Radiowe Centrum Kultury Ludowej

W upiornym kręgu

Ostatnia aktualizacja: 08.04.2021 08:00
Kiedy w połowie lat 90. dokumentowałem pieśni pogrzebowe Puszczy Białej, szybko się zorientowałem, że część spośród śpiewających na pogrzebach, zwłaszcza tych, którzy prowadzili te śpiewy czy też „trzymali” ten zwyczaj, to ludzie daleko bardziej ciekawi niż z początku sądziłem. Momentalnie mnie „skanowali”, rozpoznawali moje szczere intencje i zgadzali się na nagranie.
Wycinanka autorstwa Remka Mazura-Hanaja.
Wycinanka autorstwa Remka Mazura-Hanaja.Foto: Remigiusz Mazur Hanaj

Swobodnie rozmawiali o tych trudnych przecież sprawach, oczywiście do pewnych granic. Bywało też, że dowiadywałem się czegoś o sobie. „O, ma pan dwa czubki” – powiedziała raz jedna śpiewaczka, stawiając przede mną parującą herbatę. „Jakie czubki? – zgłupiałem. „No na głowie”.

Mieli lepszy od innych kontakt z zaświatem, umiejętność rozeznawania postaci stamtąd (mar, strzyg, błąkających się dusz) i pewną praktyczną wiedzę np. dotyczącą procesu przygotowywania zmarłych do pogrzebu. Trzeba go zawołać po imieniu i wtedy ciało staje się luźne jakby był żywy, w taki sposób można założyć i buty i ubranie i ubrać go. Po prostu trzeba rozmawiać z takim człowiekiem jak za żywota. Dużo ludzi ubierałam i normalnie rozmawiam, przecież muszę ubrać cię dziadku czy jakżeż pójdziesz, musisz wyjść ubrany, musisz wyglądać, może coś źle, to chociaż żebyś przyśnił mi się, powiedz mi we śnie, to będę się starała poprawić, jeśli będziesz coś potrzebował – również. [pani Regina z Nowej Wsi] Były to prawie wyłącznie kobiety, często wdowy, słuchające Radia Maryja. Właśnie one, głęboko wierzące katoliczki, przechowały te na poły magiczne, zaświatowe kompetencje.

Chociaż, jak mówiła pani Czesława z Komorowa, to już nie było to, co kiedyś, bo: dawniej to byli ludzie lepse, to siä pokazywali im duse, bo przychodziłi. Ale teraz to siä nie okazą, bo to wiecej ludzi jest niedobrych, wszystki phijaki siä porobili, do niedobrych ludzi Pan Bóg przyjdzie? I duse nie puści, zeby siä zepsułi, bo to nie rozum tera jakie to są te ludzie. Ogromną rolę w tym rolę odegrały też wojny. W Porządziu na moje pytanie o kontakty z zaświatami zagadnięty pod sklepem mocno starszy mężczyzna odpowiedział krótko: Panie, nie ma już tego, Hitler wygnał diabła. Koresponduje z tym opowieść, którą usłyszałem z kolei na Roztoczu, o zdarzeniu z czasów okupacji: wracałyśmy z mamą ze sklepu, a tu na zakręcie, tu o, gdzie kapliczka, powóz jedzie taki paradny w konie wrone, siedzi pan taki elegancki w kapeluszu czarnym, eleganckim płaszczu, to diabeł był. Kilka lat później przeczytałem, że jeden z wysoko postawionych esesmanów z Zamościu urządzał sobie dla rozrywki takie rajdy powozem po wioskach oddalonych od głównych traktów. Na początku czułem odruchową satysfakcję z tego, że się wyjaśniło, niczym z rozwiązanej zagadki, ale potem doszło do mnie, że właściwie mam tu do czynienia z dwiema równoprawnymi wersjami tej samej historii.

CZYTAJ: Upiór. Historia naturalna

Dlatego ucieszyłem się, kiedy sięgnąłem po „Upiora” Łukasza Kozaka, bo znalazłem tam podobną perspektywę. Autor świetnie wykorzystuje nowe możliwości, jakie daje przeprowadzana od dekady na dużą skalę digitalizacja archiwów, spora część materiałów źródłowych zawarta w książce wcześniej była nieznana, bo trudno dostępna albo wręcz niedostępna. Mając warsztat historyka, omija opłotkami pokusę ustalania jakichś „świentych prawd”, że przywołam tu góralską typologię Tischnera. I słusznie, bo przecież to temat dla antropologa humanisty, a nie dla nauk obiektywnych. Tam gdzie fenomen upiora ma cechy relewantne (np. wśród Kaszubów) autor podkreśla je, zarazem podkreśla też zmienność, niejednoznaczność, płynność tego zjawiska w czasie i przestrzeni. Tka obraz upiora z bardzo różnych nitek, mikrohistorycznie i efekt jest świetny, kończy się czytać książkę z jeszcze większym zaciekawieniem niż się rozpoczynało. To może być dla jednych bardzo twórcza, inspirująca lektura, a dla innych - syta poznawczo. Może w tym miejscu będzie a propos, jak podzielę się jedną swoją relacją czy też opowieścią.

