Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Lata płyną?

Ostatnia aktualizacja: 28.05.2019 08:00
Jedna z najdłużej istniejących i dziś już zgoła legendarnych polskich grup folkowych na swym nowym krążku potwierdza najwyższą klasę i znakomitą formę wykonawczą.
materiały promocyjne
materiały promocyjneFoto: okładka płyty

„Pływut’ roky”, czyli „Płyną lata” – to tytuł najnowszej płyty zespołu Werchowyna. Zespołu, który od 28 lat konsekwentnie kroczy swą artystyczną ścieżką, będąc dla wielu słuchaczy i wykonawców punktem odniesienia, inspiracją. I, jak mówi tytuł albumu, lata płyną, ale we współczesnej komercyjnej rzeczywistości muzycznej głos zespołu wciąż pozostaje (choć na pozór słabiej słyszalnym) symbolem jakże niemodnej szlachetności i wierności własnym wyborom.

Śpiew jest nam niezbędny do życia. To siła, która trzyma nas razem. Werchowyna

„Ta nasza działalność wynika z wielkiej pasji do muzyki. Do zachowywania dla przyszłych pokoleń tego, co niszowe, niedostępne szerokiemu odbiorcy. Nie jesteśmy nastawieni na biznes. (…) Robimy to, co lubimy i to jest nasza motywacja” – mówił kiedyś lider zespołu, Tadeusz Konador, portalowi Folk24 na temat prowadzonego przez siebie wydawnictwa. Te same słowa można jednak odnieść i do samej Werchowyny.

Przy okazji najnowszego, znakomitego albumu, wróciłem do starszych i najstarszych nagrań grupy, także sprzed ponad dwóch dekad – tych wokalno-instrumentalnych, może nieco lżejszych, bardziej piosenkowych. Nagrań, których kiedyś słuchałem urzeczony tyleż ich pięknem i naturalnością, co swoistą czystością, romantyzmem. Nagrań przepełnionych jak najlepiej rozumianą artystyczną „naiwnością”, nakazującą ambitnym, wrażliwym młodym ludziom w czasach galopującego (naprawdę wówczas galopującego) kapitalizmu pójść absolutnie w poprzek wszelkich nurtów, więcej nawet: wbrew wszelkim spodziewanym korzyściom. Bo to, co proponowali, to przecież nie był jakikolwiek pop, ale też nie alternatywa. Jeśli już bawić się w takie słowa, to raczej alternatywa wobec alternatywy.

Nie przypadkiem przypominam dziś tamte heroiczne czasy i okoliczności. Nawet jeśli zespół od wielu lat skłania się ku nieco innej estetyce, nawet gdyby (nie wiem, czy tak jest) dzisiaj uważał tamte nagrania za mniej ważne, mniej reprezentatywne. Po pierwsze: uważam, że bez nich nie byłoby tych dzisiejszych płyt, po drugie: nie byłoby pewnie wielu innych polskich pomysłów na folk. Istotniejsza wydaje się ta pierwsza myśl: otóż istnieje absolutna i bezdyskusyjna więź, linia łącząca tamte nagrania (i tamtą postawę twórczą) z dzisiejszym pomysłami na muzykowanie Werchowyny.

Niedługa to płyta, ma w sobie jednak tyle mocy i głębi, że czas trwania jest kwestią bodaj trzeciorzędną. Tomasz Janas

Oczywiście, aktualne brzmienie zespołu jest zupełnie inne: bardziej uduchowione, pewnie bardziej dopracowane (może – upraszczając rzecz – mniej ludyczne czy mniej amatorskie). Ale, naturalnie, formule śpiewania a capella Werchowyna sprzyja od wielu, wielu lat. Pierwszą dokumentującą to płytą była piękna płyta „Live” nagrana już w styczniu 1998 roku w auli Politechniki Warszawskiej, która okazała się później stałym miejscem słynnych corocznych koncertów zespołu.

„Śpiew jest nam niezbędny do życia. To siła, która trzyma nas razem” – stwierdziła niedawno w radiowej Czwórce Ewa Wróbel-Kacprowicz, współzałożycielka grupy. Powiedziałbym, że to słowa o charakterze wyznania, które w doskonały sposób określają specyfikę zespołu i jednocześnie tłumaczą, dlaczego Werchowyna funkcjonuje gdzieś na marginesie muzycznej sceny. Bo w jej działalności chodzi o coś więcej niż zdobywanie popularności.

