Radiowe Centrum Kultury Ludowej

Boże Obiady

Ostatnia aktualizacja: 03.12.2020 09:00
Wiele osób nie wie, co to jest „boży obiad”, a ci nieliczni, co wiedzą, kojarzą go z kurpiowskim obrzędem, który z inicjatywy niektórych mieszkańców oraz przy pomocy Stowarzyszenia Trójwiejska odradza się w kilku wsiach Puszczy Zielonej. Sprawa jest jednak daleko bardziej złożona. Bo, po pierwsze, był to niegdyś obrzęd szeroko rozpowszechniony, o zasięgu właściwie ogólnopolskim. A po drugie, określenie to w historycznych źródłach bywa jednak stosowane do różniących się od siebie okoliczności i zjawisk kulturowych. Czasem używa się go bardzo ogólnie, czasem odnośnie bardzo konkretnych form. Czy jest coś, co to wszystko spaja?
Vincent van Gogh, Jedzący kartofle, 1885
Vincent van Gogh, Jedzący kartofle, 1885Foto: Vincent van Gogh

Otóż jest: to współwystępowanie ucztowania – jedzenia i picia z modlitwą, westchnieniem za zmarłych, za dusze przodków. Tak było w czasach przedchrześcijańskich, z tym że nazywało się to wtedy prawdopodobnie „strawą”, tak było przez wieki przenikania się dawnej, naturalnej religijności (na co Niemcy mają jedno słowo: Urreligion, upowszechnione przez Fausta Goethego) z nowym porządkiem chrześcijańskim, tak wreszcie było czy gdzieniegdzie jest (jak na rzeczonych Kurpiach) w czasach współczesnych, z tym że już w całkowicie katolickiej oprawie (pieśni i modlitwy kościelne, głównie pozaliturgiczne, udział w mszy świętej) i z katolicką wiarą, pod znakiem krzyża. Ta ostatnia wersja pojawiła się zasadniczo w wieku XVII, a upowszechniła ostatecznie, czyli pod strzechy trafiła w wieku XIX.

Ktoś powie, no dobrze, ale czy nie są w takim razie „bożymi obiadami” nasze świąteczne posiłki na czele z wigilią i śniadaniem wielkanocnym? Pewnie, że tak. Różne gesty jak puste nakrycie dla „wędrowca” (w istocie duszy zmarłego przodka z rodziny), niesprzątanie po uczcie (żeby posiliły się przez noc dusze), poszczególne potrawy jak np. wigilijna kutia, kluski z makiem czy wielkanocne jajko lub pasztet z zająca świadczą o tym. Tak, tak – zając, niegdyś równie ważny co jajko, symbol przesilenia wiosennego, oznaczający nowe „ja”, przeistoczenie. Zając śpiący z otwartymi oczami, ba nawet często martwy z otwartymi oczami. Jeszcze i ja widywałem zastygłe zające, kruszejące na chłodzie przed Wielkanocą na balkonach czy za oknami bloków w centrum Warszawy. W trakcie wszystkich ważnych momentów cyklu kalendarzowego, życia rodzinnego czy wspólnotowego dbano o nawiązanie kontaktu z duszami przodków z kręgu rodziny czy szerzej – społeczności. To było więziotwórcze, spajało, chroniło, wspierało pomyślność.

