PAP: Rada Najwyższa Ukrainy przyjęła w środę ustawę o Panteonie Narodowym. Procedowano ją w ekspresowym tempie. Skąd takie przyspieszenie?
Jarosław Hrycak: Przypomnę, że ustawa czekała ponad 10 lat. Pierwszy jej projekt pojawił się w 2015 roku, kiedy prezydentem był Petro Poroszenko. Do niedawna prezydent Wołodymyr Zełenski w ogóle nie interesował się tą kwestią. Po polsko-ukraińskiej awanturze o ordery, upamiętnienie bohaterów stało się nagle ważne. Pamiętajmy jednak, że Panteon w dzisiejszej formie to inicjatywa jednej partii, jeśli Sługę Narodu można w ogóle nazwać partią. A nawet nie tyle partii, ile grupy najbliższych współpracowników Zełenskiego, która uformowała się po dymisji poprzedniego szefa kancelarii prezydenta Andrija Jermaka. Mówimy o szefie gabinetu prezydenta Kyryle Budanowie i Irynie Wereszczuk. Podejrzewam, że szczególną rolę w uchwaleniu ustawy o Panteonie Narodowym odegrała właśnie Wereszczuk. Była wicepremier i ministra ds. reintegracji tymczasowo okupowanych terytoriów jest bardzo aktywna i ma skłonność do wywoływania skandali. W odróżnieniu od Zełenskiego i Budanowa, którzy nie mają w tej dziedzinie kompetencji, Wereszczuk zna bardzo dobrze historię Ukrainy, w tym dzieje UPA, gdyż pochodzi z Zachodniej Ukrainy. Mam wrażenie, że w otoczeniu prezydenta mamy do czynienia ze swoistym konkursem na idee, jak jeszcze bardziej wyraźnie upamiętnić Ukraińską Armię Powstańczą.
PAP: Czy ustawa o Panteonie Narodowym ma służyć wzmocnieniu morale armii ukraińskiej?
J.H.: Nic z tych rzeczy. Rozmawiałem z historykami, którzy brali udział w ostatniej naradzie u prezydenta w sprawie ustawy o Panteonie Narodowym. Tłumaczyli mi, że ich zdaniem Zełenski przeforsował ustawę z powodów politycznych, mając nadzieję, że dzięki temu zapewni sobie wygraną w wyborach prezydenckich, kiedy wreszcie się odbędą. To jest oczywiście hipoteza, bo nie mam na to żadnych twardych dowodów. Administracja Zełenskiego jest bardzo szczelna i trudno dowiedzieć się, co dzieje się w otoczeniu prezydenta, a jeszcze trudniej zrozumieć jaką logiką się ona kieruje. Nawet za prezydentury Wiktora Janukowycza było pod tym względem lepiej.
Dlaczego myślę, że ta hipoteza jest prawdziwa? Otóż w ukraińskiej polityce od paru lat panuje żelazna zasada – prezydentem zostaje ten, kto zdobywa większe poparcie w Zachodniej Ukrainie. W tej części kraju jest zawsze większa mobilizacja wyborców, więcej ludzi idzie do urn. To dlatego w 2019 roku Poroszenko startował do wyborów prezydenckich z hasłem „Armia, język, wiara”, odwołującym się do trzech kluczowych filarów państwowości. Myślał, że jego głównym rywalem będzie Julia Tymoszenko, ale pojawił się Zełenski i wywrócił polityczny stolik. Po pełnoskalowej agresji Rosji Zachodnia Ukraina stała się jeszcze ważniejsza, bo Wschód jest częściowo okupowany, zaś Kijów mentalnie i tożsamościowo przesunął się na Zachód.
PAP: Kijów stał się takim wielkim Lwowem?
J.H.: Coś w tym rodzaju. A wracając do Zełenskiego – jego metodą na sukces jest polityczna kreatywność, łamanie stereotypów i coraz bardziej oryginalne posunięcia. Chodzi o to, aby cały czas zaskakiwać przeciwników.
PAP: Jak to się stało, że tak bardzo wzrosły wpływy Iryny Wereszczuk?
