X
Szanowny Użytkowniku
25 maja 2018 roku zaczęło obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r (RODO). Zachęcamy do zapoznania się z informacjami dotyczącymi przetwarzania danych osobowych w Portalu PolskieRadio.pl
1.Administratorem Danych jest Polskie Radio S.A. z siedzibą w Warszawie, al. Niepodległości 77/85, 00-977 Warszawa.
2.W sprawach związanych z Pani/a danymi należy kontaktować się z Inspektorem Ochrony Danych, e-mail: iod@polskieradio.pl, tel. 22 645 34 03.
3.Dane osobowe będą przetwarzane w celach marketingowych na podstawie zgody.
4.Dane osobowe mogą być udostępniane wyłącznie w celu prawidłowej realizacji usług określonych w polityce prywatności.
5.Dane osobowe nie będą przekazywane poza Europejski Obszar Gospodarczy lub do organizacji międzynarodowej.
6.Dane osobowe będą przechowywane przez okres 5 lat od dezaktywacji konta, zgodnie z przepisami prawa.
7.Ma Pan/i prawo dostępu do swoich danych osobowych, ich poprawiania, przeniesienia, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania.
8.Ma Pan/i prawo do wniesienia sprzeciwu wobec dalszego przetwarzania, a w przypadku wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych do jej wycofania. Skorzystanie z prawa do cofnięcia zgody nie ma wpływu na przetwarzanie, które miało miejsce do momentu wycofania zgody.
9.Przysługuje Pani/u prawo wniesienia skargi do organu nadzorczego.
10.Polskie Radio S.A. informuje, że w trakcie przetwarzania danych osobowych nie są podejmowane zautomatyzowane decyzje oraz nie jest stosowane profilowanie.
Więcej informacji na ten temat znajdziesz na stronach dane osobowe oraz polityka prywatności
Rozumiem

Wizyta starszego pana

Ostatnia aktualizacja: 17.06.2015 19:01
Dzisiejszy Narodowy Stary Teatr już się zdarzył – w Warszawie lat międzywojennych, głównie na letnich scenach. I wszystko, co jest o dzisiejszym Starym do powiedzenia – Słonimski napisał już wtedy. Nie warto niepokoić pióra, nie warto brudzić kartki kajetu.
Antoni Słonimski
Antoni Słonimski Foto: PAP-ARCHIWUM

W szarym, o szerokich klapach, szytym ręcznie garniturze od warszawskiego krawca z epoki międzywojennej, Panie świeć nad jego pokłutymi palcami. Biała koszula, dyskretny węzeł krawata w głębszym niż szarość marynarki odcieniu szarości. Anachroniczne okulary na nosie jak żagiel, nosie dużo większym niż za życia, a wyżej już zupełny brak włosów. Pomiędzy chudymi palcami prawej dłoni niespiesznie błąka się pióro, niczym moneta prestidigitatora. Na kolanie nogi założonej na nogę – kajet otwarty na stronie czystej. Zanotuje coś dzisiaj? Czym pisał, gdy pisał? Starym Watermanem koloru węgla? Zielonym Pelikanem o podobnej metryce? I atramentem - w jakim kolorze? Antoni Słonimski. Nie sposób go było w niedzielę o zmierzchu nie zauważyć na widowni Narodowego Starego Teatru, nie można go było pomylić z kimś innym. Przyszedł, bilet kupił i w fotelu trzeciego rzędu zasiadł, by obejrzeć „Hamleta”. Od dawna wiadome było, że twórcy „Hamleta”, tego „Hamleta” – reżyser Krzysztof Garbaczewski i scenarzysta Marcin Cecko – dokumentnie zmienili fabularne wyroki Williama Szekspira, więc ja zmieniłem wyroki Boga. Przyśpieszyłem zmartwychwstanie. Słonimski wrócił – gdyż zachciało mi się, by wrócił. Zachciało mi się zobaczyć, jak notuje w kajecie szkic kolejnego felietonu, zarys kolejnego kamyczka do ogrodu jego „Gwałtu na Melpomenie”. Tak – przyszedł.


Szukał kurtyny – nie znalazł. Kontemplował sceniczny krajobraz. Wbite w ciemny okrąg białe dłonie z tworzywa sztucznego, kręcące się wokół własnej osi. Gigantyczną, łba Polifema godną małżowinę uszną, wiszącą wysoko pod sufitem. Sterczące na proscenium trójkątne graniastosłupy z przezroczystego plastiku. Odciętą w łokciu, z prawej strony sceny na sztorc ustawioną rękę z zaciśniętą na czubie pięścią, rękę wielkości małego fiata, zrobioną z gipsu lub wyglansowanego styropianu. Po lewej stronie wbite na stalową żerdź serce jak dwie czerwone polowe kuchnie piechoty. Jeszcze zwój giętkich rurek podłączonych do tajemnej płaskorzeźby, leżącej tuż za graniastosłupami. I jeszcze stare, na plac Szczepański wychodzące okno z boku widowni, na razie zamknięte. Kontemplował brak krajobrazu, kontemplował znieruchomiałą panikę wyglądów od Sasa do Lasa – i nie odkręcał pióra. Cóż miał zanotować? Uśmiechnął się tylko cienko do starej frazy, co ją za życia ze sto razy popełnił na cześć podobnych krajobrazów: „Dekoracji nie było”. I czekał.