Dziesiątego kwietnia roku wiadomego przed ósmą rano wyruszyłem ze Stadionu pekaesem na lokalny przegląd wiosennej i okołowielkanocnej twórczości obrzędowej do Borowia za Garwolinem. Dzień był jednym z bardziej ponurych, jakie pamiętam. Im dłużej patrzyłem przez szybę, tym bardziej czułem się odrealniony, było tak pochmurno, że granica między niebem a ziemią znikała. Krajobraz majaczył, snuły się opary, lasy wyglądały, jakby słońca tu nie było od lat. Bałem się, że nie dojadę, że sypnie gradem wielkości jajek, rozpęta się wichura i przez godzinę będzie grzmocić jak na linii frontu, że zdezelowany Autosan, w którym wszystko się trzęsło i stukało, za chwilę rozleci się. W Garwolinie na dworcu, gdzie miałem przesiadkę, poczułem z tego wszystkiego głód, ale dopiero po długiej chwili zdecydowałem się nabyć kanapkę w budce z szyldem „Kiebab” (jak bonie dydy!). W kolejnym pekaesie jacyś faceci gorączkowo rozprawiali o jakimś samolocie, ale ja siedziałem w drugim końcu i skupiony byłem tym razem na swoim żołądku, bo za oknem już z wolna się przecierało.

Do szkoły w Borowiu, gdzie miała się odbyć impreza, dotarłem chwilę przed. Wchodząc na salę gimnastyczną, zdążyłem dowiedzieć się o katastrofie, a chwilę później w centralnym punkcie sali, na scence pod koszem znana śpiewaczka ludowa Maria Bienias padła na kolana, intonując modlitwy. Zapanował bezruch, kadr się zatrzymał, ogarnąłem szerokim spojrzeniem całą salę – kilkadziesiąt stołów, mnóstwo jadła, pisanek, wycinanki, bibułkowe kwiatki. Uczta wielkanocna dla 96 umarłych plus jedno nakrycie dla żywego, którym przez chwilę był każdy z uczestników Przeglądu Wielkanocnej Twórczości Obrzędowej. A były to prawie same kobiety, niektóre w strojach ludowych, inne nie, podobne do tych, które poznałem w Puszczy Białej, a które piętnaście lat wcześniej w pielgrzymkowym autobusie do Lichenia śpiewały na melodię polonezową o katastrofie w Lasku Kabackim (pieśń nagrałem w 1995 w Grądach Zalewnych):

(...)
Jaki smutek wielki w Polsce, jechali dostojni goście,
Dojechali do stolicy, wszyscy zostali zabici.

Samolot zaczął lądować, taśma była niegotowa
I w momencie się rozprysnął, straszne było widowisko.

I spadają ręce, nogi, ach mój Jezu słodki, drogi!
Z samolotu tego szczątki, w Polsce dopiero początki.
(…)

Minęła dekada, piszę o tym w trochę innej Polsce (no właśnie, na ile innej?), w Polsce o coraz większej liczbie zdeklarowanych i sformalizowanych apostatów i ateistów, w Polsce, gdzie tłumy wypełniają kościoły na „mszach o uwolnienie”, celebrowanych np. przez franciszkanina o. Witko, który opowiada zupełnie jak szaman o swojej inicjacji, że w młodości został porwany gdzieś daleko przez nieznaną siłę i jego ciało przybrało już formę zwierzęcą, ale został uwolniony i wrócił, w Polsce ze strefami wolnymi od LGBT, uchwalonymi przez rady wielu gmin i miast, które, przecież jak utrzymują ich obrońcy, nie rodzą skutków prawnych. I mają rację. Bo te uchwały mają działać w zupełnie innym wymiarze, są po prostu osikowym kołkiem wbijanym w upiora LGBT, a właściwie apotropeiczną tarczą z bateriami osikowych Patriotów wycelowanych we wszystkie znane i nieznane kolory relatywnej płciowości. Doczekały się zresztą adekwatnej odpowiedzi ze strony Barta Staszewskiego, który przypomniał, że sztuce nikt jak na razie nie odebrał tego nadawczo-odbiorczego pasma magicznych częstotliwości.

Remek Hanaj

***

Więcej recenzji i felietonów - w naszych działach Słuchamy i Piszemy.

 

Czytaj także

Boże Obiady

Ostatnia aktualizacja: 03.12.2020 09:00
Wiele osób nie wie, co to jest „boży obiad”, a ci nieliczni, co wiedzą, kojarzą go z kurpiowskim obrzędem, który z inicjatywy niektórych mieszkańców oraz przy pomocy Stowarzyszenia Trójwiejska odradza się w kilku wsiach Puszczy Zielonej. Sprawa jest jednak daleko bardziej złożona. Bo, po pierwsze, był to niegdyś obrzęd szeroko rozpowszechniony, o zasięgu właściwie ogólnopolskim. A po drugie, określenie to w historycznych źródłach bywa jednak stosowane do różniących się od siebie okoliczności i zjawisk kulturowych. Czasem używa się go bardzo ogólnie, czasem odnośnie bardzo konkretnych form. Czy jest coś, co to wszystko spaja?
rozwiń zwiń

Czytaj także

Pies Szczeka w szkołach

Ostatnia aktualizacja: 14.01.2021 09:00
Swego czasu miałem przyjemność z kapelą Pies Szczeka y Goście wiele set razy grać tzw. szkolne audycje organizowane przez Filharmonię Narodową, de facto minikoncerty. Słabo płatne, były na pół pracą, na pół służbą. Czasem po siedem, osiem godzin dziennie (rekord to dziewięć).
rozwiń zwiń

Czytaj także

Bractwo z Roztocza

Ostatnia aktualizacja: 11.02.2021 09:00
Tak można by powiedzieć o Bractwie Ubogich, pierwszej kapeli, która poświęciła się w swojej działalności muzyce wiejskiej in crudo na sposób możliwie bliski oryginałowi. Możliwie, czyli na miarę naszych ówczesnych umiejętności i horyzontów.
rozwiń zwiń