.

"Dokładnie, bo żyjemy ciągle pod takimi podwójnymi represjami. Nie możemy ani tam w pełni się poczuć Polakami (...) ani tu w Polsce, bo traktowano nas nieco w inny sposób" – mówi Andruszkiewicz.

Rozmówca wyraźnie zaznacza jednak, że jego zastrzeżenia nie dotyczą zwykłych ludzi. Przeciwnie – wielu Polaków, jak podkreśla, okazało mu bezinteresowną pomoc, za co pozostaje wdzięczny. Problemem pozostaje wyłącznie system administracyjny i prawny, który – jego zdaniem – nie nadążył za zmieniającą się rzeczywistością geopolityczną.

Jako wieloletni działacz środowisk polonijnych na Uralu, Andruszkiewicz przyznaje, że nie zna dziś nikogo, kto skorzystałby z programu repatriacyjnego w jego obecnej formie i pomyślnie przeprowadził się do Polski. Ostatni znany mu przypadek dotyczy części rodziny, która wróciła w latach 60. – od tamtej pory, z tego, co wie, nikt z jego otoczenia nie skorzystał z tej ścieżki.

Główną wadą programu jest, jego zdaniem, czas realizacji – decyzja o przeniesieniu centrum życiowego rodziny do innego kraju wymaga namysłu, a wieloletnie oczekiwanie sprawia, że w międzyczasie zmienia się wszystko: sytuacja rodzinna, polityczna, życiowa.

Drugim istotnym problemem jest sposób, w jaki skonstruowana jest ustawa repatriacyjna. Wymaga ona konkretnych dokumentów potwierdzających polskie pochodzenie – tymczasem wiele rodzin, które przeszły przez łagry, takich dokumentów po prostu nie posiada. Często ukrywano polskie pochodzenie celowo, by przetrwać represje – ujawnienie go groziło deportacją lub gorszymi konsekwencjami. Zachowały się za to inne ślady, jak protokoły przesłuchań NKWD czy KGB, w których niekiedy odnotowywano narodowość zesłanych – jednak obowiązująca ustawa nie uwzględnia takich dokumentów jako wystarczającego dowodu.

W efekcie, jak podsumowuje Sergiusz Andruszkiewicz, wiele rodzin o polskich korzeniach zostaje z góry wykluczonych z programu, mimo że to właśnie one najbardziej ucierpiały za swoją polskość.

Bezcenne archiwa dla Polonii w Kazachstanie. Czy historycy dotrą do tajnych teczek NKWD?

05.07.2026 10:55
Dla polskich i kazachskich badaczy to prawdziwy skarbiec wiedzy – dokumenty, które mogą rzucić nowe światło na losy tysięcy Polaków deportowanych w 1936 roku. Choć formalnie zostały odtajnione, dostęp do nich wciąż pozostaje zablokowany przez urzędnicze i systemowe bariery. Kluczem do przełomu może okazać się nowa inicjatywa polityczna, która zyskała poparcie w parlamencie Kazachstanu.

Język, który otwiera możliwości. Polska szkoła w Rydze przyciąga kolejne pokolenia

06.07.2026 14:00
- Polska jest na Łotwie krajem atrakcyjnym i prestiżowym, a znajomość języka polskiego daje młodym ludziom nowe możliwości – mówi Ewa Sawczuk, nauczycielka skierowana przez Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za Granicą (ORPEG) do pracy w Rydze. Uczy dzieci, młodzież i dorosłych, pomagając im odkrywać język przodków i poznawać współczesną Polskę.