Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Guślarze

Ostatnia aktualizacja: 19.03.2020 10:14
Do tej pory nie mam jasnego poglądu na ten temat. Trudno mi było oddzielić fakty od fantazji, a do tego nie ułatwia sprawy obowiązujący na wsi zakaz mówienia obcym o ważnych sprawach wspólnoty.
Wesele siostry Henryka Zalasa, wyjazd do fotografa, Przedbórz  w Łódzkiem, 1954 rok.
Wesele siostry Henryka Zalasa, wyjazd do fotografa, Przedbórz w Łódzkiem, 1954 rok. Foto: Archiwum Muzyki Wiejskiej/MUZYKA ODNALEZIONA

Jeżeli ktoś opowiadał przyjezdnym etnografom o guślarzach ze swojej wsi, to stawiam czapkę wiśni przeciw złotu, że zmyśla. Najczęściej guślarstwo dotyczyło „złych oczu”, czyli rzucania uroków spojrzeniem. Bano się tego szczególnie w przypadku małych dzieci, ale też otaczanych specjalną troską źrebaków. Można było temu częściowo zapobiec, przewiązując na rączce dziecka czy na szyi źrebaka czerwoną wstążkę. Jeżeli jednak ktoś już rzucił urok, to odłożenie go nie było takie proste. W tym specjalizowali się inni guślarze.

Używali do tego szklanki wody i węgli z pieca i tajemnych formuł. Świat był pełen tajemnych mocy, które nim kierowały właściwie w każdej chwili. Rozpoznanie tych mocy było wiedzą na miarę życia i śmierci. Ciekawe, że ta pogańska wizja świata obecna do dnia dzisiejszego w naszym kraju, istnieje równolegle do deklarowanego katolicyzmu. Guślarze muzykanci stanowili inaczej traktowaną osobną grupę. Kiedy przeglądałem wywiady robione z nimi przez prawie 40 lat, to widać przede wszystkim jedno - praktyki guślarskie miały na celu obronę muzykantów przed natrętnymi weselnikami. Zaklinanie tancerzy do tańca bez końca, albo opadanie ubrania.

Ważna była też ochrona przeciw konkurencji, pękanie strun, rozsypywanie się skrzypiec, no i zaczarowanie koni wiozących konkurencyjne wesele, żeby nie mogły ruszyć. To o tym mówi przyśpiewka ”Oj, nie rusom koniki, oj, nie rusom, nie rusom / jak im zaśpiewamy, oj, to musom, to musom”. Muzykanci doskonale wiedzieli, który z nich jest guślarzem, i mieli się na baczności. Starali się nie brać wesel, o które oni się starali. Weselnicy też chętnie zamawiali do gry guślarzy, bo dawało to gwarancję, że nikt wesela nie zaczaruje. Problem muzykantów guślarzy rozwiązał się niejako sam, kiedy skrzypkowie przestali być zapraszani na wesela. Klawiszowce nie bardzo się nadawały do czarowania. Ale tradycyjna kapela z okolic Przytyka sobie poradziła. Kiedy przestano ich zapraszać, znalazła sposób na zarabianie na weselach. Po prostu na transformatorze we wsi wyłączali prąd. Zelektryfikowana kapela zamilkła, wesele zostawało bez muzyki! Wtedy niby przypadkiem pojawiała się tradycyjna bezprądowa kapela z ofertą pogrania, zanim włączą prąd. Po godzince zgarniali honorarium i dyskretnie włączali prąd. No tak, teraz gusła były w transformatorach. Taki znak czasu lat 80.

Andrzej Bieńkowski

***

Więcej recenzji i felietonów - w naszych działach Słuchamy i Piszemy.

Czytaj także

Tadeusz Lipiec

Ostatnia aktualizacja: 19.02.2020 08:58
Stałem przed kościołem, bo nie dostałem się do środka. Wiał silny lodowaty wiatr, jego podmuchy wyrywały ludziom wiązanki kwiatów z rąk. Ale dobrze słyszałem kazanie księdza. I to była nowość, mówił o Tadeuszu Lipcu jako o wybitnym muzykancie.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Folklor w czasach zarazy

Ostatnia aktualizacja: 04.03.2020 12:34
Jakiś czas temu folkloryści spierali się, czy przedmiot ich zainteresowania, a więc folklor, w ogóle jeszcze istnieje, a zatem czy folklorystyka ma co badać. 
rozwiń zwiń