Wizyta starszego pana

Ostatnia aktualizacja: 17.06.2015 19:01
Dzisiejszy Narodowy Stary Teatr już się zdarzył – w Warszawie lat międzywojennych, głównie na letnich scenach. I wszystko, co jest o dzisiejszym Starym do powiedzenia – Słonimski napisał już wtedy. Nie warto niepokoić pióra, nie warto brudzić kartki kajetu.
Antoni Słonimski
Antoni Słonimski Foto: PAP-ARCHIWUM

W szarym, o szerokich klapach, szytym ręcznie garniturze od warszawskiego krawca z epoki międzywojennej, Panie świeć nad jego pokłutymi palcami. Biała koszula, dyskretny węzeł krawata w głębszym niż szarość marynarki odcieniu szarości. Anachroniczne okulary na nosie jak żagiel, nosie dużo większym niż za życia, a wyżej już zupełny brak włosów. Pomiędzy chudymi palcami prawej dłoni niespiesznie błąka się pióro, niczym moneta prestidigitatora. Na kolanie nogi założonej na nogę – kajet otwarty na stronie czystej. Zanotuje coś dzisiaj? Czym pisał, gdy pisał? Starym Watermanem koloru węgla? Zielonym Pelikanem o podobnej metryce? I atramentem - w jakim kolorze? Antoni Słonimski. Nie sposób go było w niedzielę o zmierzchu nie zauważyć na widowni Narodowego Starego Teatru, nie można go było pomylić z kimś innym. Przyszedł, bilet kupił i w fotelu trzeciego rzędu zasiadł, by obejrzeć „Hamleta”. Od dawna wiadome było, że twórcy „Hamleta”, tego „Hamleta” – reżyser Krzysztof Garbaczewski i scenarzysta Marcin Cecko – dokumentnie zmienili fabularne wyroki Williama Szekspira, więc ja zmieniłem wyroki Boga. Przyśpieszyłem zmartwychwstanie. Słonimski wrócił – gdyż zachciało mi się, by wrócił. Zachciało mi się zobaczyć, jak notuje w kajecie szkic kolejnego felietonu, zarys kolejnego kamyczka do ogrodu jego „Gwałtu na Melpomenie”. Tak – przyszedł.


Szukał kurtyny – nie znalazł. Kontemplował sceniczny krajobraz. Wbite w ciemny okrąg białe dłonie z tworzywa sztucznego, kręcące się wokół własnej osi. Gigantyczną, łba Polifema godną małżowinę uszną, wiszącą wysoko pod sufitem. Sterczące na proscenium trójkątne graniastosłupy z przezroczystego plastiku. Odciętą w łokciu, z prawej strony sceny na sztorc ustawioną rękę z zaciśniętą na czubie pięścią, rękę wielkości małego fiata, zrobioną z gipsu lub wyglansowanego styropianu. Po lewej stronie wbite na stalową żerdź serce jak dwie czerwone polowe kuchnie piechoty. Jeszcze zwój giętkich rurek podłączonych do tajemnej płaskorzeźby, leżącej tuż za graniastosłupami. I jeszcze stare, na plac Szczepański wychodzące okno z boku widowni, na razie zamknięte. Kontemplował brak krajobrazu, kontemplował znieruchomiałą panikę wyglądów od Sasa do Lasa – i nie odkręcał pióra. Cóż miał zanotować? Uśmiechnął się tylko cienko do starej frazy, co ją za życia ze sto razy popełnił na cześć podobnych krajobrazów: „Dekoracji nie było”. I czekał.


