Historia

Zbrodnia w Miechowicach. Armia Czerwona w 1945 roku

Ostatnia aktualizacja: 25.01.2024 05:40
79 lat temu, między 25 a 27 stycznia 1945 roku, w Miechowicach koło Bytomia doszło do jednej z największych zbrodni dokonanych przez Armię Czerwoną w 1945 roku. W ciągu trzech dni zamordowano 388 Polaków i Niemców. Był to najbardziej krwawy epizod Tragedii Górnośląskiej.
Żołnierze Armii Czerwonej w czasie II wojny światowej
Żołnierze Armii Czerwonej w czasie II wojny światowejFoto: źr. wikipedia

Radziecka ofensywa znad Wisły

W połowie stycznia 1945 r., po kilku miesiącach bezruchu, znad Wisły ruszyła wielka ofensywa Armii Czerwonej. Błyskawiczne postępy sowieckie sprawiły, że już 21 stycznia oddziały sowieckie wkroczyły na Opolszczyznę. Następnego dnia Niemcy zostali wyparci z Tarnowskich Gór i wielu innych miejscowości otaczających największe ośrodki przemysłowe Górnego Śląska. 

Przewaga 1. Frontu Ukraińskiego dowodzonego przez marszałka Iwana Koniewa była druzgocąca. 17 Armia niemiecka nie miała większych szans na podjęcie długotrwałej obrony miast Górnego Śląska. Zdaniem głównego nadzorcy niemieckiej machiny "wojny totalnej" Alberta Speera utrata tego obszaru oznaczała ograniczenie niemieckiego potencjału przemysłowego o 30 proc.

Celem Rosjan było jednak nie tylko opanowanie tego obszaru, lecz jednocześnie uniemożliwienie Niemcom zniszczenia potencjału tamtejszych hut, fabryk i kopalń. W celu zwiększenia przewagi nad oddziałami niemieckimi Koniew wprowadził do walki pozostającą w odwodzie złożoną z ośmiu dywizji 21 Armię Ogólnowojskową.

22 stycznia jej dowódca gen. Dmitrij Gusiew wydał rozkaz opanowania Bytomia. Dwa dni później wokół sił niemieckich zaczęły zaciskać się gigantyczne kleszcze. 25 stycznia walki toczyły się już w Bytomiu i sąsiadujących z nimi Miechowicach (wówczas Mechtal). W ciągu kolejnych dni niektóre części miasta wielokrotnie przechodziły z rąk do rąk. Dopiero 27 stycznia sowietom udało się wyprzeć z Bytomia i Miechowic ostatnie oddziały Wehrmachtu i Volkssturmu.

Sowieckie zbrodnie na ludności cywilnej

Silny opór w niemieckiej części Górnego Śląska (Bytom i Miechowice mimo licznej mniejszości polskiej przed 1939 r. znajdowały się w Rzeszy) wynikał nie tylko ze strategicznego znaczenia tego obszaru, lecz i świadomości sowieckich zbrodni popełnianych na ludności niemieckiej.

Już 21 października 1944 r. Armia Czerwona zajęła niemiecką miejscowość położoną w Prusach Wschodnich. W Nemmersdorfie doszło do wielu brutalnych gwałtów oraz mordów, głównie na kobietach i dzieciach, które nie zdołały ewakuować się na zachód. Po dwóch dniach Niemcy odbili wieś i odkryli ciała około 25 ofiar. Joseph Goebbels wydał podległej sobie machinie propagandowej polecenie zainicjowania gigantycznej kampanii informacyjnej. Gazety, radio i kroniki filmowe pokazywały ofiary zbrodni oraz zawyżały trzykrotnie ich liczbę. Nemmersdorf stał się symbolem sowieckiego bestialstwa i zapowiedzią tego, co czeka Niemców, jeśli Armia Czerwona wkroczy w głąb Rzeszy. 

Sowieckie dowództwo dążyło do ograniczenia zbrodni i grabieży popełnianych na ludności cywilnej na zajmowanych ziemiach polskich na zachód od Bugu. Jakiekolwiek ograniczenia nie istniały na ziemiach "rdzennie" niemieckich, a za takie uznawano Górny Śląsk. W niemal jednakowy sposób traktowano Ślązaków, niezależnie od tożsamości narodowej uważanych za Niemców.