Najnowszy album wypełniają, co nie jest niespodzianką, tradycyjne pieśni „naszych wschodnich sąsiadów” w urzekającym wielogłosie, w tradycyjnej manierze śpiewu. Rzecz zaczyna się od niezwykle pięknej – i tak też wykonanej – pieśni „Pływut’ roky”, która stała się tytułową dla tego zbioru. To psalm o Chrzcie Pańskim ujmujący fascynującym połączeniem oryginalności tematu – i swoistego mistycyzmu opowieści (przypowieści?) – z wyrafinowaną formą muzyczną, a także świetną formą wykonawczą. Dalej następuje kilkanaście urzekających, ale i radosnych, prawdziwie rozśpiewanych pieśni, ballad, kolęd. Spora część repertuaru tej płyty to utwory będące owocem badawczych wypraw terenowych Ewy Wróbel. Na koniec pojawia się znana, krótka, urocza pieśń życząca „Daruj wam Boże dolu szczasływu (Mnohaja lita)”. Szczęśliwe i rewelacyjne to zakończenie. Ze względu na naturalną bezpretensjonalność, łagodność, przyjazność samej melodii, ale też z uwagi na jej przesłanie, które w znakomity sposób domyka klamrą repertuar albumu, sumując niejako tę fantastyczną opowieść. Niedługa to płyta ma w sobie jednak tyle mocy i głębi, że czas trwania jest kwestią bodaj trzeciorzędną.

Werchowyna na tym krążku to dziewięć osób, dziewięcioro wokalistów: Aneta Mazurkiewicz, Małgorzata Madejska-Podsiadło, Anna Piotrowska, Jolanta Węgrzyn, Ewa Wróbel-Kacprowicz, Andrzej Gołoś, Andrzej Grygoruk, Tadeusz Konador, Mirosław Rak. Większość z nich od wielu lat w zespole. Zachwycająca jest harmonia między nimi, między ich głosami, chwilami tylko wspierana: w utworze „Oj letiły żurawli” przez perkusyjny steel tongue drum, w „Sydyt zajczyczok” poprzez klaskanie.

Tadeusz Konador uczył i uczy śpiewu wielu słynnych artystów, należących do kilku już pokoleń piosenkarzy, wokalistów, aktorów. Nie będę ich tu wymieniał choćby z tej racji, że to raczej oni powinni chwalić się (i czasami rzeczywiście to robią), mówiąc, kto był ich nauczycielem, przewodnikiem w sztuce kształtowania, wydobywania głosu. A piszę to nie tylko dla chwały Konadora, ale przede wszystkim, by podkreślić, jakiego formatu jest to artysta, świadomy źródeł i narzędzi, którymi dysponuje. Z kimś takim na czele zespół – pozwalając sobie na odrobinę retorycznej przesady – po prostu musi dobrze śpiewać. I to śpiewanie musi być też ugruntowane, zarówno w sensie warsztatu, jak i w mentalności wędrowców, poszukiwaczy, pokornych odkrywców.

I jeszcze jedno. To nie jest muzyka przeszłości! Ona wciąż jest tutejsza i teraźniejsza. I to nie żaden żart, bowiem w swym śpiewaniu – niezwykle precyzyjnym, zarazem pełnym pasji i niekłamanego emocjonalnego zaangażowania – artyści uobecniają ją właśnie tu i teraz. Nie odtwarzają, nie odgrzewają wzruszeń czy emocji, ale sprawiają, że te dawne melodie i opowieści są raptem niebywale współczesne, dzisiejsze.

Można by też napisać parę górnolotnych fraz, że to piękna muzyka, mogąca być ilustracją do filmu, opowiadać czyjeś losy. Ale jeśli nawet by tak było, to jest to jej cecha wtórna. Przede wszystkim jest bowiem samowystarczalną, przejmująca opowieścią, która nie potrzebuje żadnych innych dodatków ani skojarzeń, żeby po prostu zachwycić.

Płyta, dodajmy koniecznie, jest przepięknie wydana. Autorką projektu graficznego jest Czarli Bajka.

Tomasz Janas

Werchowyna

"Pływut’ roky"

[Konador 2019]

Ocena: 4/5

***

Więcej recenzji i felietonów - w naszych działach Słuchamy i Piszemy.

Czytaj także

Iriqiyya Électrique "Laylet El Booree"

Ostatnia aktualizacja: 19.03.2019 11:55
To nie jest bezbolesne słuchanie. Tunezyjska grupa na swym drugim albumie jeszcze głębiej zanurza się w rytualny trans, wprowadzając się, a przy okazji i słuchaczy, w stan ekscytacji i uzależnienia.
rozwiń zwiń

Czytaj także

W świecie szeptów

Ostatnia aktualizacja: 26.03.2019 09:00
Debiutancki krążek duetu Mehehe jest znakomitym potwierdzeniem oryginalności i spójności tego muzycznego przedsięwzięcia.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Postfolk na stypie komedianta

Ostatnia aktualizacja: 23.04.2019 09:00
Debiutancką płytę wydali kolejni laureaci ubiegłorocznej Nowej Tradycji. Kirszenbaum proponuje muzykę nieoczywistą, łączącą różne style i inspiracje.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Folk botaniczny

Ostatnia aktualizacja: 14.05.2019 10:11
Miałem o tej płycie napisać wcześniej, bo ukazała się półtora roku temu, ale trudno mi było wyjść ze skóry słuchacza.
rozwiń zwiń