Jesienią ub.r. przez Chicago przeszła operacja służb jak żadna inna: do miasta wkroczyły tysiące funkcjonariuszy ICE, przeprowadzając naloty na miejsca pracy, ścierali się z protestującymi i aresztowali ponad 1,6 tys. osób, nie zawsze zgodnie z procedurami prawa. W jednym z przypadków przeprowadzili nocny najazd w stylu wojsk specjalnych z użyciem śmigłowca Black Hawk, opuszczając się po linach i wchodząc do lokali budynku mieszkalnego, zatrzymując zarówno imigrantów, jak i obywateli USA.
Choć od operacji służb imigracyjnych "Midway Blitz" w Chicago minęło już pół roku, większość funkcjonariuszy wysłanych do miasta zostało skierowanych gdzieś indziej, to efekty ich działań są odczuwalne do dziś.
W kawiarniach i restauracjach spotykamy znaki "ICE out" lub zapewnienia, że imigranci są tam mile widziani. Rozdawane są ulotki z poradami, jak zachować się, gdy zobaczy się ICE. Część lokali gastronomicznych w obszarach szczególnie często zamieszkałych przez imigrantów zmaga się z brakiem rąk do pracy. Na brak pracy nie mogą narzekać za to prawnicy specjalizujący się w sprawach imigracyjnych.
— Pracujemy aż do nocy, bo mamy tak dużo telefonów i tak dużo klientów, którzy są zaniepokojeni tym, co się dzieje — przyznaje mec. Ewa Brożek z chciagowskiej kancelarii Kurczaba & Brozek Law. — Niekoniecznie jesteśmy w stanie wszystkim pomóc, ale tak naprawdę oprócz tego, że zabezpieczamy stronę prawną, to jeszcze działamy jako psycholodzy, bo bardzo wielu ludzi po prostu żyje w strachu — tłumaczy.
— Wśród Polaków jest pewna nerwowość — potwierdza jedna z działaczek organizacji polonijnych. — Na pewno ci, którzy są tu nielegalnie, się boją, jest dużo obaw. Mieliśmy kilka głośnych przypadków zatrzymanych Polaków. Ale to nic dziwnego, skoro zdarza się, że zgarniają nawet tych z legalnym pobytem czy z obywatelstwem — dodaje.
Jak mówi mec. Brożek, obawy te są w pewien sposób uzasadnione, bo wbrew temu, co deklaruje administracja Trumpa, że działania służb skupiają się na wyłapywaniu "najgorszych z najgorszych", żaden z jej 10 polskich klientów zatrzymanych przez ICE nie miał jakiejkolwiek przeszłości kryminalnej. — Co najwyżej mandaty za przekroczenie prędkości — podkreśliła Brożek.
Sytuacja wśród ogółu imigrantów, którzy trafili w ręce służb, jest dość podobna. Według analizy danych przeprowadzonych przez telewizję CBS, 60 proc. z imigrantów nie miało na koncie żadnych przestępstw lub wykroczeń, a 14 proc. — przestępstwa z użyciem przemocy.
— Grupa Polaków to grupa dość reprezentatywna dla tego, co dzieje się w całym kraju. Wszyscy byli tutaj dłużej niż dwa lata, a większość powyżej 20 lat. Więc to są osoby, które tutaj mają, miały, biznesy, płaciły podatki i tak naprawdę znalazły się przypadkowo w miejscu, gdzie zostały zweryfikowane najczęściej przez zeskanowane tablice rejestracyjne na parkingach sklepowych — dodała.
Według rozmówczyni, w dwóch innych przypadkach zatrzymania przez ICE, trafili oni w ręce służb podczas ich nalotu na teren prac budowlanych. W kolejnym zaszło podejrzenie, że na osobę tę został złożony donos przez kogoś z jej otoczenia. Wszystkie sprawy, z którymi zetknęła się prawniczka, dotyczyły osób, które przebywały w USA na nieważnych wizach i które nie miały możliwości uregulowania swojego pobytu, np. dlatego, że ich dzieci nie osiągnęły wieku wymaganego do złożenia wniosku o to.