Był jeszcze jeden nieodzowny element bożych obiadów – obecność dziadów, ubogich, ludzi o specjalnym statusie, wykluczonych z normalnego życia zwykle z powodu inwalidztwa. Ta obecność zanikła w związku z wydanym w PRL-u państwowym zakazem włóczęgostwa i z postępującymi zmianami cywilizacyjnymi. Ale jeszcze, kiedy graliśmy i śpiewaliśmy z żoną paręnaście lat temu przed kościołem św. Mikołaja w Szczebrzeszynie, nasza znajoma, stojąca w grupie słuchaczy, złowiła uchem fragment rozmowy: „Co ona tak śpiewa jak dziadówka? Jakiś feler musi mieć”. Jakiś brak czy ułomność życiową prawo zwyczajowe pozwalało nadrobić poprzez oddelegowanie do służby na granicę światów widzialnego i niewidzialnego. Stamtąd dziad mógł wysyłać powierzone mu intencje modlitewne, zawszeć to trochę bliżej do Adresata. I za to mu się płaciło, notabene zazwyczaj jedzeniem. Słowo dziad miało zresztą drugie i jednoczesne znaczenie – dusza zaświatowego przodka. I w tym znaczeniu d'ed wciąż jest powszechnie używane w ojczyźnie mickiewiczowskich Dziadów czyli w Białorusi. Nieprzypadkowo więc zamiennie były używane określenia boży obiad i dziadowski obiad. Żebrak wędrujący (w pieśniach ludowych figura Chrystusa) był najważniejszą postacią bożego obiadu, nierzadko był to dziad śpiewający pieśni modlitewne, także te za oyczyznę, zwłaszcza w okresie zaborów. Taką właśnie pieśń „O polska korono co słychać o tobie, kosztowne klejnoty dałaś stracić sobie” (o upadku Korony skutkiem zepsucia obyczajów i odejściu od Boga) nagrałem kiedyś w wykonaniu urodzonej w okolicach I wojny światowej Stanisławy Gwiazdy z Czarni. Według słów pani Stanisławy była to pieśń, której nauczyła się jej mama od dziada goszczącego na bożym obiedzie.

Boży obiad funkcjonował jako synonim stypy. Odprawiano go kilka razy: bezpośrednio po pogrzebie, potem np. w 40 dni po śmierci czy w imieniny zmarłego, w Zaduszki, a wreszcie w pierwszą rocznicę. Zewnętrznych oznak żałoby po zmarłym nie noszono, jej wyrazem były właśnie boże obiady. W zależności od zamożności bywały stypy mniej lub bardziej wystawne. Stąd powiedzenie, że [ktoś] skrobie ziemniaki jak na boży obiad, czyli za dużo. Gdzieniegdzie nawet (Szydłowiec, Ostrowiec Św.), jak podaje Kolberg, na karczemnym bożym obiedzie po pogrzebie proszono wdowę do tańca, był to prawdopodobnie rodzaj chodzonego. Zwyczaj ten był znany w Małopolsce, w tym na Podhalu i Spiszu. Moszyński pisze:

Boży obiad w Grywałdzie wyprawił Jasiek Chryc, bogaty chłop, który nie miał męskiego potomka. Chciał w ten sposób odkupić winy rodziny, odwrócić boży gniew i wyjednać łaski. Przez kilka tygodni księża ogłaszali w siedmiu kościołach, kiedy będzie boży obiad. W umówiony dzień do kościoła w Grywałdzie przybył tłum żebraków. Po mszy każdy otrzymał chleb i pieniądze, wszyscy (w tym też cały Grywałd) zostali zaproszeni na ucztę, która trwała kilka dni w poważnym nastroju, bez muzyki i upijania się: poszły na to przyjęcie trzy jałówki, mendel owiec, dwa wieprze, niezliczona ilość chlebów, które uproszone sąsiadki wypiekały w ciągu całego tygodnia, poprzedzającego uroczystość, 50 ćwierci piwa i parę kuf z gorzałką. (Moszyński 1967: 261).