Bytom i Miechowice były więc podobnie jak Nemmersdorf pierwszymi miejscowościami na zachód od przedwojennej linii granicznej narażonymi na zemstę żołnierzy Armii Czerwonej. Ich ofiarami mieli stać się także Polacy – mieszkańcy tych miast oraz robotnicy przymusowi w miejscowych kopalniach i zakładach przemysłowych.

Bestialstwo czerwonoramiejców

Dramat mieszkańców rozpoczął się 25 stycznia. Tego dnia zastrzelony został Polak Wincenty Bober. W ciągu kilku kolejnych godzin czerwonoarmiści wyciągali ukrywających się w piwnicach mężczyzn – Niemców i Polaków – których rozstrzeliwali na miejscu. Wśród nich byli Walenty Drzesga i jego syn Herbert. Ten drugi, śmiertelnie ranny, dożył następnego dnia. Sąsiadka rodziny Drzesgów już po południu 25 stycznia wezwała do konającego chłopca ks. Jana Frenzla z pobliskiej parafii. Kapłan udzielił mu ostatniego namaszczenia i pozostał do jego śmierci rankiem 26 stycznia.

W czasie, gdy udzielał sakramentu spowiedzi pozostałym domownikom, do mieszkania wkroczyli czerwonoarmiści. Wyprowadzili duchownego i wraz z kilkoma mieszkańcami sąsiedniej kamienicy poprowadzili w kierunku sąsiednich Stolarzowic. Po drodze zerwali jego bursę (noszoną na szyi torebkę do przechowywania hostii zanoszonych chorym). Ks. Frenzl został doprowadzony do dowództwa sowieckiej dywizji w Stolarzowicach. Tam poddano go torturom i zamordowano strzałem w oko w pobliskiej stodole.

Świadkowie, którzy kilka dni później zajęli się jego pogrzebem, opisali zmasakrowane ciało księdza. Jego ręce skrępowano drutem kolczastym, nogi połamano, a ramiona przestrzelono. Zwłoki kapłana zostały rozpoznane przez jego siostrę wyłącznie dzięki koloratce. Został pochowany na cmentarzu w Stolarzowicach, a 9 lutego jego szczątki przeniesiono do Brzezin Śląskich. Śmierć ks. Jana Frenzla stała się symbolem sowieckich zbrodni popełnionych w Miechowicach i okolicznych miejscowościach.

Również 26 stycznia czerwonoarmiści dokonywali zbrodni na mieszkańcach zajętej przez nich części Miechowic. Najbardziej tragicznym dniem okazał się jednak 27 stycznia. Według ustaleń śledztwa Instytutu Pamięci Narodowej tego dnia zginęło około 200 osób.

Dla Sowietów pretekstem miała być informacja o zastrzeleniu majora Armii Czerwonej przez członka Hitlerjugend. W badaniach IPN nie udało się zweryfikować tej informacji. W pobliżu miejsca rzekomej śmierci funkcjonariusza armii sowieckiej rozstrzelanych zostało kilkudziesięciu mieszkańców okolicznych kamienic. Wśród nich było wielu inwalidów. Sowieci założyli, że to inwalidzi wojenni. Tymczasem ich kalectwo wynikało z wypadków w kopalniach. Wielu zostało zamordowanych w swoich domach.

Kobiety i dzieci ofiarami gwałtów

Do ofiar mordów należy zaliczyć także osoby popełniające samobójstwa na wieść o śmierci swoich synów. W śledztwie Instytutu Pamięci Narodowej opisano dramat rodziny Fabry, której ojciec przyjechał z Westfalii do pracy w miejscowej kopalni. Według relacji górnika Franciszka Szenka po powrocie z pracy Wilhelm Fabry dowiedział się, że jego żona, która była w zaawansowanej ciąży, została wielokrotnie zgwałcona. Fabry załamał się. Zastrzelił żonę, dwie córki w wieku czterech i pięciu lat, następnie popełnił samobójstwo. Liczba gwałtów dokonanych przez czerwonoarmistów jest niemożliwa do ustalenia.

