Jerzy Maksymiuk - dyrygent, kompozytor i pianista - w "Zapiskach ze współczesności" wrócił do swoich najwcześniejszych doświadczeń. Opowiadał o dzieciństwie w Grodnie, wojennych losach, pierwszych muzycznych impulsach i edukacji, która z Białegostoku zaprowadziła go do Warszawy. To opowieść o drodze do muzyki, kształtowanej przez rodzinę, spotkania i... przypadek.
Czytaj także:
Dzieciństwo w czasie wojny
Artysta wspominał, że domek, w którym mieszkała jego rodzina, był malutki. – Jeden pokój, w którym było wszystko: kuchnia, miejsce do spania, taki living room - wszystko w jednym. Kiedy zaczęły się działania wojenne, ojciec wykopał w domu dół i tam się chowaliśmy, żeby nie dostać w głowę od szrapnela czy czegoś innego - wspominał Jerzy Maksymiuk.
- Pamiętam też moment, kiedy po jednej stronie byli żołnierze rosyjscy, a po drugiej Niemcy. Jeden z nich się golił i błysnęło lusterko - niepotrzebnie. Rosyjski żołnierz przycelował i tamten padł. Ten moment zapamiętałem bardzo wyraźnie. Potem trzeba było wracać do Polski. Żołnierze pilnowali granic, rozciągając druty kolczaste - dodał.
Posłuchaj wspomnień:
Między drutem kolczastym a ocaleniem
W ucieczce pomogła im pomysłowość ojca przyszłego artysty. - Na szczęście mój ojciec wpadł na pomysł - był takim Leonardo da Vinci swoich czasów. Wziął dwa litry samogonu i rozdzielał go na ćwiartki. Żołnierze, gdy dostawali taką porcję, odchylali druty i można było przejść.
Tak krok po kroku, od jednego punktu do drugiego, przeszliśmy. Pamiętam spalone domy, spalone ciała. Do dziś mogę opisać jednego Niemca – leżał półzasypany, hełm obok, ręce i nogi na wierzchu. Nie było czasu, żeby go pochować. Takich widoków było mnóstwo. Ten krajobraz czasem wraca do mnie w snach, nawet dziś - zaznaczył.
Pierwsze lekcje, pierwsze inspiracje
W końcu rodzina dotarła do Białegostoku. Część drogi przebyli pieszo, część wozem, potem ciężarówką - innych samochodów nie było. - Tam mieszkali nasi krewni, Petelscy. Jeden został później znanym psychiatrą, drugi reżyserem - stworzył "Bazę ludzi umarłych". Ojciec grał na skrzypcach i uczył mnie. Pamiętam, że kazał mi grać gamy, na przykład Des-dur. Kiedy coś nie wychodziło, dostawałem smyczkiem po głowie. Ale to on zaprowadził mnie do szkoły i sprawił, że zostałem muzykiem - zaznaczył artysta.
- Pamiętam też muzyka z kawiarni, który zagrał walce Straussa. Wydawało mi się, że to Horowitz - tak wspaniale grał. Te palce, te harmonie, pasaże… coś niezwykłego. Białystok był wtedy miastem niezwykłym – przyroda była wszędzie, nieskażona. Nie było samochodów, chyba tylko sekretarz miał wołgę - dodawał.
"Marszałek Bimbus" i chłopcy z Pieczurek
- Chodziliśmy do Pieczurek na narty, latem grałem w piłkę - opowiadał dyrygent. - Nazywali mnie "Marszałek Bimbus". Może coś już wtedy było we mnie z wodza - a dyrygent to przecież wódz. Ojciec bardzo dbał o to, żebym się nie włóczył. Wynajął ogród i kazał mi go pilnować, ale ja wolałem kolegów.
Zdarzały się bójki - w innych dzielnicach nie lubiano obcych. Napisałem nawet utwór, w którym pojawia się fraza "ci niesmaczni chłopcy z Pieczurek" - bo dostałem tam baty. Mieszkałem przy ulicy Słonimskiej, w dzielnicy Bojary. Jestem z niej dumny - miała swój klimat, choć była biedna. Mama sprzedawała kwiaty na rynku - stwierdził artysta.
Melancholia i rytm
Dziś, kiedy tam wracam, ogarnia mnie melancholia - mówił Jerzy Maksymiuk. - Te domy niszczeją, znikają. A przecież to był świat pełen dźwięków – stukot wozów, jak perkusja u Strawińskiego. Nie taka jak dziś, równa i bez zmian. Tamten rytm żył. W Białymstoku zacząłem naukę muzyki. Uczyły mnie siostry Frankiewiczówny. Jedna z nich uznała, że bardziej nadaję się na pianistę niż skrzypka - wspominał.
- Spotkałem też Jana Tarasiewicza - kompozytora i pianistę. To on mnie ukształtował. Opowiadał, że u niego bywał Rachmaninow, który dla mnie był jak bóg muzyki - dodawał.
***
Tytuł audycji: Zapiski ze współczesności
Przygotowała: Anna Skulska
Gość: Jerzy Maksymiuk (dyrygent, kompozytor i pianista)
Data emisji: 7-10.04.2026
Godz. emisji: 12.45
oł