Słonimski czekał, aż się zacznie, ale to już się zaczęło. Gdy ludzie jeszcze szukali miejsc na widowni, jeszcze się przeciskali i sadowili – „Hamlet”, ten „Hamlet”, już trwał. Oto Robinson Cruzoe – w pasiastych gaciach majtka, bosy i rzecz jasna brodaty – brodząc w płytkim, okrągłym, na środku sceny ustawionym basenie, możliwe iż nadmuchiwanym, przy pomocy kija rybę próbował złowić na kolację, lecz ryba nie brała, więc Robinson łowił, łowił i łowił, aż wreszcie kij porzucił, basen opuścił i z rozpaczy, tudzież by głód oszukać, zaczął coś głębinnego recytować ponuro (bo jak nie masz co do garnka włożyć – poezją się nasyć, rozbitku!), z nogi na nogę przestępując między zmechanizowanymi białymi dłońmi. Tak, był Robinson Cruzoe w rozpaczy, lecz jednak nie w aż tak potężnej, jaka dopadła aktora Kruszelnickiego, okutanego szlafrokiem gejszy i okraszonego groźnym kokiem Ronina, który to Kruszelnicki miał grać Poloniusza, a kreował jednego z siedmiu samurajów, wprawdzie do dziś nie wiadomo, którego, lecz z zachowania Kruszelnickiego wnoszę, iż zrozpaczonego potężnie, gdyż chciałby kogoś powalić ciosem karate – a tu nikogo odpowiedniego nie ma, jak chwilę wcześniej nie było dla Robinsona ryb w płytkim basenie. Słonimski znów nie odkręcił pióra. Znów uśmiechnął się cienko, bo znów wróciły stare frazy. Ta dla Robinsona Cruzoe: „Bardzo przystojny mężczyzna, tylko szkoda, że musiał mówić”. I te dla Kruszelnickiego: „Pan Chmieliński, który miał kreować króla Artura, pomylił się i zagrał Felicjana Dulskiego, i przyznać trzeba, iż zagrał świetnie. Ani cienia sztuczności czy jakiegokolwiek patosu: stworzył wstrząsającą kreację biednego, zahukanego starowiny, przebranego w stary szlafrok żony. Jest to jedna z jego najlepszych ról, i szkoda tylko, iż partnerzy nie zorientowali się w sytuacji i grali dalej „Króla Agisa””. Różnica tylko taka, że partnerzy Kruszelnickiego nie zorientowali się nie tylko w tym, co Kruszelnicki naprawdę gra. Oni się do końca nie zorientowali, co ma grać każdy z nich z osobna, więc każdy grał swoją własną panikę. I ruszyło wszystko! Ruszyła ruina! A Słonimski nie odkręcał pióra. Niby po co? On tylko uśmiechał się do swych wieki temu napisanych kawałków. Lecz coraz cieniej się uśmiechał, coraz smutniej.


Tak, ruina ruszyła. Trzech Hamletów, w tym jeden przez chwilę jako Ofelia z pokrwawionymi palcami, drugi jako chudy erotoman przy basenie nakłaniający inną Ofelię do pochopności, trzeci zaś, zwany Maszyną, okrutnie dziki w swojej recytacji. I uśmiech Słonimskiego: „Dzikość p. Myszkiewicza przewyższała wszystko, co pamiętają najstarsi ludzie: był on – przyznajmy otwarcie – prawie tak straszny, jak reżyseria sztuki”. A co z mową reszty tragików? Uśmiech mistrza Antoniego: „Reszta aktorów mówiła, jeśli się tak wyrazić można, na wysokich obcasach”. I nie tylko tak, gdyż perorowali również przez telefon, perorowali ambitnie, choć coś na łączach przerywało, zaś pan Józefczak perorował nawet przez policyjny ręczny megafon, i okazywał przy tym osobliwą radość. Kolejny uśmiech cienki: „Wesołość p. Macherskiego przypomina zapałki, których nigdy nie ma się pod ręką, kiedy są potrzebne. Humor jego jest zrobiony z drzewa i ma małą żółtą główkę”. I w ogóle było na scenie Starego tak, jak za czasów Słonimskiego w teatrzykach letnich: „Chmurkowski grał jak Norski, a Norski jak Chmurkowski”. A nawet jeszcze przykrzej: „Krzyczeli, skakali, ale się im nie udało. Jedynym bowiem wykonawcą, który otrzymał oklaski, było pudło karety”. Czyli – co? Czyli kolejny uśmiech Słonimskiego: „Aktor udający szczekanie psa za sceną jest szczerym, skromnym i wielkim artystą”. Owszem, tak wielkim, skromnym i szczerym jak techniczny, który długą drabinę od placu Szczepańskiego podstawia, by samuraj Kruszelnicki, wcześniej galopem opuściwszy gmach teatru, mógł upocony i zdyszany na scenę wrócić przez otwarte już, wcześniej wspomniane stare okno na wysokim, bardzo wysokim pierwszym piętrze. No i włazi! Włazi z, ujmijmy to tak, ironicznie cyrkową, bowiem emerytowaną wirtuozerią starego kominiarza - a Słonimski w trzecim rzędzie kolejny raz uświadamia sobie, że to już było, że o podobnych aktorskich wyczynach napisał 2 marca 1924 roku: „Wspomnieć należy o fokach, które po paru miesiącach tresury żonglują świetnie nożami i talerzami”. Czy coś jeszcze się wydarzyło?