J.H.: Tego do końca nikt nie wie. Podobnie jak cała partia Zełenskiego, Wereszczuk na szczyty polityki wspięła się w zasadzie znikąd. Po studiach była oficerem w Siłach Zbrojnych Ukrainy, potem w latach 2010–2015 burmistrzem Rawy Ruskiej, niewielkiego miasta Zachodniej Ukrainy. W górę niosła ją fala odmłodzenia ukraińskiej polityki. W 2020 roku była kandydatką Sługi Narodu na mera Kijowa. Kampanię prowadziła tak jak były burmistrz Londynu, a potem premier Wielkiej Brytanii — Boris Johnson. Nosiła ze sobą nawet podobny parasol, ale przegrała z Kliczką.
Jurij Łucenko, były prokurator i były minister spraw wewnętrznych Ukrainy za prezydentury Poroszenki twierdzi, że za przyśpieszeniem prac nad Panteonem Narodowym stoi właśnie Wereszczuk. Była wicepremier temu zaprzecza, ale z tego, co wiem, przewodniczyła naradzie ekspertów w tej sprawie. Zresztą jej asystentka zapraszała mnie na to spotkanie, ale odmówiłem. W grupie doradzającej w tej kwestii prezydentowi jest około 20 osób, ale tylko część z nich to historycy. Pośród nich są też wybitne osobistości jak np. Josyf Zisels, dysydent z czasów ZSRR, obrońca praw człowieka, działacz społeczny żydowskiej mniejszości na Ukrainie, który w 1988 r. założył w Czerniowcach pierwszą w naszym kraju organizację żydowską. Niedawno rozmawiałem z nim o Panteonie Narodowym. Delikatnie mówiąc Zisels nie jest entuzjastą tego projektu. Uważa, że to etniczna manipulacja i zwraca uwagę na fakt, że do tej pory w Ukrainie nie powstało muzeum Holokaustu.
PAP: W Polsce politycy i eksperci zastanawiają się jakie postaci poza Stepanem Banderą zostaną upamiętnione w ukraińskim Panteonie Narodowym? Czy wśród nich znajdą się odpowiedzialni za zbrodnie przeciwko Polakom — Kłym Sawur i Roman Szuchewycz?
J.H.: Sawura nie będzie, a jeśli chodzi o inne nazwiska, dyskusje wciąż trwają. Na tej niedawnej naradzie, o której wspomniałem, eksperci zostali poproszeni o rozszerzenie listy. Wszystko kręci się wokół nazwisk, a wciąż nie ma koncepcji, jak miałby wyglądać ten cały Panteon Narodowy. Nie wiadomo czy dojdzie do sprowadzenia prochów postaci, które miałyby się w nim znaleźć. Niewiadomych jest wiele, a wszystko kończy się na sloganach. Co gorsza, cała ta sprawa doprowadziła do jeszcze większego pogorszenia relacji z Polską, choć nikt z osób stojących za tym projektem nie miał tego na celu.
PAP: Politycy w Polsce mówią w zasadzie jednym głosem, że z takim podejściem do UPA Ukraina nie wejdzie do UE.
J.H.: Proszę zrozumieć, że odpowiedzialny za to jest rząd, a nie naród ukraiński, więc karanie całego społeczeństwa poprzez np. blokowanie negocjacji z UE to wielka przesada. Rozmawiałem na ten temat z ludźmi z frontu. Dla nich nie ma wielkiego znaczenia czy żołnierze cenią Stepana Banderę, czy też nie. Najważniejsze jest, aby ci ludzie dobrze walczyli z Rosją. Stąd wyciągam wniosek, że Zełenskiemu nie chodzi wcale o podnoszenie morale armii, ale o mobilizowanie swych potencjalnych wyborców.
PAP: Czy widzi pan jakieś sensowne rozwiązanie tego polsko-ukraińskiego sporu o historię, który zaostrzył się po akcji z odebraniem Orderu Orła Białego Zełenskiemu i odwetowym oddawaniem polskich orderów przez byłych ukraińskich prezydentów? Swego czasu proponował pan wprowadzenie moratorium na wykorzystywanie przez polityków kwestii Rzezi Wołyńskiej do celów politycznych — przynajmniej do czasu zakończenia wojny.