Jak zaznaczyła, absurd sytuacji podkreśla fakt, że tylko dwie znane jej osoby zostały ostatecznie deportowane z USA, zaś pozostali po kilku tygodniach spędzonych w zatrzymaniu wyszli za kaucją z dozorem, a w międzyczasie będą mieli okazję zalegalizowania statusu.
— To zapewne kosztowało podatników kilkadziesiąt tysięcy dolarów — powiedziała Brożek.
Dokładna liczba zatrzymanych i deportowanych przez ICE Polaków nie jest znana. W grudniu ub.r. polskie MSZ podało, że w minionym roku fiskalnym (do października 2025 r.) do opuszczenia USA zmuszonych zostało 130 Polaków, niemal dwukrotnie więcej niż rok wcześniej, lecz nie jest jasne, ilu z nich zdecydowało się to zrobić w ramach tzw. samodeportacji. Administracja Trumpa oferuje obecnie dla "samodeportujących się" imigrantów 2,6 tys. dol. oraz pokrycie kosztu biletu do kraju. Władze twierdzą, że z oferty tej skorzystało już ponad 2 mln osób.
— Wbrew temu, co rząd pisze na swoich stronach, że te osoby będą mogły tutaj wrócić, to my wiemy, że to nie będzie możliwe, co najmniej przez najbliższe 10 lat — podkreśla. — Jest to naprawdę szokujące, ale to jest swego rodzaju pułapka, którą władze zastawiają na imigrantów — dodała. Prawniczka przyznała, że choć nie zna jeszcze osoby, która by przeszła cały proces w ramach tego programu, to ma wiele zapytań na ten temat. Pokusą dla osób w starszym wieku jest fakt, że w ten sposób zachowają prawo do emerytury, podczas gdy deportacja je przekreśla.
Brożek dodała, że choć wielu Polaków w Chicago mówi o powrocie do Polski, to zdecydowana większość się na to jak na razie nie decyduje.
Przypadkowe i często wątpliwe prawnie działania policji imigracyjnej wywołują też niepokój wśród osób, które dotąd uznawano za chronione przed deportacjami. Chodzi m.in. o tzw. dreamersów, czyli osoby, które przyjechały do USA jako dzieci nielegalnych imigrantów. Do niedawna ich status był chroniony przez program DACA; teraz jednak ich sytuacja prawna nie jest jasna m.in. ze względu na toczące się przed sądami spory oraz politykę Ministerstwa Bezpieczeństwa Krajowego (DHS). W lipcu ub.r. rzeczniczka resortu Tricia McLaughlin powiedziała, że takie osoby nie mają legalnego statusu i mogą podlegać deportacjom
— Jest spora nerwowość, nie można być pewnym niczego. To trochę istnienie w zawieszeniu — powiedziała Paulina, która do Chicago przybyła jako dziecko z Podlasia. — Na pewno sporo osób z tych, którzy cieszyli się ze zwycięstwa Trumpa, teraz już nie demonstruje takiego entuzjazmu. Bo okazuje się, że nie przychodzą tylko po kryminalistów i Latynosów — dodała.
Jak mówi Brożek, choć od minionej jesieni sytuacja w mieście się nieco uspokoiła, to wszyscy spodziewają się rychłego powrotu służb, który według pogłosek ma nastąpić już w marcu.
— Ludzie masowo zabezpieczają się przed tym, chcą się przygotować: na przykład upoważnienia dla znajomych do opieki nad dziećmi w razie aresztowania — powiedziała prawniczka. — Każdy, kto tylko może, składa wnioski czy cokolwiek, do czegokolwiek mają prawo te osoby; w tym czasie starają się, szukają sposobów, żeby zalegalizować status. Po prostu martwią się, że ten powrót może nastąpić w marcu — dodała.
PAP/pż