Nawet pewien komunistyczny pisarz, dość znany w PRL-u, a pochodzący z okolic Miechowa, opisywał w swojej prozie boży obiad:

Jakby nigdy nic pyszniły się drewniane stoły i ławy przy stodole koło studni i cięgiem w sad za stodołą, bocząc się na wychodek.(...) Jeszcze nie było się do czego brać, bo najpierw wtargnęły dziady, a one w mig zmietłyby wszystko do gołej deski, choćby się potem miał wychodek zawalić. Ee, gdzieby starczyło wychodka! Dlatego szynki, kiełbasy, boczki, babki po Wielkanocy, grzybki „tata z mamą” czekały w izbie jak w rezerwie, a nawet i głębiej w komorze. Na pożarcie rzucono skwaśniałą kichę, zgliwiały ser i salceson zwany czarnym diabłem, bo był zrobiony prawie z samej krwi świńskiej. A... i tłuszcz z samych kiszek zeskrobany, prędki na rozwolnienie. Gorzała ino śmierdząca. O nie brzydzili sobie. Było widzieć te mietlaste brody, te pyski niczym wągl, te kinole – nie nosy. Bydlęta nie myte! Świnia ma czyściejsze racie. Jeden się rozłakomił już po pierwszej kwaterce i zaczął strzępić pysk. Ten dziadowski bat tak się rozhulał, że kozikiem uchlastał wiklinę i zrobił se gwizdek, że gwizdaniem zwoływać takich jak on potępieńców. A wtedy babcia, świeć Panie nad jej duszą, złapała kij z mietłą i dalejże walić dziada, najwięcej po pysku. A idźcież... przebrzydłe...Bośta jeszcze nie zarobili nawet za kopiejkę. Macie śpiewać pod krzyżem na rozstaju, żeby dusze pokutujące potem poprowadzić potem przez wieś jak przez czyściec do raju.

O obecność dziadów wśród żałobników dbała szlachta, a nawet magnaci, świadczą o tym liczne zapisy w testamentach czy specjalne legaty. Zdarzało się, że specjalne uczty raz w roku dla żebraków wyprawiali bez związku z pogrzebem ziemianie (np. Zamoyscy), a także w Wielkim Tygodniu opaci klasztorni (np. boży obiad u benedyktynów w Lubiniu, w Wielkopolsce). Wspomina też o tym Michalina Wojtas odnośnie Pienin: 

To stary zwyczaj - już niepraktykowany – organizowany był w dniu 5 sierpnia na święto Matki Bożej Śnieżnej przez zamożnych gospodarzy dla ludzi biednych i żebraków, wcześniej ogłaszany z ambony we wszystkich pienińskich parafiach. Miał charakter zaduszny i poświęcony był m. in. zmarłym przodkom. Urządzeniem bożego obiadu można było odkupić winy i wybłagać laski. Każdy biedny i żebrak dostawał po bochnacku – bochenku chleba i po jednym srebrnym pieniążku. Oprócz tego zapraszano wszystkich którzy uczestniczyli wcześniej w nabożeństwie do suto zastawionych jedzeniem stołów, ustawionych w posiadłości jednego z gospodarzy. Uczta była bez muzyki, tańców i alkoholu trwała nieraz tydzień, dopóki wszystko co przygotowane nie zostało zjedzone. Jeśli pozostały resztki, kruszono je i rozsypywano dzikim ptakom.

Powszechnym zwyczajem jeszcze na początku PRL pod Warszawą było, że w dzień zaduszny udający się na cmentarz zanosili dla żebraków gromadzących się tam specjalne wypieki, zwane bułkami czy plackami. Podobnie dawniej było u nas w okresie wielkanocnym, przynoszono oprócz pieczywa także kaszę, mięso suszone, drobne pieniądze, napoje, które częściowo rozdawano dziadom, a częściowo zostawiano na grobach. W Białorusi te wiosenne d'edy odprawia się po dziś dzień (tzw. Radaunickija Dziedy,  jesienne Dzmitrauskija Dziedy, a w ogóle odprawiano tam d'edy co najmniej cztery razy w roku wg Czesława Pietkiewicza). Ksiądz prof. Bolesław Bartkowski z KUL opowiadał mi kiedyś jak to na początku lat 1970. wybrał się na nagrania gdzieś na północne Podlasie, bo dostał informację, że ma się odprawiać w Adwencie boży obiad. Na darmo jednak jechał, po prostu... nie wpuszczono go. Zapewne nie ze względu na „pogańskie korzenie” obrzędu, ale dlatego, że pito do śpiewania świętych pieśni księżycówkę.