Słonimski czekał, aż się zacznie, ale to już się zaczęło. Gdy ludzie jeszcze szukali miejsc na widowni, jeszcze się przeciskali i sadowili – „Hamlet”, ten „Hamlet”, już trwał. Oto Robinson Cruzoe – w pasiastych gaciach majtka, bosy i rzecz jasna brodaty – brodząc w płytkim, okrągłym, na środku sceny ustawionym basenie, możliwe iż nadmuchiwanym, przy pomocy kija rybę próbował złowić na kolację, lecz ryba nie brała, więc Robinson łowił, łowił i łowił, aż wreszcie kij porzucił, basen opuścił i z rozpaczy, tudzież by głód oszukać, zaczął coś głębinnego recytować ponuro (bo jak nie masz co do garnka włożyć – poezją się nasyć, rozbitku!), z nogi na nogę przestępując między zmechanizowanymi białymi dłońmi. Tak, był Robinson Cruzoe w rozpaczy, lecz jednak nie w aż tak potężnej, jaka dopadła aktora Kruszelnickiego, okutanego szlafrokiem gejszy i okraszonego groźnym kokiem Ronina, który to Kruszelnicki miał grać Poloniusza, a kreował jednego z siedmiu samurajów, wprawdzie do dziś nie wiadomo, którego, lecz z zachowania Kruszelnickiego wnoszę, iż zrozpaczonego potężnie, gdyż chciałby kogoś powalić ciosem karate – a tu nikogo odpowiedniego nie ma, jak chwilę wcześniej nie było dla Robinsona ryb w płytkim basenie. Słonimski znów nie odkręcił pióra. Znów uśmiechnął się cienko, bo znów wróciły stare frazy. Ta dla Robinsona Cruzoe: „Bardzo przystojny mężczyzna, tylko szkoda, że musiał mówić”. I te dla Kruszelnickiego: „Pan Chmieliński, który miał kreować króla Artura, pomylił się i zagrał Felicjana Dulskiego, i przyznać trzeba, iż zagrał świetnie. Ani cienia sztuczności czy jakiegokolwiek patosu: stworzył wstrząsającą kreację biednego, zahukanego starowiny, przebranego w stary szlafrok żony. Jest to jedna z jego najlepszych ról, i szkoda tylko, iż partnerzy nie zorientowali się w sytuacji i grali dalej „Króla Agisa””. Różnica tylko taka, że partnerzy Kruszelnickiego nie zorientowali się nie tylko w tym, co Kruszelnicki naprawdę gra. Oni się do końca nie zorientowali, co ma grać każdy z nich z osobna, więc każdy grał swoją własną panikę. I ruszyło wszystko! Ruszyła ruina! A Słonimski nie odkręcał pióra. Niby po co? On tylko uśmiechał się do swych wieki temu napisanych kawałków. Lecz coraz cieniej się uśmiechał, coraz smutniej.


Tak, ruina ruszyła. Trzech Hamletów, w tym jeden przez chwilę jako Ofelia z pokrwawionymi palcami, drugi jako chudy erotoman przy basenie nakłaniający inną Ofelię do pochopności, trzeci zaś, zwany Maszyną, okrutnie dziki w swojej recytacji. I uśmiech Słonimskiego: „Dzikość p. Myszkiewicza przewyższała wszystko, co pamiętają najstarsi ludzie: był on – przyznajmy otwarcie – prawie tak straszny, jak reżyseria sztuki”. A co z mową reszty tragików? Uśmiech mistrza Antoniego: „Reszta aktorów mówiła, jeśli się tak wyrazić można, na wysokich obcasach”. I nie tylko tak, gdyż perorowali również przez telefon, perorowali ambitnie, choć coś na łączach przerywało, zaś pan Józefczak perorował nawet przez policyjny ręczny megafon, i okazywał przy tym osobliwą radość. Kolejny uśmiech cienki: „Wesołość p. Macherskiego przypomina zapałki, których nigdy nie ma się pod ręką, kiedy są potrzebne. Humor jego jest zrobiony z drzewa i ma małą żółtą główkę”. I w ogóle było na scenie Starego tak, jak za czasów Słonimskiego w teatrzykach letnich: „Chmurkowski grał jak Norski, a Norski jak Chmurkowski”. A nawet jeszcze przykrzej: „Krzyczeli, skakali, ale się im nie udało. Jedynym bowiem wykonawcą, który otrzymał oklaski, było pudło karety”. Czyli – co? Czyli kolejny uśmiech Słonimskiego: „Aktor udający szczekanie psa za sceną jest szczerym, skromnym i wielkim artystą”. Owszem, tak wielkim, skromnym i szczerym jak techniczny, który długą drabinę od placu Szczepańskiego podstawia, by samuraj Kruszelnicki, wcześniej galopem opuściwszy gmach teatru, mógł upocony i zdyszany na scenę wrócić przez otwarte już, wcześniej wspomniane stare okno na wysokim, bardzo wysokim pierwszym piętrze. No i włazi! Włazi z, ujmijmy to tak, ironicznie cyrkową, bowiem emerytowaną wirtuozerią starego kominiarza - a Słonimski w trzecim rzędzie kolejny raz uświadamia sobie, że to już było, że o podobnych aktorskich wyczynach napisał 2 marca 1924 roku: „Wspomnieć należy o fokach, które po paru miesiącach tresury żonglują świetnie nożami i talerzami”. Czy coś jeszcze się wydarzyło?


