Nie jest to przy tym świat, który ukrywa swoje zamiary: chce zburzyć porządek, wywrócić status quo i przejąć dominację. Ów cel, niewiele różniący się od klasycznego rewizjonizmu, zostaje polany sosem „większej sprawiedliwości” i „zadośćuczynienia uciemiężonym” – by zdobyć potrzebne poparcie w krajach globalnego Południa. Zakończony właśnie szczyt Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SzOW) można więc uznać za kolejny kamień milowy w narastającej niepewności na arenie międzynarodowej.
W chińskim mieście portowym Tiencin zebrało się ponad 20 liderów państw globalnego Południa pod przewodnictwem chińskiego przywódcy Xi Jinpinga, by zamanifestować swoją wizję porządku międzynarodowego. Przełomem była wizyta – po sześcioletniej przerwie – premiera Indii Narendry Modiego. Ten jednak unikał głośnych deklaracji o „alternatywnym ładzie”, konsekwentnie trzymając się polityki neutralności i pragmatyzmu. Pomimo deklaracji Xi o możliwości „tańca smoka i słonia”, Modi nie dał się porwać retoryce o konieczności wywracania wszystkiego do góry nogami. SzOW pozostaje dla niego zmorą – organizacją, która początkowo miała być forum bezpieczeństwa, a dziś coraz bardziej przypomina regionalną unię pod przewodnictwem Pekinu, skupiając przy tym rywali Delhi, takich jak Pakistan czy same Chiny.
Inaczej Władimir Putin. Mając w podświadomości potrzebę udowodnienia Zachodowi, że nie jest odizolowany, a także przekonanie, iż na początku lat 2000. popełniono błąd, nie włączając Rosji do świata euroatlantyckiego, rzucił się w objęcia chińskiej wizji. Chwalił inauguracyjne przemówienie Xi o konieczności stworzenia „bardziej sprawiedliwego globalnego modelu zarządzania”, a nawet wysunął tezę, że to SzOW ma stać się fundamentem i motorem nowego systemu. Uprawiając bandwagoning, czyli strategię polegającą na wspieraniu przez państwa mniejsze i słabsze silniejszych i zdradzając własne ideały – czytaj nieudane próby budowy instytucjonalnej architektury na bazie OUBZ (Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym) czy EUG (Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej) – coraz głębiej popada w zależność od Pekinu. I to nie tyle gospodarczą czy polityczną, ile mentalną. Studiującemu w wolnych chwilach historię Putinowi musi być szczególnie niewygodnie z powodu odwrócenia ról – wszak jego ulubiony ZSRR przez dekady nadawał ton relacjom z Chinami. Dziś przykrywa się to formułkami o „wiecznej przyjaźni” i „partnerstwie strategicznym”. W istocie jest ono doraźne i oparte na wspólnocie wartości… w przykręcaniu śruby.
Sam szczyt nie przyniósł jednak żadnej mapy drogowej – zresztą państwa globalnego Południa od dwóch dekad nie są w stanie jej stworzyć – ani też konkretnych instrumentów, za pomocą których mogłyby współtworzyć nowy, nieliberalny porządek międzynarodowy. „Deklaracja z Tiencinu” wrzuca do jednego dokumentu wszystko: od potrzeby reformy ONZ, przez walkę z separatyzmem i „destrukcyjnymi ideologiami”, po kwestie rolnictwa.
Prawdziwym zwieńczeniem pokazu siły alternatywnego bieguna – i sygnałem, że zaczyna się nowa era dwublokowości – była jednak defilada wojskowa w Pekinie z okazji zakończenia II wojny światowej w Azji. Zaprezentowane uzbrojenie jasno dowiodło, że Chiny nie zadowalają się rolą regionalnego mocarstwa, lecz aspirują do globalnego przywództwa. Nowa wersja międzykontynentalnej rakiety DF-5C, hipersoniczne pociski YJ-19, system antysatelitarny HQ-29 czy tajemniczy aparat podwodny AJX002 to broń zbyt potężna, by ograniczać ją do ewentualnej inwazji na Tajwan. To wyzwanie rzucone przede wszystkim Stanom Zjednoczonym – i to wykraczające daleko poza Indo-Pacyfik.
Gra o przyszłość trwa. Pozycje obu bloków stają się coraz wyraźniejsze, a potencjał konfrontacji rośnie z każdym rokiem. I chyba najwyższy czas, by przypomnieć sobie o przesłaniu Joe Bidena.
Leon Pińczak, analityk ds. bezpieczeństwa i spraw wschodnich, Polityka Insight