"Na Wołyniu każde źdźbło trawy krzyczy swoją historię"

Ostatnia aktualizacja: 21.03.2018 10:10
- Mam wrażenie, że od fizycznej granicy polsko-ukraińskiej do około 300 km w głąb Ukrainy jest pas ziemi niczyjej. Oprócz kilku miasteczek wielkości Chełma są zapomniane miejsca po polskich wsiach i prawie niezamieszkane, wsie ukraińskie - mówił Maksymilian Rigamonti, współautor książki "Echo" o Wołyniu.
Audio
  • Magdalena i Maksymilian Rigamonti o książce fotograficznej "Echo" (Poranek Dwójki)

rzeź wołyńska ilustracyjne wiki 1200.jpg
Irena Gajowczyk. Relacja ocalonej z Wołynia '43

Na każdej ze stron książki są cztery czarno-białe fotografie autorstwa Maksymiliana Rigamontiego oraz kilkuwersowy tekst jego żony Magdaleny wraz z nazwą wsi i jej współrzędnymi GPS. Materiały do "Echa" dziennikarsko-fotograficzny duet zbierał przez cztery lata, odwiedzając w tym czasie Wołyń kilkanaście razy.

- Po raz pierwszy pojechaliśmy tam w 2013 roku. Chcieliśmy zobaczyć, co to jest ten Wołyń. Znaliśmy hasło "rzeź wołyńska" i na tym koniec. Nie mieliśmy świadomości, że to, co się tam stało w 1943 roku, jest geograficznie tak blisko. Do miejsca, które odegrało jedną z ważniejszych ról na tej wołyńskiej mapie jedzie się z Warszawy, nie licząc olbrzymiej kolejki na granicy, nieco ponad trzy godziny. Czyli jest bliżej niż do Krakowa - opowiadali Magdalena i Maksymilian Rigamonti.

Skąd wziął się pomysł na książkę-mapę o Wołyniu? Jakie niebezpieczny momenty przeżyli autorzy "Echa" podczas zbierania materiałów? O tym w nagraniu audycji.

***

Rozmawiał: Paweł Siwek

Goście: Magdalena i Maksymilian Rigamonti (autorzy książki fotograficznej "Echo")

Data emisji: 20.03.2018

Godzina emisji: 8.10

Materiał został wyemitowany w audycji Poranek Dwójki.

pg/bch

Ten artykuł nie ma jeszcze komentarzy, możesz być pierwszy!
aby dodać komentarz
brak
Zobacz także

Czytaj także

Irena Gajowczyk. Relacja ocalonej z Wołynia '43

Ostatnia aktualizacja: 06.12.2016 10:00
- Pamiętam, jak mamusia krzyknęła do siostry: wyjdź na zewnątrz, bo słychać jakieś huki i wystrzały. Ona odpowiedziała jej wtedy, że to na pewno sąsiadka rozkłada sienniki dla dzieci. Gdy po chwili obie wyszły na zewnątrz, paliła się już cała wieś – powiedziała Irena Gajowczyk, bohaterka reportażu o ocalałych z rzezi wołyńskiej.
rozwiń zwiń