Rozwijać temat zjeżdżającego ze strychu okrągłego ekranu, na którym wyświetla się gonienie aktorów po teatrze całym? Rozwijać problemat krwi tryskającej z rzeczonych rurek, a także kwestię rzeczonej płaskorzeźby, która okazuje się podobizną Europy, zalewaną krwią z rurek? Mówić o dzielności pana Cecko, który swą literaturką poprawia ułomnego Szekspira? Albo o totalnym bałaganie zmontowanym z Szekspira, Wyspiańskiego, Modrzejewskiej, Mitoraja, Swinarskiego oraz Heinera Müllera, bałaganie wspomaganym przez rockową kapelę Pedal Pushers oraz przez serce na żerdzi, które naraz bić zaczyna samo z siebie? Włazić w ten gruz monstrualny, przez prawie trzy godziny się sypiący? Niby po co? Przecież wszystko to było!
Dzisiejszy Narodowy Stary Teatr już się zdarzył – w Warszawie lat międzywojennych, głównie na letnich scenach. I wszystko, co jest o dzisiejszym Starym do powiedzenia – Słonimski napisał już wtedy. Nie warto niepokoić pióra, nie warto brudzić kartki kajetu. Wystarczy poczytać „Gwałt na Melpomenie”. Wystarczy przypomnieć stare dzieje teatralnej tandety. Choćby te zdania, które Słonimski 5 kwietnia 1925 roku ułożył o scenicznej ruinie „Wygnany eros”, i które wróciły doń w epilogu „Hamleta” Garbaczewskiego i Cecko, kiedy od godziny już się nie uśmiechał.

„Nie warto chodzić. Jeśli się już pójdzie, nie warto słuchać. Jeśli się słucha, nie warto o tym pisać. Jeśli się napisze, nie warto drukować. Jeśli się wydrukuje, nie warto czytać. Jacyś ludzie nauczyli się tego na pamięć. Dziwne. Wstyd.”

Paweł Głowacki

Komentarze1
aby dodać komentarz
catoscar2015-06-21 13:27 Zgłoś
Szanowny Panie G., do wczoraj nie czytałam Pana feletonów, ale po przeczytaniu Wizyty Starszego Pana przeczytałam kilkadziesiąt do tyłu i co tu dużo mowić - ma Pan 100 proc. racji i w sprawie Starego Teatru i innych krakowskich teatrów, i w sprawie Kantora i w sprawie wszystkich krakowskich instytucji i eventów. Jestem z Warszawy i marzę, żeby ktoś tak pisał o warszawskich teatrach, instytuacjach kulturalnych i eventach. Mielibyśmy przynajmniej dwa stołeczne miasta z głowy. Życzę, żeby się Panu pióro nigdy nie stępiło. I może czas na jakąś książkę, bo nie ukrywam, że łatwiej by mi się Pana w tej formie czytało.

Czytaj także

Wzlot i upadek genialnego hochsztaplera

Ostatnia aktualizacja: 31.03.2015 14:00
Jest miło, gdyż byłem w teatrze, w którym był teatr, a to dziś nie byle co. Wyszedłem o 20 kilo ołowiu lżejszy. Opuszczając swój rząd - płotek kolan koszykarki przeskoczyłem niczym pasikonik. Wszyscy byli wstrząśnięci. „No, no”, szeptali z podziwem.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Król Papier

Ostatnia aktualizacja: 27.05.2015 15:00
Czy już do tego w Narodowym Starym Teatrze doszło, że jak się aktora nie podeprze głośnikiem o wysokiej mocy – to biedak brzmi na scenie niczym ryba w akwarium, z katatonicznym wyrazem oczu łykająca zielonkawą wodę?
rozwiń zwiń

Czytaj także

Nitki

Ostatnia aktualizacja: 03.06.2015 15:17
Taka to jest pięćdziesięciominutowa impresja Miklaszewskiego. Smakowity filmowy pchli targ. Echo „Pieska przydrożnego” Miłosza, zbioru szkiców, sugestii, smaków, zostawionych potomnym, co by je, jeśli zechcą, rozwinęli w swoje opowieści pełne, opowieści idące do samego końca.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Obca cywilizacja

Ostatnia aktualizacja: 10.06.2015 15:29
W roku 2012 albo 2013 Antoni Libera i Janusz Pyda OP – dominikanin, filozof, teolog dogmatyczny – zatrzymali się na dłużej obok słowa „Ciemność”. Któregoś popołudnia, może o zmierzchu.
rozwiń zwiń