J.H.: Na to jest za późno, bo dżin został wypuszczony z butelki. Sprawy zaszły stanowczo za daleko. Mam jednak nadzieję, że obie strony wyciągną wnioski z tego sporu zgodnie z duchem starego polskiego powiedzenia: „Polak mądry po szkodzie”. To samo mógłbym powiedzieć o Ukraińcach, bo co by nie mówić, Polacy i Ukraińcy są do siebie bardzo podobni. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że to myślenie życzeniowe. Krokiem w dobrym kierunku był wspólny apel o pojednanie Polaków i Ukraińców, jaki kilka dni temu wystosowali kardynałowie z Polski i Ukrainy obecni na konsystorzu w Rzymie wraz ze zwierzchnikiem Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego. Potrzebujemy więcej takich głosów ze strony moralnych autorytetów.
PAP: W Polsce mamy problem z autorytetami.
J.H.: My w Ukrainie też i w tej kwestii jesteśmy również do siebie bardzo podobni. Można próbować odwoływać się do prostych, ludzkich historii, do wielkiego zbliżenia, jakie zaszło pomiędzy społeczeństwami polskim i ukraińskim, kiedy w 2022 roku przyjęliście z otwartymi ramionami ukraińskich uchodźców wojennych. Niestety wydaje mi się, że na takim etapie konfliktu to nie zadziała.
PAP: Niepokoi pana to, że prezydenci Wołodymyr Zełenski i Karol Nawrocki nie kwapią się, by spotkać się, podać sobie ręce i próbować załagodzić spór?
J.H.: To jest duży problem. Obawiam się, że do przełomu w tej kwestii może dojść tylko po zmianie władzy w Ukrainie — jeśli wojna skończy się za rok czy dwa, a wybory wygra Wałerij Załużny, były Naczelny Dowódca Sił Zbrojnych Ukrainy, a dziś ambasador w Londynie.
Na razie Załużny milczy w sprawie sporu z Polską. Jak podał serwis „Ukraińska Prawda”, był on niedawno w Kijowie, gdzie rozmawiał z Zełenskim i Budanowem. Oficjalnym tematem spotkania była zapowiedź dymisji premiera Wielkiej Brytanii Keira Starmera, ale źródła „Ukranskiej Prawdy” twierdzą, że prezydent i szef jego kancelarii próbowali namówić Załużnego do tego, by zrezygnował ze startu w wyborach prezydenckich. Ten podobno odmówił, argumentując, że spora część społeczeństwa chce, aby w nich wystartował.
Jeśli chodzi o prawdziwe pojednanie polsko-ukraińskie, musimy poczekać do zakończenia wojny. Nie znam żadnego przypadku w historii, kiedy dwa zwaśnione narody pojednałyby się w czasie kiedy jeden z nich walczył o przetrwanie. Co więcej, o pojednanie będzie łatwiej, jeśli Ukraina wejdzie do Unii Europejskiej, bo wtedy Ukraińcom będzie łatwiej rozliczyć się z historią.
Uważam, że wszystkie te slogany, że „z Banderą Ukraina do UE nie wejdzie” są kontrproduktywne, bo wzmacniają nastroje eurosceptyczne w społeczeństwie ukraińskim. Wiadomo, że po tym, co się stało, Ukraina nie wróci już do Rosji, ale jeśli ludzie zobaczą, że Europa się od nas odwraca, przestaniemy dążyć do tego, by stać się częścią Zachodu. Taki obrót rzeczy byłby dla nas samobójczy.
PAP: Mówi pan o scenariuszu, w którym Ukraina stałaby się taką drugą Turcją – krajem pomiędzy Wschodem i Zachodem?
J.H.: To byłoby groźne zarówno dla Ukrainy, jak i Polski. Zastanówcie się, czy chcielibyście mieć takiego sąsiada?
Rozmawiał Jacek Pawlicki (PAP)/ks