Nagłe usunięcie Nicolása Maduro ze sceny politycznej wywołało w Wenezueli kryzys, jakiego kraj nie doświadczył nawet w najbardziej burzliwych momentach ostatnich lat. Choć konstytucyjna sukcesja została uruchomiona, a obowiązki głowy państwa przejęła dotychczasowa wiceprezydentka Delcy Rodríguez, nowa sytuacja nie przyniosła politycznej stabilizacji. Przeciwnie – ujawniła głęboki rozdźwięk między prawem, realną władzą i oczekiwaniami społeczności międzynarodowej.
Rodríguez, która natychmiast ogłosiła gotowość do dialogu i wezwała Stany Zjednoczone do pokojowej współpracy, stara się budować wizerunek liderki zdolnej do utrzymania ciągłości państwa. W oficjalnych wystąpieniach podkreśla znaczenie suwerenności, nieingerencji oraz prawa Wenezueli do samodzielnego decydowania o swojej przyszłości. Jednocześnie deklaruje chęć normalizacji relacji międzynarodowych i odejścia od logiki konfrontacji.
Problem polega jednak na tym, że jej mandat jest szeroko kwestionowany. Dla części państw i organizacji międzynarodowych Delcy Rodríguez pozostaje symbolem systemu władzy zbudowanego przez Maduro, a nie jego realną alternatywą. Brak powszechnego uznania oznacza, że nawet jeśli formalnie pełni obowiązki prezydenta, jej zdolność do reprezentowania kraju na arenie międzynarodowej jest ograniczona.
Równolegle do tej sytuacji pojawia się pytanie o rzeczywistą kontrolę nad państwem. Kluczową rolę nadal odgrywają siły zbrojne, aparat bezpieczeństwa oraz administracja publiczna, w dużej mierze obsadzone przez ludzi związanych z poprzednim obozem władzy. Ich lojalność wobec nowej p.o. prezydenta nie jest jednoznacznie potwierdzona, a to oznacza, że polityczna zmiana na szczycie nie musi automatycznie przekładać się na zmianę sposobu rządzenia.
Osobnym aktorem pozostają Stany Zjednoczone, których działania doprowadziły do gwałtownego przesilenia. Waszyngton sygnalizuje, że nie uznaje obecnego układu władzy za ostateczny i oczekuje procesu transformacji politycznej, który zakończyłby się wyborami uznanymi za wolne i demokratyczne. Jednocześnie amerykańskie deklaracje o „odpowiedzialności za stabilizację” Wenezueli budzą sprzeciw części państw regionu, które postrzegają je jako naruszenie suwerenności.
Na tym tle coraz głośniej odzywa się także wenezuelska opozycja. Jej liderzy podkreślają, że ani Maduro, ani jego najbliżsi współpracownicy nie mają mandatu do dalszego sprawowania władzy, a obecny moment powinien zostać wykorzystany do odbudowy instytucji państwowych. Problemem pozostaje jednak brak realnej kontroli nad strukturami państwa oraz rozdrobnienie samej opozycji, która od lat nie potrafiła wypracować trwałej alternatywy politycznej.
W efekcie Wenezuela znalazła się w stanie politycznego zawieszenia. Formalnie krajem kieruje Delcy Rodríguez, faktyczna władza pozostaje rozproszona między wojskiem, aparatem administracyjnym i dawnymi elitami, a ostateczne rozstrzygnięcia w dużej mierze zależą od presji międzynarodowej. W takim układzie pytanie „kto rządzi” ma więcej niż jedną odpowiedź – i żadna z nich nie daje poczucia trwałości.
Najbliższe tygodnie pokażą, czy obecny układ doprowadzi do stopniowej normalizacji, czy też stanie się początkiem długotrwałego konfliktu o legitymację władzy. Jedno jest pewne: Wenezuela weszła w nową fazę kryzysu, w której samo sprawowanie urzędu nie oznacza jeszcze realnych rządów.
IAR/PAP/Money.pl/The Guardian/AP News/pż