A jak jest na Kurpiach dzisiaj w tych kilku wsiach, gdzie wznowiono obrzęd? Najlepiej samemu sprawdzić, odbywa się już teraz w Adwencie. To modlitwa za dusze wymienione i nie wymienione. Zbierała się kiedyś przy tym cała wieś. W sumie trwa to dwadzieścia cztery godziny [bywało, że czterdzieści godzin]. Nie zmieniamy się! Pięćdziesiąt minut śpiewamy, po czym robimy sobie dziesięć minut przerwy - tłumaczył Czesław Bacławski z Gąsek Piotrowi Kędziorkowi w audycji RCKL w Dwójce.

 

Remek Hanaj

***

Więcej recenzji i felietonów - w naszych działach Słuchamy i Piszemy.

 

Czytaj także

Woda ze stoku

Ostatnia aktualizacja: 09.04.2020 09:13
U podnóża skarpy w dwóch miejscach bije z różną siłą po kilka źródeł, niektóre obmurowane, w innych woda wypływa wprost z ziemi, spomiędzy kamieni lub spod odsłoniętych korzeni drzew i tworzy niewielkie malownicze rozlewisko.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Jak te jaskółki

Ostatnia aktualizacja: 07.05.2020 09:57
Wśród ptaków to jaskółkom chyba najbliżej do miana alter ego człowieka. Żyjemy w cieniu pożądania powrotu – do łona matki, do krainy dzieciństwa, do chmurnej durnej i wesołej młodości, do zdrowia, do pracy, do czasów „sprzed”, bo zawsze kiedyś był jakiś raj. Do domu, tak jak marynarze, którzy tatuowali sobie właśnie jaskółkę.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Polskie odżycie

Ostatnia aktualizacja: 04.06.2020 10:20
Minęło 25 lat od początków ruchu domów tańca, czyli tzw. ruchu revival w Polsce. Może to wystarczający dystans czasowy, żeby zdobyć się na garść refleksji.
rozwiń zwiń

Czytaj także

Pieśni piękne, czyli zdrowe złudzenie?

Ostatnia aktualizacja: 27.08.2020 12:00
Razu jednego z przyjaciółmi w czasach młodzieńczych, kiedy trawiliśmy nasze najpiękniejsze chwile na poszukiwanie tysiącletnich pieśni, gotowi oddać spojrzenia ukochanych za kawałek "stołka cisowego", trafiliśmy pod dach pewnej roztoczańskiej śpiewaczki, poleconej uprzednio.  
rozwiń zwiń

Czytaj także

Dziady

Ostatnia aktualizacja: 26.11.2020 12:00
Pierwszy raz usłyszałem o Dziadach od ojca. Pojechał zaraz po pierwszej wojnie z całą rodziną na koronację obrazu Matki Boskiej Gidelskiej. Było to wielkie wydarzenie, z dziesiątkami tysięcy pielgrzymów! Opowiada ojciec: „Już na kilometr przed kościołem obie strony drogi obstawiały Dziady, w trzech rzędach: jedni leżeli, drudzy klęczeli, trzeci stali. Śpiewali nabożne pieśni, modlili się w intencji”. Po mszy i ceremonii koronacji, rodzina Bieńkowskich z Kujaw zbierała się z powrotem. Wszyscy się rozjeżdżali. Panował zgiełk, hałas, kurz, wiatr porywał papiery. Ale uwagę ojca przykuli dziadowie, którzy ładowali do worków pieniądze i upychali je kolanem! To były czasy wielkiej hiperinflacji, chleb kosztował miliardy marek!
rozwiń zwiń