Rozwijać temat zjeżdżającego ze strychu okrągłego ekranu, na którym wyświetla się gonienie aktorów po teatrze całym? Rozwijać problemat krwi tryskającej z rzeczonych rurek, a także kwestię rzeczonej płaskorzeźby, która okazuje się podobizną Europy, zalewaną krwią z rurek? Mówić o dzielności pana Cecko, który swą literaturką poprawia ułomnego Szekspira? Albo o totalnym bałaganie zmontowanym z Szekspira, Wyspiańskiego, Modrzejewskiej, Mitoraja, Swinarskiego oraz Heinera Müllera, bałaganie wspomaganym przez rockową kapelę Pedal Pushers oraz przez serce na żerdzi, które naraz bić zaczyna samo z siebie? Włazić w ten gruz monstrualny, przez prawie trzy godziny się sypiący? Niby po co? Przecież wszystko to było!
Dzisiejszy Narodowy Stary Teatr już się zdarzył – w Warszawie lat międzywojennych, głównie na letnich scenach. I wszystko, co jest o dzisiejszym Starym do powiedzenia – Słonimski napisał już wtedy. Nie warto niepokoić pióra, nie warto brudzić kartki kajetu. Wystarczy poczytać „Gwałt na Melpomenie”. Wystarczy przypomnieć stare dzieje teatralnej tandety. Choćby te zdania, które Słonimski 5 kwietnia 1925 roku ułożył o scenicznej ruinie „Wygnany eros”, i które wróciły doń w epilogu „Hamleta” Garbaczewskiego i Cecko, kiedy od godziny już się nie uśmiechał.

„Nie warto chodzić. Jeśli się już pójdzie, nie warto słuchać. Jeśli się słucha, nie warto o tym pisać. Jeśli się napisze, nie warto drukować. Jeśli się wydrukuje, nie warto czytać. Jacyś ludzie nauczyli się tego na pamięć. Dziwne. Wstyd.”

Paweł Głowacki

Czytaj także

Wzlot i upadek genialnego hochsztaplera

Ostatnia aktualizacja: 31.03.2015 14:00
Jest miło, gdyż byłem w teatrze, w którym był teatr, a to dziś nie byle co. Wyszedłem o 20 kilo ołowiu lżejszy. Opuszczając swój rząd - płotek kolan koszykarki przeskoczyłem niczym pasikonik. Wszyscy byli wstrząśnięci. „No, no”, szeptali z podziwem.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Król Papier

Ostatnia aktualizacja: 27.05.2015 15:00
Czy już do tego w Narodowym Starym Teatrze doszło, że jak się aktora nie podeprze głośnikiem o wysokiej mocy – to biedak brzmi na scenie niczym ryba w akwarium, z katatonicznym wyrazem oczu łykająca zielonkawą wodę?
rozwiń zwiń

Czytaj także

Nitki

Ostatnia aktualizacja: 03.06.2015 15:17
Taka to jest pięćdziesięciominutowa impresja Miklaszewskiego. Smakowity filmowy pchli targ. Echo „Pieska przydrożnego” Miłosza, zbioru szkiców, sugestii, smaków, zostawionych potomnym, co by je, jeśli zechcą, rozwinęli w swoje opowieści pełne, opowieści idące do samego końca.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Obca cywilizacja

Ostatnia aktualizacja: 10.06.2015 15:29
W roku 2012 albo 2013 Antoni Libera i Janusz Pyda OP – dominikanin, filozof, teolog dogmatyczny – zatrzymali się na dłużej obok słowa „Ciemność”. Któregoś popołudnia, może o zmierzchu.
rozwiń zwiń