W ciągu niecałych trzech dni w Miechowicach zginęło około 380 osób. Specyfika społeczności Górnego Śląska nie zawsze pozwala na określenie narodowości ofiar. Warto jednak dodać, że w 1921 r. za przyłączeniem Miechowic do odrodzonej Polski głosowało trzy czwarte mieszkańców. Wśród ofiar było też wielu robotników przymusowych z Generalnego Gubernatorstwa oraz jeden robotnik z Ukrainy, który został zastrzelony, kiedy wybiegł na ulicę powitać wkraczających czerwonoarmistów.

Jedna z wielu zbrodni

Zbrodnia w Miechowicach była jedną z wielu popełnionych na Śląsku zimą 1945 r. Podczas śledztwa IPN liczbę zamordowanych w Gliwicach, Gierałtowicach i Miechowicach oszacowano na blisko 1100 osób. Ofiarami mordów, grabieży i gwałtów padali nie tylko Polacy, Niemcy, lecz i robotnicy przymusowi z Ukrainy i Francji. Wszyscy niezależnie od pochodzenia byli uważani za ludność niemiecką.

Kulminacją zbrodni była deportacja na wschód co najmniej 30 tys. mieszkańców Górnego Śląska – bez względu na opcję narodowościową. Spośród wywiezionych prawdopodobnie ponad połowa pozostała na nieludzkiej ziemi, umierając podczas transportu lub katorżniczej pracy – przede wszystkim w kopalniach, hutach, kamieniołomach i lasach. Pierwsze powroty rozpoczęły się pod koniec 1945 r., jednak ostatni z ocalałych powracali dopiero na początku lat pięćdziesiątych.

W okresie PRL zbrodnia w Miechowicach, podobnie jak pozostałe epizody Tragedii Górnośląskiej, była przemilczana w oficjalnej narracji historycznej. Już w roku 1945 w aktach miejscowego urzędu stanu cywilnego unikano wpisywania ofiar jako zmarłych w styczniu 1945 roku.

W roku 1969 władze komunistyczne zlikwidowały zbiorową mogiłę i przeniosły większość szczątków na cmentarze w Bytomiu, gdzie zostały pochowane w niemal nieoznakowanej kwaterze. Do lat siedemdziesiątych swoistym znakiem pamięci o tamtych wydarzeniach były napisy pozostawione przez czerwonoarmistów na ceglanych murach miechowickich familoków: "Śmierć niemieckim najeźdźcom" oraz "Wykończymy wroga w jego legowisku". Wiele z nich zniknęło dopiero w wyniku rozbiórki tych kamienic.

PAP

Czytaj także

Historyk: to było wejście do miasta ruin. Na wyzwolenie Warszawa czekała w sierpniu 1944

Ostatnia aktualizacja: 17.01.2022 06:01
17 stycznia 1945 roku do zrujnowanej Warszawy wkroczyli żołnierze 1 Armii Wojska Polskiego. - W styczniu 1945 roku to było wejście do ruin miasta, a na wyzwolenie to Warszawa czekała w sierpniu i wrześniu 1944 roku – komentował historyk dr Andrzej Chmielarz. – Niestety, wtedy mieszkańcy miasta nie zostali wyzwoleni. Wyzwolono gruzy pół roku później.
rozwiń zwiń
Czytaj także

Czerwona szarańcza. Jak Sowieci grabili "wyzwalane" tereny

Ostatnia aktualizacja: 09.05.2024 05:55
Armia Czerwona prawem zwycięzcy ogołacała tereny, przez które przeszła. Wartość łupów jest szacowana w setkach milionów dolarów. Rabowano wszystko, co miało wartość: od zegarków przez dzieła sztuki po całe fabryki. Proceder odbywał się z rozkazu samego Stalina.
rozwiń zwiń
Czytaj także

Pijana okupacja. Przestępstwa Armii Czerwonej w powojennej Polsce

Ostatnia aktualizacja: 17.01.2022 05:55
– Pojedyncze gwałty i rabunki zdarzały się już wcześniej, ale wzrost demoralizacji rozpoczął się wraz z zakończeniem wojny – powiedział w rozmowie z portalem PolskieRadio24.pl prof. Marcin Zaremba. – To okres nieprawdopodobnej fali gwałtów, przemocy, grabieży, napaści na pociągi. Raporty urzędowe nazywają go "pijaną okupacją".
rozwiń zwiń